Kiepskie wieści (William Wharton, „Wieści”)


Czytanie bożonarodzeniowych powieści wczesną wiosną może wydawać się perwersją, ale brak świątecznego sztafażu pozwala trzeźwo spojrzeć na walory tego rodzaju książek. Tylko nieliczne bronią się bez scenerii zimowej za oknem i bez przybranej piernikami choinki.

Will i Loretta, Amerykanie mieszkający od lat w Paryżu, wraz nastoletnim synem postanawiają spędzić Boże Narodzenie w swoim młynie w jakiejś odległej wiosce. Trwają przygotowania do świąt: ostatnie zakupy, ozdabianie domu, gotowanie. Rodzina oczekuje przybycia starszych dzieci, mieszkających w Ameryce. Atmosfera, pozornie beztroska, jest jednak pełna napięcia – Will zastanawia się, czy jego trzydziestoletnie małżeństwo z Lorettą przetrwa, czy żona zdecyduje się od niego odejść. Pojawienie się dorosłych córek i syna jeszcze bardziej to napięcie podsyca: każde z nich ma jakiś problem, wokół którego krążą jego myśli, nie bardzo więc udaje się wskrzesić atmosferę rodzinnej Gwiazdki mimo starań ojca rodziny.
W takiej sytuacji należałoby się spodziewać, że bomba (a właściwie cztery bomby) pęknie przy świątecznym obiedzie: rodzice i dzieci wygarną sobie wszystkie nagromadzone żale, aby malowniczo pogodzić się przy deserze, albo też pieczony indyk skłoni ich wszystkich do intymnych zwierzeń, a potem do pokazów rodzinnej solidarności w obliczu problemów życiowych. Nic z tego. Wharton nie zamierzał psuć świątecznych posiłków tak banalnymi rozwiązaniami fabularnymi. I oto w noc wigilijną Loretta i jej czwórka dzieci nie mogą spać, gnębieni myślami, i produkują monologi wewnętrzne, z których czytelnik dowiaduje się, co ich martwi. W tym momencie bezpowrotnie straciłem zainteresowanie ciągiem dalszym rodzinnych perypetii. Ciąg dalszy bowiem autor zalewa nawet nie lukrem z pierników – a przesłodzone zakończenie ostatecznie wpisywałoby się w bożonarodzeniową konwencję, lecz zastygającym tłuszczem z indyka. Robi się po prostu mdło.
Wharton jest mistrzem w niespiesznym snuciu fabuły. Jeśli bohaterowie sprzątają, to dowiadujemy się dokładnie, co wymietli z kątów (w tym wypadku szczurze bobki). Jeśli jadą do sklepu, to poznamy całą listę zakupów wraz z cenami (i nasłuchamy wydziwiań, że wszystko jest takie drogie). Jeśli się spieszą, to zepsuje się im samochód i będą go naprawiać zardzewiałym młotkiem i pilnikiem do paznokci. Nie dopuśćcie Muzy, aby zechcieli się umyć albo załatwić potrzebę fizjologiczną, bo autor z upodobaniem będzie opisywał mycie się namydloną gąbką w misce i odgłosy siusiania. Zalew tych doskonale nieistotnych szczegółów w „Wieściach” jest szczególnie irytujący, gdyż gryzie się z próbami wywołania świątecznej magii. Narratorem powieści jest Will, który zrobił wszystko, żeby trudno mi było poczuć do niego sympatię. To już bardzo niedobrze, bo zniosłem nawet bohatera „Domu na Sekwanie”, domorosłego majsterklepkę – ten przynajmniej nie był tak rozlazły i ożywiał go konkretny cel. Dodajmy do tego nudnawe medytacje (Will jest filozofem i lubi sobie porozmyślać choćby o tym, dlaczego rogaliki mają kształt rożka) i sztucznie brzmiące dialogi (nastolatek mówi do ojca: „Dziękuję ci, tato, że zaścieliłeś moje łóżko, choć zrobiłbym to sam”, a matka do syna: „Ben, mój drogi, weź ogrzane talerze z piekarnika! Uważaj, abyś się nie oparzył!” – chociaż tu pewnie dołożył się też tłumacz) i mamy obraz całości.
Może to i lepiej, że nie czytałem „Wieści” w Boże Narodzenie, bo byłyby to zepsute święta.
William Wharton, Wieści, tłum. Marek Obarski, Zysk i S-ka 1995.
(Visited 135 times, 1 visits today)

25 komentarzy do “Kiepskie wieści (William Wharton, „Wieści”)

  • 28 kwietnia 2012 o 07:43
    Permalink

    To zupełnie tak jak w polskich serialach – jak bohater siada do śniadania, to musi je zjeść do końca. Nic nie zostanie oszczędzone widzowi – słodzenie i mieszanie herbaty, smarowanie chleba itd. Whartona czytałam z obowiązku, taki zawód, ograniczyłam się do mojej złotej zasady – trzy książki jednego autora i ani grama więcej. Jak trzeba wiedzieć więcej to podczytuję „Nowe Książki”. Przypomniała mi się książka o Bożym Narodzeniu – „Ominąć święta”, ale to inna bajka i inny autor.

    Odpowiedz
    • 28 kwietnia 2012 o 07:54
      Permalink

      Mnie do tej pory ta detaliczność niezbyt przeszkadzała, bo w końcu większość powieści Whartona to „małe realia”, ale tu po prostu w żaden sposób nie wpisywało mi się – z przeproszeniem – siusianie w odgrzewaną świąteczną atmosferę:) Już wolę opisy wbijania każdego pojedynczego gwoździa w „Domu na Sekwanie”:)

      Odpowiedz
  • 28 kwietnia 2012 o 08:40
    Permalink

    Wharton lubował się w niespiesznym snuciu opowieści i najwyraźniej sam kochał codzienność bytu stąd być może ta jego szczególowość w opisach.

    Odpowiedz
  • 28 kwietnia 2012 o 09:54
    Permalink

    Moje zdanie na temat Wieści znasz, a recenzja gdzieś w zakładce Whorton. Nie pamiętam, kiedy czytałam tę książeczkę po raz pierwszy, czy był to czas świąt, czy też nie, w każdym razie teraz czytam na każde święta i mnie wprowadza w świąteczny nastrój. Zgadzam się, że ta drobiazgowość u Whortona może nudzić, nużyc, albo wręcz odstręczać. Mnie się jednak podoba i jakoś nie odstrasza. Tak więc co do tej pozycji mamy zupełnie inne zdanie, a raczej zupełnie różne gusta i oczekiwania. :) Pozdrawiam wiosennie

    Odpowiedz
    • 28 kwietnia 2012 o 10:05
      Permalink

      Chyba za słabo podkreśliłem to, że to NIE nadmierna drobiazgowość zadecydowała o niechęci do Wieści, to był tylko mały gwóźdź do trumny. Zadecydowała „awangardowa” konstrukcja, wyjątkowo irytujący główny bohater i właśnie brak świątecznego nastroju – co już jest wrażeniem czysto subiektywnym:)

      Odpowiedz
    • 29 kwietnia 2012 o 07:08
      Permalink

      Wcale nie za słabo wyłuszczyłeś swoje argumenty. Ja po prostu lubię tę książkę i nic na to nie poradzę.

      Odpowiedz
  • 28 kwietnia 2012 o 19:55
    Permalink

    A mi Wharton nigdy „nie leżał”. Za namową przyjaciół zaczynałam czytać kilka jego książek i chyba tylko „Rubio” był tą, która naprawdę mi się podobała.
    Jestem Ci ogromnie wdzięczna za tę recenzję. Dzięki niej wiem, że już raczej nie dam się namówić na tego autora. Po prostu nie moja bajka.

    Odpowiedz
    • 28 kwietnia 2012 o 20:23
      Permalink

      Nie wiem, czy wśród czytanych przez Ciebie była któraś z lepszych, moim zdaniem, powieści WW, ale skoro Ci nie pasował, to nie należy się zmuszać:)

      Odpowiedz
  • 28 kwietnia 2012 o 20:43
    Permalink

    Dobrze podsumowałeś Whartona:) Ciekawe czemu byłam pewna, że „Wieści” nie będą Twoją ulubioną książką ;P

    Odpowiedz
    • 29 kwietnia 2012 o 08:26
      Permalink

      Poczytuję sobie od niechcenia tego Whartony, na które się nie załapałem w dawnych czasach, ostały się tylko jego klasyczne klasyki:)

      Odpowiedz
  • 29 kwietnia 2012 o 12:40
    Permalink

    Aha. Po pierwszych trzech książkach tak gwałtownie obniżył loty, że szybko się pożegnaliśmy z WW. Kluczem do trumny byli dla mnie Spóźnieni kochankowie. I to pisanie tylko na rynek polski… Zagadkowe.;)

    Odpowiedz
    • 29 kwietnia 2012 o 12:54
      Permalink

      Zawsze go podejrzewałem, że te największe cienizny to pisał wyłącznie na polskie potrzeby:P Ale ja jestem wytrwalszy, dobiłem dziesięciu, a zamierzał obadać kolejną dziesiątkę.

      Odpowiedz
    • 30 kwietnia 2012 o 07:09
      Permalink

      He he, powtórka zaczęła się ze trzy lata temu i polegała na zgromadzeniu materiału do czytania. Z tego przeczytałem cztery książki, w tym Ptaśka, którego zawsze lubiłem. Dalej jednak twardo zamierzam wyselekcjonować te Whartony, które daje się czytać:P

      Odpowiedz
    • 30 kwietnia 2012 o 07:15
      Permalink

      Żeby to zacofanie z tego się brało, to już dawno bym z niego wyszedł, bo kolekcja z grubsza zamknięta:) Ale w sumie czemu nie, może być Wharton winny:P

      Odpowiedz
  • 30 kwietnia 2012 o 07:04
    Permalink

    Najlepsze było „Dziękuję ci, tato, że zaścieliłeś moje łóżko, choć zrobiłbym to sam” :) Drobiazgowość raczej lubię, ale inne Twoje argumenty mnie przekonują :p Teraz się zastanawiam, czy czytałam w ogóle coś Whartona, czy w ogóle nie… Chyba nie. Chyba się tylko zabierałam do „Tato”, dość nieudolnie.
    Ostatnio jak czytałam Tomkowskiego („Ciemne skrzydła Ikara”) to ubolewał właśnie, że dzisiaj czyta się Whartona i Coehlo zamiast klasyki literatury i uznaje się ich za wybitnych pisarzy. Chyba nie jest aż tak źle, bo osobiście znam wiele osób, które się o obu panach wyrażają krytycznie…

    Odpowiedz
    • 30 kwietnia 2012 o 07:07
      Permalink

      Dialogi płyną niczym w powieści historycznej z życia wyższych sfer:) Whartona można czytać oprócz klasyki, Coelho nie znam, to się nie wypowiem, czy można:P A obaj panowie są nazywani wybitnymi tylko na okładkach swoich książek.

      Odpowiedz
  • 7 maja 2012 o 21:09
    Permalink

    Kompletnie nie pamiętałam, o czym są „Wieści”, choć pamiętałam, że czytałam. Odświeżyłeś mi pamięć. Nie podobała mi się.
    Wharton tę swoją manierę opisywania wszystkiego, WSZYSTKIEGO, doprowadził do perfekcji. Murakami mu do pięt nie sięga.

    Odpowiedz
    • 7 maja 2012 o 21:32
      Permalink

      O, nie nie nie. Murakami jest metafizyczny, a Wharton twardo stąpa po ziemi. Ale ten szczególik, że czasem nadmiernie zagłębiają się w szczegóły, mają wspólny.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: