Pisarze ze starej szkoły (V): Małgorzata Musierowicz, cz. 2

Po wydaniu debiutanckiej powieści Małgorzata Musierowicz napisała kolejną książkę, Szóstą klepkę, i złożyła ją w Naszej Księgarni. I wtedy okazało się, że to nie jest dobry tekst, ale można nad nim popracować.
Pojechałam więc, obolała wewnętrznie po tej wewnętrznej recenzji. Spałam w Ursusie, u Cioci Luci, która gorąco, jak zwykle, przeżywała nowe wydarzenia w moim życiu. Nazajutrz, nakarmiona śniadankiem i ucałowana przez przejętą Ciocię, ruszyłam na ulicę Spasowskiego (dziś: Smulikowskiego) na Powiślu. We wskazanym mi pokoiku podniosła się na mój widok drobna, szczuplutka pani o ciemnych włosach i mądrej, z lekka ironicznej twarzy, ubrana niezwykle elegancko i prosto zarazem, pachnąca perfumami „Je reviens”. Była to właśnie Danuta Sadkowska, mój Dobry Duch, człowiek opatrznościowy, opiekunka i wieloletnia przyjaciółka – o czym naturalnie jeszcze wtedy nie miałam zupełnie pojęcia. Stałam onieśmielona i mocno wystraszona, dopóki pani Danuta Sadkowska nie uśmiechnęła się do mnie. Wtedy od razu pojęłam, że nie zostanę zjedzona, usiadłam i postanowiłam, że zrobię dla tej kochanej istoty wszystko, czego zażąda.
Zażądała wielkiego wysiłku. Powiedziała, że moje wypieszczone dzieło jest, owszem, chwilami niezłe (Kochana!), ale że trzeba wiele wyrzucić i wiele zmienić. Czy się zgadzam?
Oczywiście.
Wtedy pani Sadkowska podniosła słuchawkę i poprosiła jakąś Elżbietę. Już po chwili w drzwiach stanęła promienna, opalona blondynka, znajdująca się w stanie bardzo wyraźnie błogosławionym. Była to moja druga przyszła przyjaciółka i Dobry Duch, czyli redaktor Jasztal-Kowalska.

Razem wzięły mnie w obroty. Zażądały ode mnie ciężkiej pracy i mówiły mi rzeczy nieprzyjemne. Ale mówiły mądrze i ukazywały sposoby poprawy. Przekonały mnie natychmiast, że powinnam przede wszystkim być sobą, nikogo nie naśladować, nie starać się nikomu dorównać, zapomnieć o obowiązujących modach. Być sobą – i pisać. Tak? – hm. Tak, to mi się podobało.

To moje Dobre Duchy wymyśliły, że akcja Szóstej klepki powinna rozgrywać się w Poznaniu, a nie w jakimś wymyślonym mieście, one mi doradziły, by w tekście pojawiało się dużo realiów, odnoszących go do współczesności, one zażądały, bym nie stawiała żadnych tam humorowi i śmiesznym pomysłom. One kazały mi – pisząc – myśleć o ludziach, których lubię. I wreszcie to one postanowiły, że powieść Szósta klepka powinna być adresowana wyraźnie do dziewcząt.
Tak, że właściwie wszystko, co zdarzyło się potem, jest przede wszystkim ich – Dobrych Duchów – zasługą.
[…] przerobiłam Szóstką klepkę od początku do końca, czyli, krótko mówiąc, napisałam ją od nowa, po czym posłałam maszynopis do Danki i Elżbiety. One zaś stwierdziły, że wszystko jest OK, tylko że trzeba by jeszcze przerobić parę rzeczy. No,dobrze. Przerobiłam więc, ale w trakcie tej pracy okazało się niespodziewanie, że w pewnych dziedzinach życia jestem Perfekcjonistką oraz wręcz Pracowitą do nieprzytomności Pszczółką. Danka i Elżbieta kazały mi przerobić tylko to lub owo, ja zaś z rozmachu przerobiłam po prostu wszystko, raz jeszcze od początku do końca. Zabrały mi wreszcie ten tekst, wyrwały mi go z zębów po prostu – i poszło do druku. […]
Dostałam drugie miłe honorarium literackie i kupiliśmy pralkę Candy. […]
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 72–74.
(Visited 320 times, 6 visits today)

67 komentarzy do “Pisarze ze starej szkoły (V): Małgorzata Musierowicz, cz. 2

  • 11 marca 2012 o 08:59
    Permalink

    Z dedykacją dla niektórych „pisarzy”?:D
    Celowo wzięłam w cudzysłów, żeby nie obrazić tych, którzy potrafią z pokorą pochylić się nad własnym tekstem i poprawiać, poprawiać, poprawiać, nie obrażając się słysząc „rzeczy nieprzyjemne” – cytuję za Musierowicz.
    Jak ja się cieszę, że mnie talent nie męczy i nie muszę i się nie duszę.
    Bo co innego luźne niezobowiązujące opinie i wrażenia, a co innego aspiracje do tworzenia dzieł wiekopomnych. Jestem w stanie wybaczyć blogerowi, który radośnie tworzy swojego bloga z błędami – nikt chyba nie traktuje poważnie wszystkich blogasków? Ja do swojego też mam dystans. Natomiast wydanie książki to już poważna sprawa. Co to ja chciałam? Panie ten tego ten… Zapomniałam:)

    Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 09:01
    Permalink

    Nie mam odniesienia… Pralka Candy to był duży luksus? Wnioskując po słowach „miłe honorarium” – to pewnie tak…

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 09:22
      Permalink

      W pierwszej części była mowa o pieluszkach pranych ręcznie albo we Frani, więc automat stanowił duży postęp w gospodarstwie domowym:)

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 11:05
      Permalink

      B. Standardem była Frania? ostatecznie to były lata 70-te!

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 11:19
      Permalink

      Jak się jest parą młodych grafików na dorobku, to i Frania dobra. Zresztą w moim domu pierwsza pralka automatyczna to druga połowa lat osiemdziesiątych: raz, że wcześniej nie było jej gdzie wstawić, dwa – że dobro należało do kategorii wystawanych w kolejkach:P

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 14:39
      Permalink

      U mnie w domu to była Frania… pewnie do początku lat 90., bo wcześniej to bym pewnie nie pamiętała. A co było w 70. to nie wiem… dlatego pytam:P

      Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 09:04
    Permalink

    Ha, Kalio już napisała wszystko to, co chciałam. Z dedykacją… ;)

    A swoją drogą, to kompletnie nie miałam świadomości, że Musierowicz wydała taką książkę, toż to cacuszko. Jeżeli Twoje własne, to proszę o pożyczkę :D

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 09:08
      Permalink

      Ja mam. Moja ukochana, chyba najlepsza z serii, płakałam ze śmiechu nad pisankami Bobcia, który „li i jedynie” miał czarną farbkę. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale chyba tak. Mogę Ci podeslać w tej paczce razem przed świętami.

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 09:24
      Permalink

      A jeśli chodzi o autobiografię MM, to mam i mogę pożyczyć, tylko najpierw wycisnę z niej wszystkie wątki literackie:)

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 09:33
      Permalink

      Joasiu – „Szóstą klepkę” mam i ja (zresztą bardzo lubię :D), wyraziłam się nieprecyzyjnie, chodziło mi o autobiografię MM.

      ZWL – o, super :D A poczekać mogę długo, mam co czytać ;)

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 14:40
      Permalink

      Dawaj, co się da, bo i tak jakieś krótkie te fragmenty:P

      Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 09:59
    Permalink

    Musierowicz ze skromnością, elegancją i pokorą przedstawia rolę, jaką odegrały redaktorki – faktem jest, że wszystkie ich zalecenia stały się potem najmocniejszą stroną jej książek, ale brawurowa realizacja tych rad w „Szóstej klepce” to już jej wyłączna zasługa.

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 10:08
      Permalink

      Nikt nie jest obiektywny wobec swojego tekstu i spojrzenie z zewnątrz bardzo pomaga, szczególnie jeśli jest to spojrzenie dobrego i życzliwego redaktora. Niestety wielu autorów traktuje redaktora jako gnębiciela i kata wypieszczonego tekstu, o ile w ogóle do redagowania książki dochodzi. Coraz częściej mamy do czynienia jedynie z korektą – a korekta poprawi literówki i wstawi przecinki, ale już o koncepcji fabuły nie porozmawia.

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 10:34
      Permalink

      Problem chyba polega na tym, że niektórzy autorzy są organicznie związani ze swoimi tekstami, wręcz się z nimi utożsamiają, i wszelką merytoryczną krytykę odbierają jako brutalny zamach na swoją osobę, nie na słowa, które napisali.
      To jest niepokojący znak i wydaje mi się, że po zauważeniu u siebie takich objawów w dużym natężeniu dla własnego dobra warto pomyśleć o innej karierze. Właśnie głównie z myślą o sobie – czytelnicy popsioczą, pochichoczą, ale zapomną, natomiast autor może się zadręczać miesiącami. Osoba, która ma lęk wysokości, nie powinna być pilotem.

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 10:40
      Permalink

      Kandydatom na pilotów robi się badania lekarskie i testy psychologiczne. Dla aspirujących pisarzy takim testem powinny być recenzje, najlepiej wewnętrzne, przed przyjęciem książki do wydania, i praca z redaktorem nad książką. Niestety teraz bardzo wiele wydawnictw nie ma głowy to takich procedur, a coraz więcej aspirujących literatów nawet nie próbuje poddać się takim testom, od razu walą ebooka albo dopłacają pokątnej firmie za wydanie książki.

      Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 11:08
    Permalink

    Zgadzam sie z Lirael, nawet najwytrawniejsze redaktorki by nie pomogły, gdyby MM nie była materiałem na pisarkę:).
    Ale swoją drogą – mogłaby MM te panie znowu zatrudnić, może coś by wyszło z McDusi:).

    BTW- ostatnio autor książki o cyklu pan Samochodzik, którą właśnei podczytuję, śmiał narzekac,że „Opium w rosole” jest nieudane!!!!!!

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 11:22
      Permalink

      Obie panie redaktor pracowały z MM jeszcze w czasach Akapitu, ale zdaje się nawet one nie pomogą, jeśli pisarka woli sadzić róże:)
      Autor podróbki cyklu o Samochodziku? Jeśli to ten, o którym myślę, to zupełnie nie ma się co przejmować jego opiniami:))

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 12:07
      Permalink

      Rozumiem, że teza brzmi: Pan Samochodzik lepszy od Opium? Prawdziwa życiowa literatura kontra romansidła dla pensjonarek?:P

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 12:53
      Permalink

      Nie, chodzilo tylko o to, że autorzy młodzieżówek ponieśli porażkę w opisywaniu stanu wojennego i siermiężnego PRL lat 80-tych, i sztandarowym przykładem jest tu opium- wielka klęska MM, już lepiej jest w Bebe B. (przytaczam z pamięci).
      Tezy dość kontrowersyjne:).

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 12:58
      Permalink

      Nie pamiętam, żeby ktokolwiek poza MM o stanie wojennym pisał, bo o siermiężnym PRL to i owszem, zdarzało się. Autorzy nie musieli się wysilać nad opisami, skoro ich czytelnicy żyli w tej rzeczywistości i na hasło „kolejka do mięsnego” mieli te same skojarzenia:P Jakoś ta opinia o klęsce jest poparta argumentami?

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 13:07
      Permalink

      niestety nie, jest to czesć dłuższego zarysu hirtorii literatury młodzieżowej, na któreym to tle w kolejnych rozdziałąch zapewne wykwitnie pan Samochodzik.
      Moim zdaniem jak na cenzurę, to MM i tak się postarała, podobno była niesamowicie dumna z przemycenia sformułowania: „i wąsy miał jak elektryk”.

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 13:11
      Permalink

      Też byłbym dumny, znakomite sformułowanie przecież:) A autor tej monografii to który rocznik, jeśli można wiedzieć? Może jest jakaś dumna notka na okładce? Pewnie w ogóle nie wie, że była jakaś cenzura:P Pan Samochodzik niewątpliwie jest na czele książek opisujących siermiężność PRL, bez dwóch zdań. Mam nadzieję, że skończysz czytać to opracowanie i podzielisz się z nami, sierotami po PRL, wnioskami autora.

      Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 19:42
    Permalink

    No tak, pisarzom starych szkół schodzić poniżej pewnego poziomu ani nie wypadało, ani przez myśl nie przeszło. Jakkolwiek do pisania pani Musierowicz stosunek mam ambiwalentny (szczególnie do swego rodzaju natrętnego kaznodziejstwa nowszych części „Jeżycjady”), z podziwem odnoszę się do pokory autorki.
    Wzorem Joanny, poddałabym przytoczony fragment pod szczególną rozwagę wszelkim domorosłym pisarczykom.

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 20:11
      Permalink

      Być może w późniejszych tomach Jeżycjady nadzór redaktorski zelżał:) Jest to niestety częsta przypadłość u uznanych autorów, a już typowa u tych, którzy założyli własne wydawnictwa i żaden redaktor im już w tekstach nie bruździ:)

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 20:34
      Permalink

      Moim zdaniem, chodzi tu głównie o wbijane w tekst powieści prywatne poglądy pani Musierowicz na różnorakie aspekty życia, czego, oczywiście, żaden redaktor, ani nikt inny autorce zabronić nie może. Niemniej, metoda jest wybitnie łopatologiczna, a pod pretekstem konstrukcji wątków fabularnych tudzież samych bohaterów, przemyca pani Musierowicz w sposób mało sympatyczny jedynie słuszne racje, postawy, pryncypia. Widać przy tym, że dla odmiennych zapatrywań nie ma w jej świecie miejsca.
      Dlatego wątpię, czy jakakolwiek współpraca redaktorska cokolwiek by tu pomogła, bo ogólne wrażenie jest takie, że autorka z wielką niechęcią byłaby skłonna nieco swój światopogląd w „Jeżycjadzie” wytłumić.

      Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 20:47
      Permalink

      To faktycznie jest widoczne i mnie też źle wpływa na odbiór. Ale interpelowana kiedyś na okoliczność tego, że Borejkowie zrobili się okropnie „kościołowi”, MM odparła coś w rodzaju, że zawsze byli, ale nie mogła o tym wyraźnie pisać, i że nie zamierza się ograniczać. No i przestała, a potem mamy „Żabę” i „Czarną polewkę”:(

      Odpowiedz
  • 11 marca 2012 o 21:09
    Permalink

    Byli, nie byli, ale już będą, skoro autorka tak się możliwościami zachłysnęła ;)Przynajmniej sobie posarkałam :)

    Odpowiedz
    • 11 marca 2012 o 21:27
      Permalink

      Wiarusowi czytelniczemu bojaźń i drżenie, doprawdy, nie przystoi ;) Zbyt delikatna konstrukcja psychiczna z miejsca przekreśla większą aktywność w obcowaniu z literaturą – można ulec w pojedynku „ja a wyobraźnia autora” ;)

      Odpowiedz
  • 12 marca 2012 o 18:28
    Permalink

    Wszyscy tutaj chwalą pokorę i samokrytycyzm autorki, ale chyba warto dodać, że ‚Tym razem serio’, paradoksalnie, nie doczekało się wznowienia, pomimo próśb i gróźb czytelników, właśnie dzięki tym przymiotom MM. Pisarka bowiem stwierdziła, że w następnym wydaniu potrzebne będą poprawki – coś na kształt ‚poprawek’ z „Szóstej klepki” – a na takie pisanie od nowa czasu i chęci brak :) Czarne wizje samouwielbienia MM i chałtury pod znanym nazwiskiem można raczej odrzucić. Bardziej obawiałabym się w jej przypadku, że w przyszłości nie będzie wznowień, skoro każdy tekst można udoskonalić i to najlepiej w całości ;)

    Odpowiedz
    • 12 marca 2012 o 20:23
      Permalink

      To wyjaśniłaś jedną z zagadek, która mnie nurtowała:) Akurat „Tym razem serio” chętnie bym przeczytał w wersji 2.0. Swoich klasyków MM nie poprawia, za dużo osób zna je niemal na pamięć:D

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 13:04
      Permalink

      Swego czasu dostępny był ebook w sieci, więc dla chcącego… jest alternatywa :)

      Poszerzyć, dopracować pewnie i można, ale czy warto z tym czekać kosztem sfrustrowanych czytelników? ;P

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 13:44
      Permalink

      Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze niecierpliwie czeka na nowe książki MM. Mnie już przeszło jakiś czas temu, szczególnie gdy okazało się, że niezbyt były warte czekania.

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 17:00
      Permalink

      Ja czekam :) Zawsze. Może już nie tak niecierpliwie jak za młodszych lat, ale jednak wciąż i wytrwale. Bo my jednak trochę „przerośnięte wielbiciele” Jeżycjady już jesteśmy. Ale we mnie sentyment wciąż rześki i żywy, a autorka nadal potrafi zatrzymać mnie przy swojej książce choćby do rana. Fabularnie jest słabiej niż kiedyś, przyznaję, ale nikt tak nie pisze jak MM. No nikt :)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 17:34
      Permalink

      Rany, ale wyznanie:D Ja też jestem przerośniętym wielbicielem, ale dreszcz już nie taki, niestety. Swoją drogą, czy młodsze pokolenia czytają Jeżycjadę, czy jesteśmy ostatnimi Mohikanami?:)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 18:49
      Permalink

      Czytają i przeżywają – jak my niegdyś. Bo to jednak o nich i dla nich ;)

      Swoją drogą – nikt tak ostro nie traktuje Siesickiej po latach. Czy nikt do niej nie wraca? Ja wróciłam do jej starszych książek i zdziwiłam się, że to już nie to. Zupełnie inaczej ją odbieram. Wyrosłam? A do starszych części Jeżycjady wracam bez bólu.

      Zmieniamy się sami i MM się zmienia. Tylko jej się dostaje za to po głowie, bo powinna w tych zmianach uwzględniać nas? :)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 19:40
      Permalink

      Ale macie na myśli to, że MM czytają dzisiejsze 14-latki?
      Co do Siesickiej, to ja i za młodu nie miałem dla niej za wiele sentymentu. Zero poczucia humoru, zero realiów i tylko jakieś introspekcje, retrospekcje i psychoanalizy, brr:P Za to Ewa Nowacka po części się ostała ze swoimi powieściami współczesnymi.
      MM może niekoniecznie powinna uwzględniać nas, ale może chociaż trochę ogólne zmiany obyczajowe. Podejrzewam jednak, że uważa, iż panuje powszechne zdziczenie, więc jako odtrutkę lansuje Patrycję Borejko jako ideał kobiecości realizujący się w bułeczkach, dzieciach, ogródku i dogadzaniu mężowi, i ojca Borejko jako strażnika cnoty wnuczek:P

      Odpowiedz
  • 13 marca 2012 o 20:27
    Permalink

    Musisz uwierzyć na słowo :) Ostatnio w antykwariacie młode dziewczęcia ominęły dział wampirów, przemknęły wzrokiem po wszelkich Akademiach i Hajskulach i złapały za Musierowicz. Jedyny dylemat jaki omawiały, to ile części mogą sobie kupić na raz. Zatem te książki nadal żyją. Choć konkurencja – barwna, różnorodna i bardziej współczesna – nie śpi. Ale i u mnie w szkole, lata świetlne temu, zaledwie kilka osób czytywało MM. Nie spodziewam się więc histerii na punkcie Jeżycjady teraz, chyba że seria filmowa ruszy z jakimś bladym macho na pierwszym planie ;)

    Taka właśnie była Siesicka – spokojna, subtelna i melancholijna :) Zupełnie inna od przygodówek młodzieżowych. Lubiłam to w jej książkach. Ale teraz mnie trochę wynudziła i zmęczyła.

    Nie wiem co uważa MM :) Nie chodzi mi też o bronienie jej niczym Częstochowy. Krytyka czytelników to część tego fachu i ma swój sens. Ale w jej przypadku tak się porobiło, że każdy zdaje się wiedzieć lepiej jak i o czym powinna pisać. Ciekawe czy L.M.Montgomery również musiałaby dziś spełniać zachcianki tysiąca fanów, którzy wysłaliby Anię na manify, a urlop na dziecko koniecznie brałby Gilbert? ;)
    Znamienne jest jeszcze, że każdy wyciąga jedną (inną) postać z Jeżycjady i na jej przykładzie dowodzi oderwania MM od rzeczywistości. Że kiedyś, za komuny, domy pełne łaciny i niepracujących mam były normą? Ponoć nie bardzo. Albo takie gwiazdy z urodzenia jak Aniela to częste przypadki? Że Gabrysia zbyt dzielna – powinna być książka o depresji młodej matki porzuconej w zaraniu życia? Od początku ta seria nosiła ślady bajkowości i przerysowania dla celów wychowawczych, pod młodego czytelnika, który właśnie wytycza sobie pewne życiowe ideały i hierarchie wartości. Taką konwencję kupiliśmy, a teraz odechciało się uproszczeń mam wrażenie. MM pisze nadal dla młodzieży, a tutaj jej pod nosem stado psychologów i socjologów się wyszkoliło i chce PRAWDY, li i jedynie ;P

    Co do Patrycji – a gdyby spojrzeć na jej postać nie jako na lansowany ‚ideał kobiecości’, ale niejako wzięcie w obronę takich niedzisiejszych postaw u kobiet, które nie potrzebują kariery, ale spełniają się w domu, przy dzieciach i mężu? Przecież inne panie w Jeżycjadzie pracują zawodowo, odnoszą sukcesy – może właśnie domatorki potrzebują ochrony przed takim lansem, by nie czuły się gorsze? :)

    Odpowiedz
  • 13 marca 2012 o 20:38
    Permalink

    Jestem w stanie uwierzyć, że MM nadal jest czytana i niech tak będzie jak najdłużej.
    Co do reszty: to już nie chodzi o wytykanie, kto kogo najbardziej drażni i co jest bardziej realistyczne, a co mniej. Mnie razi to, że w pierwszych tomach rozmaite kwestie były pokazane subtelniej, trochę mimochodem, jak choćby rezygnacja Mamy Borejko z pracy zawodowej. Gabriela jako samotna matka wcale nie wydawała się zbyt dzielna. A teraz, żeby zostać przy tej nieszczęsnej Patrycji, wszystko jest wywalone w jednej scenie, na dodatek zupełnie nie ma znaczenia dla fabuły. Wygląda to jak manifest czy jakiś wielki transparent. Można to było pokazać trochę mniej dobitnie, czytelnik by zrozumiał:) Zresztą może to kwestia nagłego przeskoku: znamy Patrycję jako leniwą maturzystę, a potem trzask – i wzorcowa matka Polka. Przemiany Gabrieli czy Idy były pokazywane etapami, był czas przywyknąć:)

    Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 21:06
      Permalink

      Szczerze mówiąc już bym chyba nie potrafiła rzetelnie ocenić pierwszych tomów. Stanowią dla mnie pewną całość fabularno-ideowo-stylistyczno-sentymentalną :) Może jest tak jak napisałeś, a może nie. Nie zdołam już chłodnym okiem tego porównać. Przylgnęła do mnie niegdyś ta proza i wiele jej wybaczam. Choć nie wracam do Trolli, Kalamburka mnie bardziej zasmuciła niż zainspirowała, Tygrys już męczy, Nutria zawiodła (z Nerwusem stanowili przez długi czas moją „the best” część cyklu – prawie jak „Podróż za jeden uśmiech” ;P ), Sprężyna dała nadzieję. Ale zdaję sobie sprawę, że każdy odbiera to po swojemu i autorka nie dogodzi wszystkim. Dlatego akceptuję jej cykl z całym dobrodziejstwem inwentarza, choć z dzisiejszej perspektywy cały światopogląd MM jest mi obcy. Niech sobie moralizuje, trudno. Nie wczytuję się widać w rzeczy, które mnie nie interesują, bo nie pamiętam tej sceny z Patrycją :) Pamiętam jakieś krzaczki w hodowli, domowe biesiady i zachwyt Florka nad ‚dorodną’ Pulpecją – może to dysonans poznawczy doprowadził do wyparcia niewygodnych treści i mogę nadal beztrosko czekać na kolejną powieść MM? :)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 21:13
      Permalink

      Dla mnie pierwsze tomy też stanowią całość i dlatego pewne elementy z najnowszych powieści na tym tle wypadały rażąco, już zostawiając na boku Patrycję, bo to bardziej niezręczność niż zasadniczy zgrzyt. Bardziej mnie wpieniało wpychanie Pyzy w objęcia Fryderyka. W każdym razie zazdroszczę beztroski:) Ja wyparłem zasadnicze zarysy fabuły tych najnowszych tomów, a zostały mi w pamięci takie zgrzyty. W baśniach nic nie powinno zgrzytać:) Ale McDusię przeczytam, kiedy (i o ile) się ukaże:P

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 21:36
      Permalink

      Pyza i Fryderyk – faktycznie ciągnie się taki wątek. Tak ładnie rozpoczęty, w deszczu i sianie :) I nawet tutaj nikt nie dostrzega, że MM nie stawia kariery Frycka (mężczyzny) nad potrzeby Pyzy (kobitki), a przecież jako tradycjonalistka i purytanka powinna pisać w myśl zasady: ubi tu, Caius, ibi ego, Caia.
      Ale Pyza była skazana na taką poniewierkę w świecie mężczyzn – odkąd zaczęła dla nich te drakońskie odchudzanie w liceum ;P

      McDusia wciąż się pisze, jak wynika z tego co dziś na stronie autorki wyczytałam. Może to już tylko poprawki? Kto wie – może dożyjemy zakończenia cyklu, który ma liczyć 21 tomów :)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 21:42
      Permalink

      Wątek zaczął się ładnie i czemu nie został potraktowany równie bajkowo jak wszystkie inne takie wątki?
      Ciężkie jest życie czytelnika: czekać na koniec Jeżycjady, czekać na koniec Pieśni Lodu i Ognia:(

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 22:02
      Permalink

      A widzisz – tak naprawdę to Jeżycjada niebezpiecznie zbliża się do naszej burej rzeczywistości, a my wolimy bajki :) Coraz mniej hepiendów w związkach bohaterów. Kiedyś był jeden Pyziak-zakała, a teraz cała plejada łobuzów. Choć autorka przyzwyczaiła nas, że za fasadą śmieszności i nieporadności kryje się zawsze wybranek-klejnot. A tu klops – tak było tylko za komuny. Lepiej było? ;P

      Martina nie napoczynam z nadzieją, że kiedyś cykl zakończy i przeczytam od razu całość. Nie lubię takich długich pożegnań ;)

      *to drakońskie odchudzanie /te drakońskie diety – poprawka do mojej wypowiedzi piętro wyżej :)

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 22:11
      Permalink

      Cóż to za hapiend, jeśli narzeczony jest trzymany niemal pod lufą karabinu? W sprawie Pyzy i Fryderyka MM zawiódł jej zmysł do konstruowania fabuł. W zakończenie cyklu przez Martina nie wierzę tak samo jak w wydanie McDusi:P

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 22:32
      Permalink

      Ale ja się zgadzam, że wątek Pyzy i Frycka zszedł na psy. Dojrzewanie Fryderyka przypomina trochę stawianie do pionu Pyziaka pokolenie wcześniej. Może o to chodzi – wzorzec wyniesiony z domu, itd. Z pozdrowieniami dla malkontentów, którzy domagali się większej wiarygodności psychologicznej w Jeżycjadzie ;P

      McDusia będzie na pewno. Mur beton :) Autorka pewnie dokłada teraz wszelkich wysiłków i starań, by na ograniczonej przestrzeni powieściowej zawrzeć jak najwięcej sugestii swoich fanów :D

      Odpowiedz
    • 13 marca 2012 o 22:36
      Permalink

      W McDusię uwierzę, jak będę miał w rękach:P Rozwiązanie wątku Pyza-Fryderyk jest właśnie zupełnie niewiarygodne psychologicznie, ale w psychologię wierzę tak samo, jak w McDusię:D

      Odpowiedz
  • 14 marca 2012 o 22:36
    Permalink

    Niech tam sobie MM zawiera w „Jeżycjadzie” wszelkie swoje manifesty i wartości – toż to jej święte prawo jako autorki. Chciałabym tylko, żeby sposób konstruowania wątków i bohaterów nie był jednocześnie wykładnią zachowań, postaw, charakterów, które powinny powszechnie obowiązywać ludzi prawych i mądrych. Znając MM nie tylko z powieści o Borejkach, wiedząc, jaki ma stosunek do spraw i praw rzeczywistości, podejrzewam, że w „Jeżycjadzie” najzwyczajniej w świecie agituje: kobieta powinna być taka, mężczyzna siaki, mądrze i godnie żyje ten, kto… etc., etc. Kręcę nosem nie dlatego, że mi nie dogadza jako czytelnikowi jednemu z wielu. Mam żal o ten natrętny przekaz. Nie trzeba żyć jak Borejkowie i hołdować ich zasadom, żeby być człowiekiem przyzwoitym i godnym szacunku, a mam wrażenie, że MM inny model życia w słynnych już „dzisiejszych czasach” po prostu bezdyskusyjnie wyklucza. Można porównać we „Frywolitkach”: temat niby inny, ale między wierszami sporo da się wyczytać.
    Tylko, proszę, bez posądzeń o paranoję :)

    Odpowiedz
    • 15 marca 2012 o 05:30
      Permalink

      Mowy nie ma o paranoi:) Już wyżej pisałem, że mnie też razi brak subtelności w lansowaniu jedynie słusznej wizji świata. Zdecydowanie Frywolitki zawierają wiele manifestów życiowych autorki, słuszne spostrzeżenie:)

      Odpowiedz
  • 14 marca 2012 o 22:42
    Permalink

    Zresztą, to samo właśnie drażni mnie u Pilipiuka, szczególnie w cyklu „Oko Jelenia”. Kto czytał, ten wie o co chodzi :) Różnica tylko jedna: MM robi to subtelniej ;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: