„Nurt główny i rysy zasadnicze” (Maria Skłodowska-Curie, „Autobiografia”)

 
W 1921 roku kobiety amerykańskie z inicjatywy W.B. Meloney zebrały pieniądze na zakup grama radu dla Marii Skłodowskiej-Curie. Sama uczona, która wraz z mężem nie opatentowała metody uzyskiwania tego cennego pierwiastka, nie miała środków, by zaopatrzyć się w rad niezbędny do prac w jej laboratorium. Po odbiór daru Skłodowska wraz z córkami wyruszyła do Ameryki, gdzie urządzono jej wielkie tournee. Fetowana przez wielkich tego świata i tłumy zwykłych ludzi czuła się oszołomiona i zmęczona, gdyż nigdy nie lubiła rozgłosu i najlepiej czuła się w ciszy pracowni.

Owocem wyjazdu do Stanów Zjednoczonych poza fiolką z promieniotwórczym pierwiastkiem była też autobiografia, napisana za namową W.B. Meloney, która odznaczać się musiała ogromnym darem przekonywania. Maria Skłodowska skreśliła tę krótką książeczkę, z góry się zastrzegając, że nie będzie to opowieść szczegółowa, gdyż uczucia blakną, a wydarzenia „tracą swą chwilową wartość i wspomina się je tak, jakby dotyczyły innej osoby”. „Z mojego życia – napisała uczona – wybrałam tylko nurt główny i rysy zasadnicze, sądząc, że wystarczy to do zrozumienia atmosfery, w jakiej żyłam i w jakiej pracowałam”.
Kiedy wiele lat temu czytałem Autobiografię po raz pierwszy, wydała mi się sucha oraz bardzo pobieżna i pełna przemilczeń. Mnóstwo o pracy naukowej, niewiele o życiu osobistym. O młodzieńczym rozczarowaniu miłosnym ani słowa, o narodzinach drugiej córki, Ewy, dwa zdania, o śmierci męża jeden akapit, o wielkiej nagonce prasowej związanej z wykryciem romansu z żonatym naukowcem – jedno zdanie, w dodatku wysoce eufemistyczne. Dziś, kiedy znam już intymny dziennik pisany po śmierci Piotra Curie, kiedy dociekliwi biografowie wyciągnęli na światło dzienne młodzieńczą wielką miłość i skandaliczny związek z Andre Debierne, ta zwięzła relacja odkryła przede mną zupełnie nowe walory. Nie skupiając się na wyszukiwaniu tego, czego w autobiografii nie ma, mogłem się skoncentrować na tym, co autorka chciała podkreślić, co sama uznała za najistotniejsze w swym życiu i charakterze.
Poznajemy Skłodowską jako osobę niezwykle rodzinną, przywiązaną do ojca i rodzeństwa, pełną miłości i szacunku do teścia. Widzimy ją jako matkę, która martwi się, jak połączyć opiekę nad dzieckiem z pracą, która ją pochłania. To tylko kilka suchych z pozoru zdań, ale jakże znaczących. Wiele lat później, mimo nawału zajęć, Maria znajdzie czas, by osobiście uczyć fizyki starszą córkę i gromadkę dzieci swoich znajomych, dla których zorganizowali nietypową szkółkę. Każde zdanie poświęcone Piotrowi Curie przesycone jest podziwem dla jego niezwykłej umysłowości, ale i wielkim uczuciem. Łączyła ich nie tylko praca, dzielili też miłość do przyrody. Krótkie wspomnienie wspólnych wycieczek za miasto, niby drobiazg, jednak bardzo wymowny: „Przywoziliśmy z nich całe pęki kwiatów. Zdarzało się, że zapominaliśmy o wszystkim i powracaliśmy dopiero późno w nocy”.
Maria Skłodowska daje też w autobiografii wyraz swemu głębokiemu patriotyzmowi, takiemu, jaki mogli odczuwać chyba tylko przedstawiciele pokoleń urodzonych w niewoli, oraz pacyfizmowi – pogłębionemu przez własne doświadczenia z okresu pierwszej wojny, kiedy utworzyła kobiecą służbę rentgenologiczną i sama docierała na front, by badać rannych. „Aby znienawidzieć samą ideę wojny dość jest raz zobaczyć, co ja widywałam tylokrotnie przez owe lata – mężczyzn i chłopców, przynoszonych do frontowych ambulansów w mieszaninie błota i krwi. Wielu z nich skazanych na rychłą śmierć, wielu innych na całe miesiące bólu i cierpień”.
Autobiografia pisana jest prostym językiem, szczególnie przystępnie wyjaśniane są kwestie naukowe, autorka nie zagłębia się we własne uczucia i przeżycia. Pewne z nich, te, o których już wspominałem, odcisnęły jednak tak głębokie piętno, że jakby mimowolnie wymykają się spod pióra; suche na pozór zdanie okazuje się być brzemienne w znaczenia (o mężu: „Mało posiadam listów od niego, ponieważ tak rzadko bywaliśmy osobno”; o sławie: „Zmęczenie wywołane nadmiernym wysiłkiem wynikającym ze złych warunków pracy powiększyło się jeszcze, gdy przyszła sława. Przerwanie naszej dobrowolnej samotności było dla nas prawdziwym cierpieniem, miało wszelkie cechy klęski, było poważnym zamachem na porządek naszego życia”). Złośliwi mogą pewnie powiedzieć, że uczona kształtowała własny wyidealizowany wizerunek, usuwając z portretu wszystko, co mogłoby się na nim położyć cieniem. Być może. Wścibscy biografowie dogrzebali się już jednak z jej życiu wszystkiego, co ona sama z niego wykreśliła. Nie zmieniło to jednak oceny jej dokonań, ani nie umniejszyło jej osoby w oczach świata. Autobiografia nadal stanowi poruszające świadectwo niełatwego życia, niezłomnego pokonywania przeszkód i przekonania o słuszności wybranej drogi. Wystarczy się w nie wczytać.
Maria Skłodowska-Curie, Autobiografia, tłum. J.S. i H.S., Państwowe Wydawnictwo Naukowe 1959.
(Visited 55 times, 1 visits today)

11 komentarzy do “„Nurt główny i rysy zasadnicze” (Maria Skłodowska-Curie, „Autobiografia”)

  • 13 czerwca 2011 o 04:10
    Permalink

    Czytając autobiografię Muriel Spark doszłam do wniosku, że często o wydarzeniu z życia autora więcej mówi sposób, w jaki zostało przemilczane, niż powiedziałby wielostronicowy, drobiazgowy opis.
    Dobrze, że w owych czasach nie narodził się jeszcze pewien asystent-autobiografista, bo z pewnością by Marii swoje usługi zaoferował, choć jak na jego gusta chyba w jej życiu było za dużo pracy, a za mało ekscytujących przygód. :)

    Odpowiedz
  • 13 czerwca 2011 o 07:38
    Permalink

    Ja bym nie dał sobie głowy uciąć, że i tu się nie krył jakiś ghost-writer:) Nie wiem, w jakim języku powstał oryginał, czy był pisany przez Marię po francusku, czy po angielsku (język znała, ale czy do tego stopnia?). Kto redagował i do jakiego stopnia? Podejrzewam panią Meloney, w końcu dziennikarkę, a i przyjaciółkę autorki.

    Odpowiedz
  • 13 czerwca 2011 o 08:01
    Permalink

    Tym bardziej, że to właśnie p. Meloney ją namówiła do napisania autobiografii. Może żeby zachęcić Marię, obiecała, że bardzo pomoże. :)

    Odpowiedz
  • 13 czerwca 2011 o 16:26
    Permalink

    Ojj.. Bardzo, bardzo chętnie przeczytałabym tę autobiografię. MCS to jedna z najbardziej wyrazistych polskich sław, bardzo ciekawa postać :)

    Odpowiedz
  • 13 czerwca 2011 o 19:51
    Permalink

    @Domi: polecam, zresztą w ogóle warto pogłębić znajomość z MSC:)

    @Dr Kohoutek: najwyraźniej „Autobiografia” jest zbyt mało efektowna, by młodość mogła ją docenić:)

    Odpowiedz
  • 7 listopada 2011 o 12:52
    Permalink

    Z tego, co piszesz, wnioskuję, że była b. dobrze zorganizowaną osobą, mocną stąpającą po ziemi. Żaden roztargniony naukowiec z rozwianym włosem;)
    Ciekawe, na czym skupi się w filmie M. Meszaros.

    Odpowiedz
  • 7 listopada 2011 o 12:54
    Permalink

    Dosyć wcześnie życie brutalnie odarło ją z romantycznych wzlotów i złudzeń. Aż dziw, że zdecydowała się pokochać Piotra:) Co do praktyczności, to była w kuchni równie metodyczna jak w laboratorium, uwielbiam jej kuchenne zapiski; często jest cytowany przepis na galaretkę z agrestu chyba:)

    Odpowiedz
  • 7 listopada 2011 o 12:55
    Permalink

    Natychmiast kojarzy mi się żart rysunkowy:

    – Świetne ciasto, pani Mario!
    – E, tam. Sama chemia!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: