Truskawki i szampan w upalny dzień (Colette, „Chéri”)


Rewolucja obyczajowa poczyniła wielkie postępy, a mimo to – jeśli sądzić po telewizyjnych talk show – związki starszych kobiet z młodszymi mężczyznami nadal wzbudzają szmerek: jeśli nie potępienia, to zdziwienia, nie wspominając już o podejrzeniach co do szczerości męskich uczuć, szczególnie jeśli partnerka jest osobą zamożną.

Kiedy dziewięćdziesiąt lat temu Colette podejmowała ten temat, zapewne była pionierką i łamała tabu. Nie dość, że bohaterką uczyniła starzejącą się kurtyzanę, to jeszcze związała ją z młodszym od niej o połowę mężczyzną. Lea, wciąż piękna kobieta z burzliwą przeszłością, dobrze urządzona, obdarzona wyrafinowanym smakiem, od sześciu lat jest kochanką Chériego, syna swej przyjaciółki, również byłej kurtyzany. Chéri, choć przystojny, porzucił szkołę, matka nie zapewniła mu żadnego wychowania, rósł dziki, kierując się jedynie własnymi zachciankami. Hulaszczy tryb życia przygasił jego urodę, odebrał mu energię i chęć do życia. Lea postanowiła uratować chłopaka, zapewnić zdrowy tryb życia, wiejskie rozrywki i swoje łoże. Traktowała to jak kaprys, zachciankę na krótkie wakacje. Okazało się jednak, że ani ona, ani Chéri nie potrafią z siebie zrezygnować. Nie traktowali swego związku jako miłości, raczej jako wygodny dla obojga układ. Lea wychowywała kochanka, matkowała mu, znosiła kaprysy, drobne sprzeczki. On lubił uregulowany tryb życia, luksus zapewniany przez kochankę, pławił się w jej cieple.   Tę sześcioletnią sielankę przerwała wieść o planowanym małżeństwie Chériego z bogatą panną. Kochankowie sądzili, że rozejdą się bezboleśnie, że bez trudu zrezygnują z codziennej rutyny. Okazało się jednak, że muszą bardzo głęboko przemyśleć łączącą ich relację. Wnioski, do jakich doszli, były zaskoczeniem dla nich samych.

Proza Colette jest niezwykle kunsztowna, uruchamia wszystkie zmysły czytelnika. Jest niczym truskawki i szampan w upalny dzień. Uderza do głowy, oszałamia bogactwem smaków, musuje bąbelkami humoru. Pod tą lekkością formy kryje się jednak znakomite studium psychologiczne kobiety koło pięćdziesiątki, której młody kochanek pozwala czuć się piękną i atrakcyjną, daje impuls do walki z nieubłaganym czasem, a równocześnie zaspokaja jej niespełnione ciągoty macierzyńskie. To również znakomity portret mężczyzny, który przeżywa bolesny proces dojrzewania, wychodzenia z beztroskich lat chłopięcych, i musi się zmagać z własnymi uczuciami.
Powieść Colette ani trochę się nie zestarzała. Drobna zmiana dekoracji i historia mogłaby się równie dobrze rozgrywać dziś. Współczesne nam autorki książek romansowo-obyczajowych mogłyby u Colette co najwyżej parkiety froterować, o ile w ogóle zostałyby wpuszczone na salony. Prędzej czekałoby je skrobanie ziemniaków w kuchni. Francuska skandalistka w ekspresowym tempie awansuje do grona moich ulubionych pisarzy. Jak pisałem przy okazji „Klaudyny w szkole”, jej utworom nie zaszkodziły przemiany obyczajowe: opadły niezdrowe emocje, a spod nich wyłoniły się prawdziwe walory – dar obserwacji, psychologiczna wnikliwość, znajomość ludzkiej natury i znakomity styl.
Na zakończenie kilka słów na temat wydania. Nie przepadam za edycjami filmowymi, zwykle nie znam ani samych filmów, ani nawet aktorów widniejących na fotosach. Zamieszczanie gotowych obrazów pozbawia mnie przyjemności kształtowania sobie własnego wizerunku bohaterów. W tym jednak wypadku muszę przyznać, że Michelle Pfeiffer jest idealną Leą, a już widoczne na jednym ze zdjęć wezgłowie jej łoża podbiło mnie zupełnie. Dodać do tego należy pełne światła strony i format zapewne idealny do damskiej torebki (w moim przepastnym plecaku tomik nieustająco ginął), a otrzymamy książkę, której forma w pełni dorównuje treści.
Colette, Chéri, tłum. Anna Topczewska, W.A.B. 2010.
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
(Visited 88 times, 1 visits today)

27 komentarzy do “Truskawki i szampan w upalny dzień (Colette, „Chéri”)

  • 26 czerwca 2011 o 08:46
    Permalink

    No i po co ja tu zajrzałam do ciebie? Sama nie wiem. Czytałabym sobie kolejną książkę nie mając pojęcia nawet o takiej Collette. A tak znowu kolejna pozycja do mojej listy książek do przeczytania. Ponieważ tyle się tego uzbierało zaraz zabieram się za jej papierową wersję. Pamięć bywa ulotna. Temat książki jakoś mnie nie pociąga, ale twoja recenzja, to porównanie czytania do degustacji szampana z truskawkami nie pozostawia pola do zastanowienia. Miłej niedzieli życzę Guciamal

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 08:57
    Permalink

    Cieszę się, bo potrzebuję odmiany.
    Szukam teraz u ciebie takiego zdjęcia z biblioteką, która stała się moją obsesją- tzn. posiadanie takiej biblioteczki- marzenie. Nie mogę sobie przypomnieć w którym wpisie je widziałam. A muszę choć wzrok tym pięknym widokiem nasycić. :)Guciamal (grafomanka w podróży)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 10:43
    Permalink

    Film oglądałem (przeciętny), książki jednak nie maiłem okazji czytać. Zdaje się jednak, że bardziej wartościowa od ekranizacji.

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 12:08
    Permalink

    Brzmi bardzo interesująco. Nic mi nie mówi nazwisko autorki, może czas najwyższy to zmienić :)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 13:29
    Permalink

    Dawno tu nie zaglądałam – przynajmniej nie zostawiałam żadnego komentarza :) Ale widzę bez zmian alkohol i miłość, rozpusta! :P Lecz rozpusta z kategorii tych intelektualnych, więc wybaczone :)Jak już wspominałam uwielbiam Colette, także u mnie bez zmian :)
    PS rozpustnie dziś na blogach – u ciebie Colette u ..dr Kohouteka Sade :) W blogosferze czuć wakacyjną atmosferę…:)
    Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 13:33
    Permalink

    @The_book: zraniłaś mnie tym wyznaniem:( Czyli jak nie recenzuję reportażu, to już nie ma po co zaglądać? :P I proszę nie szerzyć plotek, że tu ruja i alkohol, bo wpadnie hiszpańska inkwizycja i zamknie mi bloga, zamknie mnie i wszystkich komentatorów:)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 13:42
    Permalink

    Oj tam, oj tam jak mówi ostatnio polska młodzież:)
    Że zaglądać nie warto, broń Boże! Nigdy a nigdy bym nie powiedziała/napisała :) Teraz użyję „caps locka”, żeby wszyscy zrozumieli: TU WARTO ZAGLĄDAĆ!!! Nawet jak pojawia się proza w czystej postaci się :)Tylko ja jakoś nie miałam ostatnio czasu – koniec roku szkolnego, pierwszy wakacyjny wyjazd, nowy telefon …Zatem będę tu jeszcze częstszym gościem, co by winy odpokutować :)Serdeczności :)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 13:43
    Permalink

    @The_book: wybaczam:D Tylko komcie proszę zostawiać obficie:) Mam nadzieję, że jako wielbicielka non-fiction zauważyłaś przeprowadzkę „Płaszcza”?

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 13:50
    Permalink

    Ufff…:P
    Oczywiście :) Zaraz dodam „Płaszcz” w obserwowanych/podglądanych blogach :)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 19:06
    Permalink

    zacofany.w.lekturze: Film jest pozbawiony pikanterii i miejscami nudny. W zasadzie Michelle Pfeiffer trochę mnie zawiodła, główna rola męska zagrana przez aktora, który w swoim zestawie ma dwie trzy miny. Widziałem go w innych filmach kostiumowych i za każdym razem wydaje się jakby odgrywał tę samą rolę. Dużym plusem jest Kathy Bates – rewelacyjna aktorka. Ale to tylko moja opinia, mojej Pani z kolei film podobał się bardzo:)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 19:46
    Permalink

    @dr Kohoutek: dzięki. W książce też Cheri ma w zestawie góra trzy miny, dopiero pod koniec mu się repertuar wzbogaca:)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 20:19
    Permalink

    Obawiałam się, że po przeczytaniu Twojego tekstu – ze szczególnym uwzględnieniem fragmentu o parkietach – płonące świętym oburzeniem fanki rodzimych twórczyń przerobią Cię na tatara, ale właśnie odetchnęłam z ulgą! :D
    Edycje filmowe książek we mnie też zwykle budzą niechęć, ale ta jest naprawdę ładna.
    Nie ogladałam adaptacji, ale po przeczytaniu Twojej wyśmienitej recenzji mam wrażenie, że obsadę dobrano bezbłędnie.

    P,S.
    Czy z truskawkami spożywa się wyłącznie różowego szampana? :)

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 20:39
    Permalink

    @Lirael: chyba niewiele fanek rodzimych (i nie tylko) gwiazd prozy obyczajowej tu po prostu zagląda, stąd i posiekanie mi nie grozi:P W kwestii truskawek i szampana pojęcie mam czysto teoretyczne, Colette nie podała koloru trunku. Raczej na pewno „sowietskoje igristoje” niezbyt się nadaje:P

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 21:06
    Permalink

    Truskawek co prawda nie jadam ;) ale zgadzam się co do smakowitości stylu Colette, co się dało wyczuć już przy „Klaudynie”. Muszę sobie tę książkę sprawić, bo mnie kusi już od dłuższego czasu a czuję, że u mnie Colette też jest o krok od awansowania do grona tych ulubionych. I jeszcze „Czyste, nieczyste” – do tej zaczęłam wzdychać jeszcze wcześniej, właściwie miałam od niej zacząć, ale jakoś tak się „Klaudyna” wepchała bez kolejki, w jej stylu :) pozdrawiam.

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2011 o 21:49
    Permalink

    Ludzkie emocje sie nie zmieniaja. Jezeli ktos potrafi (jak np. Colette) je opisac, jego ksiazki beda wiecznie zywe (hm… jak Lenin? ;D )

    Odpowiedz
  • 17 lipca 2011 o 18:02
    Permalink

    Przeczytałam i doszłąm do wniosku, że chyba nie dla mnie truskawki z szampanem. Książka dobra, ale nie trafia w mój gust. Pozdrawiam guciamal
    Ale nie żałuję, że przeczytałam :)))

    Odpowiedz
  • 17 lipca 2011 o 20:48
    Permalink

    Cała przyjemność po mojej stronie
    guciamal

    Odpowiedz
  • 17 lipca 2011 o 21:10
    Permalink

    W każdym razie rozgość się, kapci nie proponuję, mona w butach chodzić, podłogę pozmywają autorki kiepskich powieści obyczajowych:P

    Odpowiedz
  • 27 lipca 2011 o 16:40
    Permalink

    Miałam nie kupować już więcej książek ,ale chyba się złamię… Świetna recenzja, bardzo przyjemnie mi się ją czytało, zwłaszcza ten fragment o truskawkach :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: