Los człowieka radzieckiego

 

Literatura radziecka dawno już straciła miejsce w spisie lektur szkolnych i w sercach czytelników (o ile kiedykolwiek je miała). Gorkiego, Erenburga, Simonowa czy Szołochowa nikt nie czyta. A przecież ten ostatni uznawany był za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, co potwierdziła przyznana mu literacka Nagroda Nobla. Ciągnęła się też jednak za nim opinia ulubieńca Stalina, raziły ostre wystąpienia przeciwko Borysowi Pasternakowi i innym literatom. Wreszcie pojawiło się oskarżenie o plagiat: Szołochow miał zagarnąć rękopisy zamordowanego przez bolszewików w 1920 roku kozackiego pisarza Fiodora Kriukowa i publikować je jako swoje. „Los człowieka” też ponoć jest oparty na tekstach Kriukowa.

Bohater książki, Andriej Sokołow, wkrótce po zakończeniu wojny, opowiada o swym życiu przygodnie poznanemu człowiekowi. Zdobył zawód, poznał dziewczynę, ożenił się i ustatkował. Na świat przyszły dzieci. Niestety wybucha wojna, Andrzej zostaje powołany do wojska. Walczy na froncie, trafia do niewoli. Przechodzi przez piekło obozów jenieckich, aż wreszcie pod koniec wojny udaje mu się uciec i wrócić do swoich. Dowiaduje się, że żona i córki zginęły w bombardowaniu, a syn dosłużył się stopnia kapitana. Sokołowa jednak los ponownie boleśnie doświadczy: jego syna snajper zabija ostatniego dnia wojny. Załamany Andriej próbuje jakoś odnaleźć się w powojennym świecie, nie ma jednak potrzeby, by gdzieś osiąść na stałe, rozpocząć nowe życie aż do chwili, gdy weźmie pod opiekę osieroconego chłopca.
Historia Sokołowa powinna chwytać za serce, budzić oburzenie na hitlerowskich oprawców i dumę z nieugiętej postawy głównego bohatera, który nie poddaje się przeciwnościom losu. Powinna, ale nie chwyciła. Chyba przede wszystkim dlatego, że Sokołow nie reprezentuje, moim zdaniem, człowieczeństwa jako takiego. On ma ucieleśniać człowieka radzieckiego: takiego, który w imię komunizmu świecić będzie przykładem i zniesie wszystko, byle nie przynieść wstydu swej ojczyźnie. Nawet z żoną się nie będzie kłócić, bo po awanturze wydajność pracy spada, a co dopiero mówić o postawie na froncie: na ochotnika amunicję na pierwszą linię powiezie i kapusia własnymi rękami zadusi, byleby tylko nie doniósł Niemcom, który z jeńców to oficer. Słabo wypadają partie poświęcone katuszom, jakie znosić musieli czerwonoarmiści w niewoli; czytamy o biciu, głodzeniu, ogromnej śmiertelności, ale to wszystko jest mało konkretne, ledwo zarysowane. Wiemy doskonale, jak Niemcy traktowali radzieckich jeńców, jak celowo dążyli do ich eksterminacji, więc Szołochow mógł epatować dowolnie naturalistycznymi opisami. Nie zrobił tego; czy nie pasowało mu to do charakteru opowieści Sokołowa, czy też może bał się wniknąć głębiej w tę kwestię, żeby radzieckiemu czytelnikowi nie nasunęły się porównania z własnym krajem? Tu przynajmniej nie musiał fałszować rzeczywistości, do czego posunął się później. Po udanej ucieczce Sokołow trafia na swoich, przekazuje im jeńca, którego ze sobą zabrał, i zbiera gratulacje za swój czyn. W szpitalu wraca do sił, a potem z bronią w ręku rusza na Berlin. Faktycznie jednak raczej wziąłby go w obroty kontrwywiad, a zamiast szpitala i dalszej walki czekałby na niego obóz, tym razem na ojczystej ziemi. Tego już jednak Szołochow napisać nie mógł. Musiał natomiast przekazać morał płynący z historii Sokołowa, obowiązkowo podnoszący na duchu. Narrator, patrząc na odchodzącego weterana z małym chłopcem, zastanawia się:
Dwaj osieroceni ludzie, dwa ziarenka piasku ciśnięte w obce strony przez huragan wojenny o niebywałej mocy… Co ich czeka w przyszłości? Chciałbym wierzyć, że ten Rosjanin, człowiek nieugiętej woli, wytrwa, że przy jego ramieniu wyrośnie tamten, który gdy dojrzeje, potrafi wszystko znieść, wszystko pokonać na swej drodze, jeśli go wezwie ojczyzna.
I nie powinniśmy wątpić, że tak właśnie się stało. Ja, niestety, nie mogę opędzić się od wątpliwości: zarówno tych dotyczących dalszych losów bohaterów, jak i tych dotyczących wartości literackich opowiadania Szołochowa.
Michaił Szołochow, Los człowieka, tłum. Irena Lewandowska, Książka i Wiedza 1987 (wydanie siedemnaste!)
 
(Visited 360 times, 26 visits today)

20 komentarzy do “Los człowieka radzieckiego

  • 19 stycznia 2011 o 07:44
    Permalink

    Już kilka razy zastanawiałam się, czy powinnam sięgnąć po książkę tego autora. Dzięki Twoim słowom już wiem, że nie sięgnę ;) A z autorów wywodzących się z tamtych stron, to ja wolę klasyków, szczególnie XIX wieku :)

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 07:46
    Permalink

    A ja jednak spróbuję się jeszcze zmierzyć z „Cichym Donem”, może większe formy lepiej Szołochowowi wychodziły.

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 08:36
    Permalink

    Rzeczywiście, ciekawe, że Szołochow nie poszalał bardziej w opisach niemieckiego obozu jenieckiego. Może rzeczywiście cenzura mu to wycięła lub autocenzura zadziałała.
    Nie jestem pewna, czy to czytałąm (jeśli już to jakieś pentyliony lat temu), natomiast na pewno zaliczyłam „Opowieść o prawdziwym człowieku” Polewoja. Ciekawa jestem, czy czytając to teraz, zauważyłąbym te same przekłamania co Ty u Szołochowa…

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 08:43
    Permalink

    Skłaniam się chyba do opinii, że drastyczniejsze opisanie traktowania jeńców kłóciłoby się ze stylem opowieści Sokołowa, który jest raczej dość lakoniczny. Pewnie i tak czytelnicy znali szczegóły, bo wykorzystywano je szeroko w propagandzie. „Opowieść o prawdziwym człowieku” też czytałem, tam przynajmniej fabuła była taka bardziej przygodowa, a już scena z jeżem – mistrzostwo świata.

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 16:41
    Permalink

    czytałam, podobała mi się umiarkowanie, ale generalnie nie żałuję spędzonego na niej czasu. :)
    pzdr

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 17:20
    Permalink

    U moich rodziców do dziś na półkach stoją oprawne w „ekskluzywny” kolorowy skaj powieści radzieckich i rosyjskich tuzów literatury – tylko one były dostępne, więc i kupowane :) Miałam okazję czytać Gorkiego i Szołochowa w tych „wyjątkowych” wydaniach, bez przymusu szkolnego już, ze zwykłej ciekawości. Niestety, ale poległam na „Cichym Donie”, i to na czwartym tomie! Ostatnim chyba? O ile warstwa obyczajowa i historyczna była strawna, to wojenne manewry, nazwy oddziałów i wszystko co z tym związane jest ponad moje siły (podobnie miałam z „Wojną i pokojem” – również w niezapomnianej serii skajowej).
    Nie dotarłam jednak nigdy do informacji o samym autorze i domniemanych plagiatach. Ciekawa sprawa. I całkiem prawdopodobna biorąc pod uwagę miejsce i czasy.

    Odpowiedz
  • 19 stycznia 2011 o 20:04
    Permalink

    Moja „Wojna i pokój”, w wersji – a jakże – skajowej, stoi nieruszana, utknąłem po pierwszym tomie, ale kiedyś się wezmę:P

    Odpowiedz
  • 23 stycznia 2011 o 20:02
    Permalink

    Ja bardzo przepraszam, ze ledwie sie pojawilam to zaraz narobilam zamieszania. Mimo uwaznego przyjrzenia sie, wg wskazowek u Izy, na koncu wpisu nie zauwazylam tytulu, tylko autora. Poza tym mam dziwny zwyczaj czytania wpisow od poczatku i dlatego po prostu domyslilam sie jednego i drugiego w trakcie czytania. I naprawde ta „zagadka” bardzo mnie ucieszyla (czasem ciesza mnie nietypowe rzeczy). Ustawienia zmienione, wiec od tej pory nie bede sie komunikowac z Twoim blogiem za posrednictwem izowego;D

    Odpowiedz
  • 23 stycznia 2011 o 20:07
    Permalink

    Ależ jakiego zamieszania? Wszystkie konstruktywne uwagi przyjmuję chętnie i liczę na kolejne, i o blogu, i o książkach:)

    Odpowiedz
  • 23 stycznia 2011 o 20:15
    Permalink

    O??? Cenzura? Znowu o czymś nie wiem? Chyba że chodzi Ci o to, że muszę każdy komentarz przyklepać osobiście – bo cenzurować się nie da, ewentualnie całość do kosza:)

    Odpowiedz
  • 23 stycznia 2011 o 20:20
    Permalink

    Tak, o to „przyklepanie” chodzilo ;)W ogole zostawianie komentarzy z bloxa jest dosc trudne. Trzeba kliknac ze trzy razy „dodaj” zanim wyswietli sie kod literowy a potem kolejne dwa razy „dodaj” zanim pojdzie w swiat. Tak jest u wielu blogspoterow choc nie u wszystkich.

    Odpowiedz
  • 26 stycznia 2011 o 20:00
    Permalink

    Rzeczywiście zacofani. – Zgodzę się co do Losu człowieka, bo książki nie czytałem a film mi się nie podobał (zresztą jak wszystkie filmy Bondarczuka – dente, propagandowe, nawet Wojna i pokój). – Ale Cichy Don? – Czytałem i widziałem kilka inscenizacji opartych na tej epopei – wszystkie, podobnie jak książkę, zaliczam do największych arcydzieł. Cichym Donem nadal się zachwycam. Nieznajomość Cichego Donu dyskwalifikuje.

    Odpowiedz
  • 26 stycznia 2011 o 20:53
    Permalink

    Szkoda, że nas tak z miejsca zdyskwalifikowałeś, nie dając szansy dobrnięcia w zacofaniu naszym do tego „Cichego Donu”:P

    Odpowiedz
  • 26 stycznia 2011 o 20:57
    Permalink

    @agawa 79 i zbit fg2002: jak już plotkujecie na boku, to chociaż linkę rzućcie:P Ustawienia komentarzy są (a raczej były) domyślne, bo wreszcie się do nich ostatecznie dogrzebałem. Możecie sobie szaleć nie czekając aż wam zatwierdzę komentarze:P

    Odpowiedz
  • 27 stycznia 2011 o 06:08
    Permalink

    No przecież Cię broniłam, własnym edytorem tekstowym! :)
    Po co Ci linka, przecież wiadomo było, że sam dotrzesz. ;)

    Odpowiedz
  • 10 grudnia 2013 o 20:40
    Permalink

    Czeka na przeczytanie, może się skusze już dzisiaj ? „Cichy Don” polecam naprawdę u mnie czeka od wczoraj również ekranizacja a na allegro poluję na normalne ( czyt. wielkość czcionki ) wydanie do kupienia i w dobrym stanie rzecz jasna. Miałam to z serii lit. radzieckiej i wrrrr ślęczałam nad tym bo nie dość że miniaturowy to jeszcze wyblakły. No ale treść zadośćuczyniła wierz mi.

    Odpowiedz
    • 10 grudnia 2013 o 20:44
      Permalink

      Los to na jeden wieczór książeczka. Cichy Don wciąż czeka, w eleganckim wydaniu z lat 50., w wielkim formacie i z takąż czcionką, więc się aż tak nie zmęczę. A za rekomendację dziękuję, czytałem Twoje wrażenia i mam coraz większą ochotę.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: