„Ile czasu się tam umiera?” (Shlomo Venezia, „Sonderkommando”)

Sonderkommando

 

Od lat czytuję literaturę poświęconą obozom koncentracyjnym i Holocaustowi. Wydawało mi się, że wiem sporo o mechanizmach funkcjonowania  obozów i o Zagładzie, o rozmaitych postawach ludzi wobec tragicznych wydarzeń, o ich przeżyciach w piekle, jakie zgotowali im inni ludzie. Myliłem się. Nigdy bowiem nie dane mi było zstąpić na samo dno tych piekieł, do ich ostatniego kręgu – komór gazowych i krematoriów.
Obsługujący je więźniowie, którzy tworzyli Sonderkommando – komando specjalne – nie mieli bowiem prawa przeżyć,

nie mieli prawa przekazać nikomu prawdy o tym, co widzieli.

Cudem przeżyli nieliczni, ale nawet oni przez wiele lat milczeli: bali się odrzucenia, piętna kłamców, a może i współwinnych niemieckich zbrodni. Nie chcieli obarczać najbliższych brzemieniem swej tragedii. Otworzyli się – tak jak Shlomo Venezia – po bardzo wielu latach, gdy uznali, że mimo ogromnego bólu, jaki ich to będzie kosztować, ich świadectwo będzie mogło coś zmienić, oddziaływać na młode pokolenie, przeciwstawić się odradzającemu się złu.
Shlomo Venezia (rocznik 1923) jest greckim Żydem z Salonik. Wcześnie stracił ojca i musiał pomagać matce w utrzymaniu domu. Po klęsce armii greckiej w 1941 roku Saloniki znalazły się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Rozpoczęło się prześladowanie Żydów: kierowani byli do robót przymusowych, musieli zamieszkać w getcie. Rodzina Veneziów, dzięki swemu włoskiemu obywatelstwu (ojciec Shlomo walczył w armii włoskiej podczas pierwszej wojny), przeniosła się do Aten, okupowanych przez Włochów, licząc, że tam będzie bezpieczniej. W drugiej połowie 1943 roku jednak i tutaj wkroczyli Niemcy, rozpoczynając wywózkę Żydów do obozów zagłady. Shlomo z rodziną 11 kwietnia 1944 roku znalazł się w transporcie do Auschwitz.
Po kwarantannie Shlomo trafił do Sonderkommando. Venezia rzeczowo i szczegółowo opowiada o tym, czym musiał się zajmować, o tym, jak przebiegały ostatnie chwile życia skazanych na śmierć ludzi z całej Europy, jak wyglądała ich agonia i co działo się z ich ciałami po otwarciu drzwi komory gazowej.

Z trudem czyta się jego słowa, szczere i bezpośrednie,

widać, że nie zamierzał nic ukrywać, nic łagodzić. Grozę unoszącą się nad tą partią książki potęgują jeszcze ilustracje – rysunki Davida Olere’a, również członka Sonderkommando, który po wojnie utrwalał na papierze to, co oglądał za murami krematorium. Wszystko, co mógłbym napisać, zabrzmiałoby patetycznie, a patosu właśnie w tych wspomnieniach nie ma. Początkowy wstręt, jaki odczuwał Shlomo, przekształcał się w „rutynę, o której lepiej nie myśleć”. Tylko dzięki temu członkowie Sonderkommanda nie odchodzili od zmysłów, a przecież wielu z nich widziało śmierć własnych krewnych.
Shlomo też pewnego razu zauważył wśród chorych wybranych do zagazowania kuzyna swego ojca. Mężczyzna spytał go: „Ile czasu się tam się umiera? Czy bardzo się cierpi?” Chłopak, aby go uspokoić, skłamał. Zapewnił, „że to nie trwa długo i nie boli. W rzeczywistości dziesięć do dwunastu minut to cała wieczność, kiedy walczy się o powietrze”. Dziesięć do dwunastu minut trwało, zanim z komory gazowej przestały dochodzi jakiekolwiek odgłosy życia.

Książka ma formę wywiadu.

Rozmowę z Venezią przeprowadziła Beatrice Prasquier, która zadawała mu lapidarne pytania – wystarczały one jednak, by Venezia dzielił się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Nie zabrakło pytań trudnych: czy członkowie Sonderkommanda zastanawiali się nad tym, czy ludzie przyprowadzani do krematorium domyślali się, jaki los ich czeka? Czy zapamiętywali twarze mordowanych? Czy myśleli o przyszłości? Odpowiedzi składają się na psychologiczny portret człowieka zmuszanego do robienia rzeczy, które budzą w nim głęboki sprzeciw, a który jednocześnie nie może tego sprzeciwu wyrazić; musi wyłączyć rozum i myślenie, zmienić się w robota. Jakże gorzka musi być prześladująca Venezię całe życie świadomość, że niektórzy uważają jego i jego kolegów za współsprawców zbrodni.
Wspomnienia Venezii to lektura bardzo bolesna i trudna, mimo prostej formy i bezpośredniego języka. Wbrew sobie, podświadomie, próbowałem zająć jego miejsce, wyobrazić sobie to, co czuł, odpowiedzieć na pytania, które sobie stawiał. To było oczywiście niemożliwe, ale wyczerpywało emocjonalnie. Napięcie ustąpiło nieco w późniejszych fragmentach opowiadania, gdy Venezia mówił o swoich dalszych losach po wyrwaniu się z Sonderkommando i Auschwitz.
To nie jest książka, o której mogę napisać, że szczerze ją polecam. Każdy sam musi rozważyć, czy ma dość siły, by towarzyszyć Venezii w najniższym kręgu piekła.

Shlomo Venezia we współpracy z Beatrice Prasquier, Sonderkommando. W piekle komór gazowych, tłum. Krystyna Szerzyńska-Maćkowiak, Prószyński i S-ka 2009.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.
PS. Rysunki i obrazy Davida Olere’a można obejrzeć w wielu miejscach w internecie. Na stronie A Teacher’s Guide to the Holocaust  znajduje się reprezentatywna próbka jego twórczości, w tym kilka rysunków z krematorium. W całości poświęcona jest mu strona http://www.sonderkommando.info/skauschwitz/temoignages/art/olere/index.html.

 

(Visited 735 times, 37 visits today)

14 thoughts on “„Ile czasu się tam umiera?” (Shlomo Venezia, „Sonderkommando”)

  1. Książka z pewnością przygnębiająca, choć myślę, że warta przeczytania. Jak tylko zbiorę w sobie wystarczająco dużo siły, spróbuję się z nią zmierzyć. Pozdrawiam:)

  2. Twoja recenzja bardzo mnie poruszyła, tak bardzo, że trudno mi to wyrazić słowami. Dobrze, że publikowane są takie książki, bo pozwalają choć o milimetr zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie: „jak można było przeżyć coś takiego i pozostać człowiekiem?”, ale droga przed nami nadal długa.
    Rysunki Davida Olere’a są wstrząsające. Nie potrafię ocenić ich wartości artystycznej, ale ładunek emocji jest dla mnie prawie nie do udźwignięcia. Tym bardziej, że to nie są malarskie gry wyobraźni, a reminiscencje wydarzeń autentycznych.

  3. @Kasandra i Sempeanka: sił potrzeba naprawdę dużo, emocje są potężne.

    @Dea: dzięki za tekst o Rumkowskim, to kontrowersyjna postać, chociaż ostatnio zdecydowanie krytykowana, mało kto jeszcze powtarza, że naprawdę próbował ratować mieszkańców getta.

    @Lirael: to są wstrząsające świadectwa, właściwie powinienem dać jakieś ostrzeżenie przy tych linkach; ja tego spokojnie oglądać nie mogłem. Jak się czyta tekst, to własna wyobraźnia odmawia posłuszeństwa, ale te dołączone rysunki naprawdę robią wtedy dodatkowe wrażenie.

  4. Pozycja obowiązkowa, dla mnie oczywiście. Też sobie obiecuję, że już koniec, że dam sobie spokój i też ciągle wracam. Nie wiem, dlaczego ta literatura tak mnie przyciąga, mam już całkiem sporą biblioteczkę, ostatnio nabyłam Holocaust Knoppa i Imperium Hitlera Mazowera. Pozycja recenzowana przez Ciebie będzie następna na liście. Te książki są wstrząsające i straszne, ale dobrze, że są. Obawiam się, że niebawem w niektórych krajach będą to pozycje zaliczane do sf. O tym się przecież nie mówi, tego się nie pokazuje w telewizji, nie uczy się w szkole. A o tym trzeba pamiętać, ku przestrodze…

  5. Może nie brzmi to najlepiej, ale bardzo zaintrygowałeś mnie recenzją. Z pewnością przeczytam. Chociażby dlatego, że … to nie jest tak, że jak się odwrócimy czy zasłonimy oczy/uszy to temat zniknie…

  6. @Monani: moje zbiory też coraz większe, sporo jeszcze czeka na przeczytanie. Nie znam ani Knoppa, ani Mazowera, ale zaraz to naprawię. Rzeczywiście dobrze, że te książki są, bo przecież już coraz mniej ludzi pamięta obozy i Holocaust z własnego doświadczenia.

    @Orchiss: ja też nie powinienem pisać, że polecam, bo to szczególna książka. Ale znać warto, a może nawet trzeba – jeśli nie tę, to inne. Odwracać się od tematu nie można.

  7. Książki o tematyce obozowej czyta się powoli, trudno, momentami ma się ochotę odłożyć i dać sobie spokój, ale uważam, że każdy powinien minimum 1-2 książki przeczytać o cierpieniach Polaków, Żydów i innych narodowości podczas wojny. Musimy wiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *