Pisarze ze starej szkoły (XI): Joanna Chmielewska, cz. 2

Zaprotegowana przez Mariana Eilego, redaktora naczelnego „Przekroju”, Irena Kuhn, już wkrótce Joanna Chmielewska, złożyła maszynopis w wydawnictwie „Czytelnik” i zaczęła martwić się koniecznością dopisania ciągu dalszego do swojego debiutanckiego utworu…
Pierwsza część Klina była za długa na nowelę i za krótka na powieść. Dalszy ciąg w pierwszej chwili nieco mnie ogłuszył, ale tu w sprawę wdał się „Szkorbut”.
W zasadzie zdążyłam się przyzwyczaić do reportażu. Te zakłady pracy, te Domy Kultury, te zjawiska dodatkowe, które wykorzystywałam okazjonalnie, chociażby wesołe miasteczko przed moim domem, zbakierowały mój umysł. Nie ośmieliłam się wszystkiego wymyślić sama, wyobraźnia siedziała cicho i odmawiała współpracy, jeśli zaś już ruszyła, prezentowała obrazy rozszalałe i nie do przyjęcia. Przydeptywałam ją, jak mogłam. Nieśmiałe popiskiwania dały w rezultacie zaledwie kanwę, haft wykonało życie.
Z moim szwagrem Andrzejem, mężem Jadwigi, od czasu do czasu współpracowałam. Ściśle biorąc, pomagałam mu, umiałam kreślić, robotę podrzędną odwalałam jak złoto, nie bruździła mi w tym żadna ambicja, on był projektantem genialnym, a ja wręcz przeciwnie, i godziłam się z tym bez najmniejszego oporu. Nie pamiętam, co wtedy robił, jakiś konkurs, czy kurię biskupią w Kielcach, w każdym razie gdzieś w okolicy owych zmagań pojawił się „Szkorbut”.
Najpierw co parę dni, potem codziennie, potem nawet po parę razy w ciągu dnia dzwonił telefon i męski albo damski głos pytał w napięciu:
– Szkorbut? Szkorbut?
Z początku tak Jadwiga, jak i Andrzej grzecznie odpowiadali, że pomyłka. Potem zaczęło ich to denerwować i odzywali się mniej uprzejmie, albo od razu odkładali słuchawkę. Potem przystąpili do karczemnych awantur. Nie pomagało, szkorbut dobijał się do nich nadal. Któregoś dnia śmiertelnie zmęczony Andrzej podniósł słuchawkę.
– Szkorbut? – spytała facetka z tamtej strony.
– Tak, szkorbut – zgodził się Andrzej, bo już nie miał siły się kłócić.
– Kto mówi?
– Władysław Jagiełło.
– Panie Władeczku! — krzyknęła na to dama. – Tu Jadwiga! Ja się muszę z panem zobaczyć!
Ustrzeliła go dokładnie. Nieco z tego zbaraniał.
– Sami rozumiecie – mówił do nas później. – Dzwoni do mnie królowa Jadwiga, chce się ze mną spotkać, jak ja mogę odmawiać monarchini…
Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, umówił się z tajemniczą osobą o szóstej po południu w kawiarni „Stylowa”, która mieściła się wówczas na rogu Pięknej i placu Konstytucji, parę kroków od jego miejsca zamieszkania. Niestety, pomylił godzinę, poleciał na siódmą, żadnej damy już nie znalazł i ciężko mi było przebaczyć mu tę pomyłkę.
Szkorbut jednak dzwonił ciągle, zatem wspólnymi siłami ustaliliśmy, że należy o nim zawiadomić milicję. Diabli wiedzą, co to jest, może nic, a może jakieś przestępcze hasło, niech się martwi właściwa instytucja. Milicja przyjęła informację, podziękowała, poprosiła o zgodę na założenie w telefonie podsłuchu, zgoda została udzielona prawie z zapałem i zaraz potem Andrzej zadzwonił do swojego kumpla, medyka, żeby mi skombinował lipne zwolnienie lekarskie. Ta robota tutaj była pilna, musiałam chodzić do pracy i należało mnie z tej pracy wyrwać. Podał mu moje dokładne personalia, a do tego jeszcze uzgodnili, na co mogę być chora i wyszło im, że najlepsze będzie zatrucie pokarmowe. Zważywszy podsłuch, oczekiwałam jakichś konsekwencji, ale milicja kichała na moje zatrucie i nic nie było, za to szkorbut skończył się jak nożem uciął.
Joanna Chmielewska na spotkaniu z czytelnikami.
Komunikatu na ten temat nie udzielono nam żadnego i do dziś nie wiemy, co to naprawdę było. Mogłam zatem wykorzystać wydarzenie w sposób dowolny.
Napisałam książkę do końca, zaniosłam, umowa już wcześniej została podpisana, teraz przyjęto dzieło do druku. Szłam sobie Wiejską w kierunku Sejmu z głupkowato rozanielonym wyrazem twarzy i asfodele mi kwitły po dwóch stronach ulicy, a możliwe, że nawet i na jezdni. Osiągnęłam podstawowy cel życia…!
 

Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 3, Wydawnictwo Vers, 1994, s. 65–67.

(Visited 509 times, 10 visits today)

12 komentarzy do “Pisarze ze starej szkoły (XI): Joanna Chmielewska, cz. 2

  • 23 czerwca 2012 o 10:58
    Permalink

    No i jak można jej nie kochać? Zrobiła, co mogła – przydeptała wyobraźnię – a ta, mimo takiego traktowania, rozkwitła bujnie.
    Wspaniała kobieta…

    Odpowiedz
  • 26 czerwca 2012 o 06:39
    Permalink

    W pierwszej części utknęłam. Wolę jej kryminały niż autobiografię. Trzymają mnie przy zwierzeniach intymnych tylko stare fotografie, bo to jak zawsze ciekawostka ze świata minionego.

    Odpowiedz
  • 27 czerwca 2012 o 10:05
    Permalink

    Zachęcona powróciłam do autobiografii, którą kiedyś już czytałam. Jestem jeszcze w dzieciństwie, ale już się zbliżam do kolejnych tomów.
    A „Klina” uwielbiam w wersji filmowej :))

    Odpowiedz
    • 27 czerwca 2012 o 11:30
      Permalink

      A przecież była współautorką scenariusza. Według mnie to najlepsza ze wszystkich adaptacji jej książek, jakie zrobiono.

      Odpowiedz
    • 27 czerwca 2012 o 13:50
      Permalink

      Na przykład to, że Krystyna Sienkiewicz dzwoniła do Jędrusik z SuperSamu, tak odległego od biura Jędrusik, że ta nie miała szansy zdążyć. Autorka miała inną koncepcję lokalizacyjną:) Skoro czytasz autobiografię, to w trzecim chyba tomie wszystko Chmielewska wypisała.

      Odpowiedz
  • Odbicie: Pisarze ze starej szkoły (X): Joanna Chmielewska, cz. 1 – Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: