Platynowa przeciętność (I.J. Kryspin, „Platynowa jaszczurka)”

 

Prowadzący śledztwo młody porucznik MO Janusz Kulik jest bystry i ambitny, jego starszy kolega major Cepryński to doświadczony wyga, a ich przełożeni nieodmiennie cisną podwładnych, żądając rezultatów. Denatka, Marta Niekrasz, to niezbyt sympatyczna baba namiętnie kolekcjonująca antyki, a na dodatek wywożąca nielegalnie z kraju resztki zachowanych dzieł sztuki, jej mąż to mięczak, chociaż zdolny chirurg, a jego kochanka jest wyrachowaną cwaniarą. Pani doktorowa pewnej nocy zostaje znaleziona w wagonie kolejowym z raną kłutą, a narzędzie zbrodni – chirurgiczny skalpel, zdaje się jednoznacznie wskazywać na sprawcę, zainteresowanego na dodatek pozbyciem się małżonki.

Kulik najchętniej od razu przymknąłby Niekrasza, ale zapędy młokosa umiejętnie studzi Cepryński, który domaga się (formalista jeden) niezbitych dowodów winy pana doktora. Imponujące hipotezy śledcze porucznika wydają się walić niczym domki z kart, znienacka jednak śledztwo zaczyna nabierać rozpędu, doprowadzając nas do sceny finałowej, ewidentnie wzorowanej na wystąpieniach Herkulesa Poirot.

Właściwie nie byłoby się nad czym rozpisywać, gdyby nie to, że Platynowa jaszczurka to jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa, więc mam do niej wielki sentyment. Po raz pierwszy czytałem ją mając dziesięć, może jedenaście lat, a od tamtej pory wracałem do niej niezliczoną liczbę razy. Zawsze fascynowała mnie okładka – damska ręka, wyglądająca na odrąbaną, obwieszona biżuterią i upozowana na jakimś złotogłowiu. Banalność powieści dotarła do mnie dopiero po lekturze Książek najgorszych Stanisława Barańczaka, który dogłębnie przeanalizował peerelowskie milicyjniaki. Po latach jednak stwierdziłem, że książkę nadal nieźle się czyta. Na plus J.I. Kryspinowi należy zapisać to, że nie popełniał błędów językowych (no przecież nie będę się czepiał tego, że wciąż żyjącą, chociaż ledwo, ofiarę mordercy nazywa się denatką) tak częstych w innych powieściach tego gatunku, chociaż jego dziełko wyrafinowaniem stylu nie grzeszy, a ponadto nie lubił się rozpisywać (ku żalowi tych, którzy w polskich kryminałach z lat siedemdziesiątych cenią sobie tzw. mały realizm). Gdyby ktoś chciał przeczytać jedną jedyną powieść milicyjną w życiu – to ja będę rekomendował Platynową jaszczurkę.

I.J. Kryspin, Platynowa jaszczurka, Krajowa Agencja Wydawnicza 1977.

(Visited 247 times, 6 visits today)

29 komentarzy do “Platynowa przeciętność (I.J. Kryspin, „Platynowa jaszczurka)”

  • 22 grudnia 2011 o 07:54
    Permalink

    Książki milicyjne z PRL trochę mnie denerwują. Ta gloryfikacja MO jest na prawdę przesadna. Bohaterowie są jak wykuci z marmuru. Do tego historie raczej banalne. Tej książki akurat nie czytałam, może kiedyś się z nią spotkam.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 08:02
    Permalink

    No gdzie tam z marmuru: chłopaki się frustrują, że im słabo idzie, świadkowie kłamią, prokurator nie chce dawać zgód na zainstalowanie podsłuchu, samo życie, a nie pomnik:)

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 09:50
    Permalink

    Mnie takie historie dostarczają świetniej rozrywki. Nie ma to jak np. dla odprężenia puścić sobie jakiś odcinek „07 zgłoś się”. Poezja po prostu.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 11:46
    Permalink

    Jakoś ostatnio mi z kryminałami nie po drodze, ale kryminał milicyjny- może to właśnie będzie ta jedna, jedyna powieść milicyjna w moim życiu- kto wie. Chociaż nie, kłamię. Czytałam trochę Chmielewskiej, a jej wcześniejsze kryminały można podciągnąć pod milicyjne kryminały.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 12:24
    Permalink

    Dodam jeszcze, że okładka jest ponętnie połyskliwa. :P Dobrze, że kupiłam dzieło Kryspin/Kryspina wcześniej, bo Twoja recenzja bez wątpienia wywoła boom. :)
    Zastanawiam się nad tytułową jaszczurką, czy to jest jakiś szczególnie ważny symbol w powieści? Jeśli wymagałoby to zdradzenia zbyt wielu szczegółów fabuły, oczywiście poproszę o przemilczenie.
    I.J. Kryspin pachnie mi pseudonimem. Ciekawe, kto się pod nim kryje.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 12:27
    Permalink

    Jaszczurka jest drobiazgiem przemycanym przez denatkę, i tyle:) Chociaż oczywiście można by ją jako symbol odnieść do pewnej postaci, ale to już jakby się kto bardzo upierał:P

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 13:14
    Permalink

    Pamiętam że ten tytuł już mi polecałeś. Mniej krytycznie, więcej entuzjastycznie ;P
    W antykwariatach pełno tego drobiazgu (nie rozróżniam ani serii, ani autorów), ale czy mają jakieś szanse ze skandynawskim natarciem? :)

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 13:36
    Permalink

    Próbowałam ostatnio Zeydler Zborowskiego, który nawet doczekał się wznowień, jako klasyk milicyjniaka, wrażenia średnie.
    Za to to cuś, co bazyl polecał ostatnio jest dośc łaszczące…

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 13:49
    Permalink

    Maiooffko, bo Tobie chyba polecałem jeszcze na fali młodzieńczych wspomnień:P Ze Skandynawami nie mają szansy, a większości nawet nie warto wspominać:P

    Iza: Bożkowski to nieco inna liga niż Zeydler-Zborowski, ulubieniec Barańczaka wspólnie z Anną Kłodzińską:P

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 19:08
    Permalink

    Rzeczywiście, autor chytrze zmylił pogonie.
    Po przeczytaniu powieści dokonam egzegezy motywu jaszczurki. :D

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 20:01
    Permalink

    Miravelle: szalenie mi przykro, że znów nie trafiłem w Twój gust, faktycznie mogłoby Ci się nie spodobać:)

    Lirael: bardzo jestem ciekaw wniosków z egzegezy, może się okazać, że mamy do czynienia z jakimś głęboko symbolicznym dziełem przybranym w zgrzebne szaty kryminału:))

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 20:13
    Permalink

    Z okładki wynika, że raczej złotogłów i precjoza, nie zgrzebne szaty. :)

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 20:57
    Permalink

    A zatem może rzeczywiście mogłaby być pierwszą tego typu milicyjną powieścią kryminalną. Kto wie.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 21:47
    Permalink

    Ech, kiedyś to się czytało takie powieści na pęczki. Właśnie w dzieciństwie.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 21:50
    Permalink

    Tego tytułu nie znam. Kryminały lubię,choć nie wszystkie.Kiedyś dawno,dawno temu była taka fajna seria z jamnikiem. Pamiętam jedną książkę „Zatruty bluszcz” ale kto napisał ,tego już nie.Choć w dobie netu, pewnie chwilkę by trwało sprawdzenie..
    Lecę sprawdzić ;-)
    Przy okazji : Zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia i pełno ciekawych książek pod choinką ;-)

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 22:06
    Permalink

    U mnie to rodzice kupowali chyba wywrotkami. Klub Srebrnego Klucza, Seria z Jamnikiem, niebieskie zeszyty z 07…
    A i tak moja ukochana powieść z tamtego okresu to wcale nie milicyjna „Maruta” (opis u mnie na blogu). Śliczności.

    Odpowiedz
  • 22 grudnia 2011 o 22:17
    Permalink

    U mnie na tony było tylko „tygrysków”, ale nie gustowałem:P Maruta faktycznie wygląda interesująco, chociaż za Korkozowiczem nie przepadam.

    Odpowiedz
  • 23 grudnia 2011 o 11:15
    Permalink

    Hura, w czasie porządków spośród stosów wychynęła „Platynowa jaszczurka”! :D Szkoda, że tylko 127 stron. :(

    Odpowiedz
  • 23 grudnia 2011 o 11:41
    Permalink

    Właśnie się dowiedziałam, że platynowa jaszczurka była wysadzana brylantami i że ważną rolę w powieści odgrywała jakaś demoniczna Jolanta – s. 59: Jolanta! – wybuchnął Niekrasz – błagam cię, zamilcz! :D Widzę, że naturalne dialogi to mocna strona I. J. Kryspin(a). :P
    Kończę to przeglądanie, bo się dowiem za dużo, że nie wspomnę o groźbie spalenia kuchni. :)

    Odpowiedz
  • 23 grudnia 2011 o 11:45
    Permalink

    Z Jolanty kawał wampa był:P Podczytuj Jaszczurkę, mieszając to, co tam aktualnie mieszasz:) A z dialogów najlepszy i tak jest: „Dawaj ciaćki!”

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: