Pisarze ze starej szkoły (XII): Joanna Chmielewska, cz. 3

„Całe zdanie nieboszczyka” to czwarta powieść Joanny Chmielewskiej, wydana po raz pierwszy w 1972 roku. Brawurowa akcja rozgrywa się w wielu miejscach – od duńskiej jaskini hazardu, przez Brazylię, otwarte wody Atlantyku po Francję i Polskę. Zgromadzenie szczegółów niezbędnych do tego, by całości nikt nie zarzucił nieznajomości realiów, wymagało od autorki wielu nietypowych zabiegów.
O ile sobie dokładnie przypominam, potworne, kamienne drzwi w lochach zamknięto na „Ben Hurze” i krótka, acz pełna wysiłku scena stała się dla mnie źródłem inspiracji.
Uparłam się wykombinować coś, co w czasach współczesnych mogłoby doprowadzić do podobnego wydarzenia, i w ten sposób, ustaliwszy środek, zaczęłam tworzyć Całe zdanie nieboszczyka dwukierunkowo, do przodu i do tyłu. Część objawiła mi się w drodze do pracy, codziennie po kawałku, a część w Charlottenlund, na leśnej alejce, wiodącej na wyścigi. W Charlottenlund powstały wszystkie rozmowy z cieciem i odżałować nie mogę, że nie zapisałam piwnicznych konwersacji od razu, bo później, mimo szalonych wysiłków, nie zdołałam odtworzyć ich równie pięknie. Te z lasku były tak atrakcyjne, że zanim się zdążyłam obejrzeć, już przekraczałam bramę wyścigowego ogrodzenia, po czym zaczynałam być mocno zajęta czym innym, przepadło zatem, a szkoda.
W jakimś momencie rozwoju wizji uświadomiłam sobie, że wychodzi mi książka. Wtedy właśnie w liście do Ani napisałam streszczenie, wstrzymałam się z decyzją w kwestii zakończenia, a za to przystąpiłam do sprawdzania realiów.
W Danii, przy pomocy Alicji, zdołałam osiągnąć tylko jeden rezultat, mianowicie wiedzę, że kawa kwitnie czerwono. Trochę to było jakby niedostateczne. Poza tym pytanie, kiedy kwitnie, mam na myśli porę roku, drzewa migdałowe na Sycylii ruszają w styczniu, a diabli ją wiedzą, tę kawę, w jakim miesiącu tworzy efekty kolorystyczne. Dałam sobie spokój z kawą i wróciłam do kraju.
Tu dopiero rozpoczęłam działalność rzetelną. Przede wszystkim poleciałam do ambasady brazylijskiej, gdzie natknęłam się na attache kulturalnego, który mówił po francusku. Zastosowałam metodę wypróbowaną, wyjaśniłam, o co mi chodzi, zaczynając od podstaw, czyli terenu. Attache kulturalny, mały, czarny, zaokrąglony ogólnie i jakiś taki bardzo gładki, wysłuchał z wielkim zainteresowaniem i rzekł:
– Aha, pani mówi o okolicach Paranagui!
– Co pan powie? – zdziwiłam się ogromnie, bo nawet nie mogłam sobie w tym momencie przypomnieć, gdzie dokładnie leży Paranagua.
"Pociąg na wspornikach, wijący się po górach"
„Pociąg na wspornikach, wijący się po górach”

Attache kulturalny, ożywiając się z chwili na chwilę i niemal roztkliwiając, wyjaśnił mi, że Brazylia jest duża i rzadko kto zna całą, ale przypadkowo on się w tych okolicach Paranagui urodził i wychował, dzięki czemu może służyć informacjami. Moim wyobrażeniom nie przeczył wcale, wręcz przeciwnie, uzupełnił je, dał mi prospekty, zdjęcia, liczne obrazki, które wpędziły mnie w stan osłupienia. Wyraźnie z nich wynikało, iż prawa strona Brazylii, czyli wybrzeże Atlantyku akurat w tym miejscu, wygląda dokładnie tak, jakbym najpierw ja je wymyśliła, a potem oni wykonali zgodnie z moimi potrzebami. Zatoka nawet istniała, przy niej zaś duża wiocha, a może nawet całe miasto, Antonina. Jedno, co mi samodzielnie nie przyszło do głowy, to ten pociąg na wspornikach, wijący się po górach. Pozwoliłam sobie zerżnąć go z podobizny.

Ucieszyłam się nadzwyczajnie, bo na razie wszystko mi się zgadzało, i poszłam dalej. Przypadkiem wypadały właśnie Targi Poznańskie. Umówiłam się tam z tym Brazylijczykiem, stoisko na Targach bowiem dysponowało większą ilością obrazków niż ambasada, i pojechałam z Jerzym, moim starszym synem. Sprawy służbowe załatwiłam, dostałam kawy, zielonego sedesu nie zdołałam przy okazji wycyganić, chociaż chciałam nawet za niego zapłacić, po czym zaczęliśmy wracać. […]
Wróciwszy do Warszawy, natychmiast poleciałam do Zbyszka Krasnodębskiego, przyjaciela Alicji i mojego kolegi po fachu, […] kapitana żeglugi wielkiej. Zbyszek o jachtach lubił rozmawiać, temat był mu bliski, wiedzę miał olbrzymią, ale musiałam chyba wywierać na niego silny wpływ, bo po czterech przeszło godzinach pogawędki też zaczął liczyć ropę na wanny. Nie wiem, czy mu to nie zostało…
Zaraz potem wkroczył w sprawę mój młodszy syn, Robert. Pneumatycznie wysuwana armata była jego osobistym pomysłem, uparł się przy niej, twierdził, że taki jacht bez armaty w ogóle nie może istnieć, zrobił nawet bardzo porządne rysunki techniczne, rzut i przekrój pionowy.

Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 4, Wydawnictwo Vers 1994, s. 7–10.

(Visited 126 times, 3 visits today)

4 komentarzy do “Pisarze ze starej szkoły (XII): Joanna Chmielewska, cz. 3

  • 5 lipca 2012 o 08:36
    Permalink

    Chmielewska zaraziła mnie jednym: tym obsesyjnym sprawdzaniem szcegółów realiów (to znaczy u mnie jest obsesyjne). Doszłam do tego, że pojechałam do Berlina sprawdzić, czy przy ulicy o którą mi chodzi rosną stare drzewa. Teraz nieco odpuszczam, bo to przeszkadza mi w pisaniu. Chmielewska sama o sobie mówi, że jest reportażystką, która wyszła od dziennikarstwa i realia były jej niezbędne, bo bała się, że bez nich niczego sama nie wymyśli. Na fikcję przechodziła z wysiłkiem i dlatego szukała autentyku, żeby się nim podeprzeć. Posunęła się nawet do stwierdzenia, że dziennikarz bardzo rzadko potrafi tworzyć dobre utwory oparte na fabularnej fikcji. Pozostała zatem przy fikcji, ze skłonnością do dłubania w realiach. I chwała jej za to :)

    Odpowiedz
    • 5 lipca 2012 o 08:42
      Permalink

      Uwielbiam te jej anegdoty o sprawdzaniu realiów i czerpaniu z życia. Dziś pewnie odpaliłaby google maps albo zdjęcia satelitarne i z głowy:) Zdaje się, że w ogóle internet to czyste błogosławieństwo dla pasjonatów szczegółu:D

      Odpowiedz
  • 5 lipca 2012 o 08:37
    Permalink

    Jest do, dla mnie, najlepsza książka autorki. Pamiętam kiedy czytałam ją po raz pierwszy – siedziałam w tłumie ludzi gdzieś czekając, i łzy ciurem mi leciały ze śmiechu :)) A historię pisania powieści też czytałam i muszę przyznać, że pod wrażeniem byłam. Zresztą w autobiografii autorka kilkukrotnie wspomina, jak zbierała materiały i jak potrafiła obrzydzić sobie dobrze napisaną lekturę tym, że zawierała niesprawdzone fakty.

    Odpowiedz
    • 5 lipca 2012 o 08:46
      Permalink

      U mnie zdecydowanie jest w pierwszej piątce, byłoby na szczycie, ale nie lubię części rozgrywającej się w Polsce:) Autobiografia na pewno pojawi się jeszcze kilka razy, bo mnóstwo tam tajemnic warsztatu. A wydawałoby się, że nic prostszego niż napisanie kryminału… :P

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: