„Musimy pamiętać, by nigdy nie zapomnieć” (Philip Bialowitz, Joseph Bialowitz, „Bunt w Sobiborze”)

Philip Bialowitz od lat podtrzymuje pamięć o Holokauście, wierząc, że jest to winien wszystkim pomordowanym, i żywiąc przekonanie, że jego doświadczenia i przeżycia pomogą młodszym pokoleniom przeciwstawić się współczesnemu ludobójstwu. O swoich losach opowiadał w różnych miejscach i różnym słuchaczom, wreszcie postanowił spisać wspomnienia, gdyż – jak napisał na ich zakończenie – „musimy pamiętać, żeby nie zapomnieć”, podjąć wysiłek kultywowania pamięci o czasach zbrodni i poniżenia.

Przed wojną, jeszcze jako Fiszel Białowicz, mieszkał w Izbicy niedaleko Lublina. Jego rodzina cieszyła się szacunkiem i względnym dobrobytem, szczególnie na tle nędzy innych żydowskich mieszkańców miasteczka. Wojna położyła kres spokojnemu życiu i marzeniom o wyjeździe do Palestyny. Zaczęły się prześladowania, przymusowa praca, głód i strach o siebie i najbliższych. Zewsząd dochodziły wieści o okrutnym traktowaniu Żydów, wreszcie też o wywózkach do obozów, szczególnie do budzącego grozę Bełżca. Izbica stała się gettem, do którego zwożono Żydów z różnych stron Europy.
Białowiczowie wraz z dokwaterowanymi do ich domu wysiedleńcami z Niemiec, Rosenbergami, próbowali jakoś radzić sobie z coraz cięższą sytuacją, bronić się przed terrorem. Handlowali, budowali kryjówki, aby przetrwać w nich coraz częstsze obławy. Fiszel przeżywał pierwszą miłość, marzył o wspólnym życiu z ukochaną. Spadały na niego jednak coraz boleśniejsze ciosy, aż wreszcie sam wywieziony został do obozu zagłady w Sobiborze. Tam, zamiast trafić od razu do komory gazowej, miał jeszcze przez jakiś czas pracować.
Wraz z Fiszelem poznajemy organizację obozu, perfekcyjnie zaplanowanej fabryki śmierci, gdzie nic się nie marnowało, gdzie nawet z palonych zwłok potrafiono jeszcze wycisnąć zysk. Przejmujące momenty kontaktu z pędzonymi na śmierć, którym nie można było szepnąć ani słowa otuchy, ani ostrzeżenia. Wraz ze zbliżaniem się frontu więźniowie zaczęli przeczuwać, że ich dni są policzone, że Niemcy wkrótce zaczną zacierać ślady masowych mordów. Zrodziła się wtedy myśl o buncie, o ucieczce. Może ktoś, choćby jeden człowiek ocaleje i przekaże światu prawdę o Sobiborze. Poznajemy szczegóły spisku więźniów, przebieg buntu i dramatyczne koleje losu Fiszela.
Opowieść Bialowitza jest prosta i przejmująca, wiele szczegółów zatarł czas, ale zadziwiająco wiele przetrwało. Dla nas dość bolesne mogą być wspomnienia Fiszela z okresu zaraz po zakończeniu wojny, kiedy zetknął się z wrogością Polaków, z przemocą, niechęcią do oddawania zagrabionego mienia. To zresztą zadecydowało o wyjeździe z Polski i szukaniu szczęścia najpierw w Niemczech, a potem w Stanach Zjednoczonych. I tam dopadła go przeszłość, występował jako świadek na procesach niemieckich zbrodniarzy, aż wreszcie postanowił wypełnić testament pomordowanych w Sobiborze i przedstawiać ich historię, historię swoją i swych najbliższych. Ku przestrodze i w nadziei, że więcej się nie powtórzy.
Philip Bialowitz, Joseph Bialowitz, Bunt w Sobiborze. Opowieść o przetrwaniu w Polsce okupowanej przez Niemców, tłum. Piotr Kowalik, Nasza Księgarnia 2008.
Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia.
(Visited 56 times, 1 visits today)

18 komentarzy do “„Musimy pamiętać, by nigdy nie zapomnieć” (Philip Bialowitz, Joseph Bialowitz, „Bunt w Sobiborze”)

  • 12 sierpnia 2011 o 09:13
    Permalink

    Cóż, miałam być zgryźliwa i uszczypliwa, ale na pewne tematy nie żartuję.
    Tym razem Ci daruję. Książki pewnie nie przeczytam, bo po takich klimatach nie mogę spać. Ale pamiętam.

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia 2011 o 09:44
    Permalink

    Dwa lata temu w lipcu zwiedziłam pozostałości obozu w Sobiborze. Poza rampą kolejową i domem komendanta nie ocalało właściwie nic. Jest niemy las, który mówi więcej niż najobszerniejsze ekspozycje.
    To jest bolesna lekcja historii, ale naprawdę warto odwiedzić to miejsce: „musimy pamiętać, żeby nie zapomnieć”. Z Twojej recenzji wynika, że na pewno warto też sięgnąć po książkę „Bunt w Sobiborze”.

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia 2011 o 10:26
    Permalink

    @Kalio: a po seryjnych mordercach śpisz jak niemowlę?

    @Lirael: Warto sięgnąć. Ja natomiast nie wiem, czy odważę się kiedyś na wizytę w którymś z obozów-muzeów, to musi działać jeszcze bardziej niż książki na wyobraźnię.

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia 2011 o 11:06
    Permalink

    Seryjni mordercy to pikuś przy Holocauście. Owszem, też wstrząsają, ale nie tak. Mogę zrozumieć, że komuś się pod kopułą poprzestawiało i jest chory i z tego powodu morduje. To się go łapie i unieszkodliwia. Nie ma na coś takiego akceptacji społeczeństwa.
    Natomiast obozy koncentracyjne to był masowy mord z całym planem, zapleczem, kalkulacjami na zimno. I robili to ludzie, którzy w innych warunkach wydawali się „normalni”. I mieli na to przyzwolenie tzw. ogółu. To jest dla mnie nie do pojęcia. Wciąż do mnie nie dociera, jak cały naród mógł dać się zniewolić jednemu szaleńcowi i jego świcie. To jest wciąż niebezpieczne zjawisko, patrz – neonazizm, wszelkie nacjonalizmy, ksenofobie i inne rasizmy. Nie ogarniam tego po prostu.
    Nigdy nie byłam w żadnym z obozów, chociaż Stutthof mam po drodze do Kątów Rybackich, dokąd jeździmy latem. Nie zajadę. Takie rzeczy mnie przerastają.
    Ale pamiętam.

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia 2011 o 11:59
    Permalink

    Nie słyszałam wcześniej o tej książce, nie mniej jednak zaciekawiła mnie tematyka, więc z czystej choćby ciekawości sięgnę po tę pozycje.

    Odpowiedz
  • 13 sierpnia 2011 o 11:49
    Permalink

    a jak ksiazka ma sie do filmu „ucieczka z sobiboru”?

    mnie najbardziej przeraza w obozach – poza sprawami oczywistymi – ich ekonomiczny aspekt

    zwiedzilam wiele obozów, ale cala groze odczulam dopiero w relacjach ksiazkowych. jako dziecko trzymalam w rece mydlo wyprodukowane z ludzkiego tluszczu. zdziwilo mnie tylko, ze ma niebieski kolor – pochodzilo z obozu gross rosen

    zaskoczylo mnie, ze sa polacy, kt w zadnym obozie nie byli! szwedzkie dzieci sa wozone do oswiecimia i organizowane sa spotkania z bylymi wiezniami

    Odpowiedz
  • 13 sierpnia 2011 o 12:16
    Permalink

    Film powstał na długo przed książką. Do muzeum Auschwitz nie zaleca się przywożenia dzieci poniżej 14 lat, a wiadomo, że czego się nie zwiedzi z wycieczką szkolną, tego się później nie zobaczy.

    Odpowiedz
  • 13 sierpnia 2011 o 14:05
    Permalink

    Byłam kiedyś w jednym z obozów. Odłączyłam się od grupy, bo takie miejsca wolę zwiedzać samotnie i w milczeniu. I – wstrząsnęło mną nie tylko to, co widziałam w obozie, ale również dziewczyna jedząca drożdżówki przed gablotą z ludzkimi włosami. I – brzmi jak niesmaczna anegdota, ale to niestety prawda – rodzinka pozująca do zdjęcia z okrzykiem „Władek, tylko uchwyć piec tam z tyłu!”. Przerasta mnie to zupełnie.

    Odpowiedz
  • 13 sierpnia 2011 o 19:28
    Permalink

    @Niedopisanie: nic mnie nie zdziwi, zdziczenie i brak wrażliwości zataczają coraz szersze kręgi, tym bardziej trzeba czytać, pisać i przypominać.

    @Mary: widzę, że nie tylko mnie czasem brakuje słów przy pisaniu o podobnych książkach.

    Odpowiedz
  • 17 sierpnia 2011 o 09:09
    Permalink

    wspomnienia kolakowskiego: „oficerowie niemieccy obrabowali nas ze wszytskiego, wlaczajac zegarki, pierscionki itd.”

    w oswiecimiu grabiez byla zorganizowana (wspanialy dokument BBC) – natomiast chcialabym wiedziec CO pojedynczy rabusie robili z tymi zegarkami i pierscionkami? posylali do domu?? czy DE tego czasu to kraj kobiet obwieszonych zrabowana bizuteria i tykajacymi ukradzionymi zegarkami?

    Odpowiedz
  • 17 sierpnia 2011 o 10:04
    Permalink

    @Sygryda: kilka możliwości: przepijali na miejscu, sprzedawali, a w zamian kupowali np. żywność i posyłali do domu (Niemcy czasów wojny to kraj niedoborów), albo posyłali łupy bezpośrednio i były już spieniężane przez rodziny. Im wyższa szarża, tym większe paczki do domu.

    Odpowiedz
  • 18 sierpnia 2011 o 10:01
    Permalink

    no wlasnie z ta szarza – najbardziej dobilo mnie, ze to nie bylo zoldactwo tylko oficerowie i swój honor miec powinni. widac wyraznie, ze traktowali nas jak zwierzyne lowna

    a tak na marginesie to skad wiesz jak bylo?

    Odpowiedz
  • 18 sierpnia 2011 o 10:03
    Permalink

    Jakoś mi się skumulowało z różnych lektur:) Szeregowiec niósł łupy w plecaku, generał miał do dyspozycji ciężarówkę.

    Odpowiedz
  • 19 sierpnia 2011 o 13:28
    Permalink

    no dobrze – a co mówia twoje zródla zebrane na temat dalszych losów tych plecaków i ciezarówek? niech bedzie, ze spieniezyli na miejscu – i co? wydali na wódke i dziwki czy tez wysylali swoim hänsel und gretel w domu?

    Odpowiedz
  • 19 sierpnia 2011 o 14:40
    Permalink

    A pewnie jedno i drugie. Żony puchły z dumy, że mają zapobiegliwych mężów, którzy dbają o dom, a kurtyzany cieszyły się, że interes się kręci.

    Odpowiedz
  • 19 sierpnia 2011 o 20:45
    Permalink

    no wlasnie – te niemieckie frauen! to one robily morale i wysylaly swoich kanocków na front, i zeby to tylko na front – tam przynajmniej zrobili z nich „spam”. kobiety niemieckie sa takie twarde, ze czolg po nich przejedzie i tylko sobie poharata gasieniece. zaloze sie, ze niemcy nadal maja na scianach zrabowane obrazy, a poupychane w biurkach i inne lupy. najgorsze, ze lubie wspólpracowac z niemcami, ale wole u nich po domach nie bywac

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: