„Żyj, przechodniu, póki ci sądzone…”

 

 

 
Niepozorna książka o suchym tytule zbiera ślady istnień dawno minionych, po których został tylko napis w kamieniu ryty, dyktowany przez najbliższych, pogrążonych w żałobie i bólu ojców, matki, mężów, żony, dzieci, przyjaciół. Zmarli zwracają się do przypadkowych przechodniów, mijających ich groby, i przypominają o sobie: o tym, kim byli, czego dokonali, czego dokonać nie zdążyli, czego pragnęli i o czym marzyli. Czasem osieroceni żywi wzdychali z tęsknotą za tymi, którzy odeszli. Ale nie tylko błogosławieństwa i westchnienia umieszczano na nagrobkach, trafiały się i klątwy na tych, którzy komuś serce złamali i przyspieszyli jego zgon. Pospacerujmy więc wśród ustawionych wzdłuż drogi stel nagrobnych, które wołają: „Podejdź bliżej, przechodniu, i wypocznij chwilę. Nie godzisz się, odmawiasz? A jednak będziesz musiał tutaj wrócić”.
Nie było mnie. Nie ma mnie. Nie wiem nic. Nie moja to już sprawa.
Żyłem, jak chciałem. Czemu umarłem, nie wiem.
Pewien jestem, że jutra nie ma. 
Póki żyłem, zabiegałem o pieniądze, lecz bez ustanku zawsze je traciłem. Śmierć się w to wdała: uwolniła mnie od zysków i strat.

 

Nagrobek małżonków.

Byłam mu żoną pierwszą i umiłowaną do końca życia. W jego ramionach wydałam ostatnie tchnienie, a on płacząc zamknął mi oczy gasnące.

To dla kobiety po śmierci uznanie najcenniejsze.
Synu drogi, matka błaga cię, byś ją wziął ze sobą. 
Gdy przeżyłem szacowną starość i wkroczyłem w lata sędziwe, bogowie wezwali mnie do siebie. Nad czym tu płakać, dzieci? 

Ciała nasze są jak jabłka wiszące na drzewach: albo spadają już dojrzałe, albo niedojrzałe wcześnie toczą się po ziemi.

DOMACJUS TYRAS UMIŁOWANEJ CÓRCE 
Umiłowanemu gladiatorowi, rodem z Dacji. Stoczył trzydzieści walk.

Los go pokonał, nie przeciwnik. 
Niech ten napis mówi o wiecznej hańbie wyzwolenicy Akte, podstępnej trucicielki, przewrotnej i niemiłosiernej. Ćwieki i powrozy niech jej skrępują szyję, a wrząca smoła niech jej spali pierś nikczemną.

Wyzwolona z dobroci serca, uciekła z kochankiem. Oszukała swego pana […] a przez to wpędziła w rozpacz biednego starca, osamotnionego i okradzionego. […] 
Uczczono tu pamięcią Many Anuliny, maleństwa które żyło zaledwie półtora roku.

Ale moja dusza do niebios należy i nie przepadnie w ciemnościach. Przygarnął mnie świat i gwiazdy. Ziemia wzięła tylko ciało, kamień – puste imię. 
Żyj, przechodniu, póki ci sądzone, i bądź pozdrowiony. 
Tu złożono Leburnę, mistrza gry scenicznej, który żył mniej więcej sto lat.
Ileż razy umierałem! Tak jednakże nigdy.
O dobre zdrowie dla was wstawiam się u bogów.

Rzymskie epitafia, zaklęcia i wróżby, oprac. Lidia Storoni Mazzolani, 

tłum. Stanisław Kasprzysiak, Czytelnik 1990.

(Visited 301 times, 4 visits today)

27 komentarzy do “„Żyj, przechodniu, póki ci sądzone…”

  • 30 października 2012 o 17:23
    Permalink

    Bardzo lubię stare nekropolie, lubię oglądać nagrobki i czytać epitafia. Tam jeszcze zachowały się chociażby profesje zmarłych, czasami okoliczności śmierci, oryginalna pisownia; na Rakowieckim czy Powązkach leżą radcowie, doktorowe, jenerałowie i maluczcy. A na współczesnych cmentarzach coraz częściej poza datami narodzin i śmierci nie ma nic więcej. Przemijamy bez śladu. Smutne.
    Książka wydaje mi się interesującą, nie dość, że nekropolie, nie dość, że ciekawe, to jeszcze rzymskie :). Właśnie nabyłam książkę Nekropolie.

    Odpowiedz
    • 30 października 2012 o 17:26
      Permalink

      Ja też uwielbiam cmentarze, te najstarsze szczególnie. A tomik jest ciekawy, do podczytywania, przeglądania, zajrzeć, zadumać się na chwilę i tak do następnego razu.

      Odpowiedz
    • 30 października 2012 o 18:08
      Permalink

      A mi sympatia do cmentarzy jakoś przeszła, choć kiedyś też bardzo lubiłam po nich spacerować. Za dużo rzeczy mnie jeszcze trzyma na ziemi, najwyraźniej.
      Epitafia chyba w ogóle u nas zaginęły; zostały już tylko wierszyki na jedno kopyto, układane jak dla mnie przez grabarzy, bo do nikogo innego taki kunszt nie pasuje.

      A poza tym naprawdę nie rozumiem – o co chodzi, że my tu tak w zadumie, zamiast drążyć dynie i kończyć malować strój szkieletora? Zacofanie straszne, naprawdę.

      Odpowiedz
    • 30 października 2012 o 18:18
      Permalink

      Wierszyki nagrobne? Jeszcze nie widziałem. Nie obrażaj grabarzy, może są ściągane z internetu, jak rymowane życzenia wielkanocne słane smsami.
      A zaduma o tej porze roku w naszym klimacie bardziej stosowna niż drążenie dyń. Poniekąd zresztą Twój wpis mi zadumę pogłębił.

      Odpowiedz
    • 30 października 2012 o 18:29
      Permalink

      Teraz nie pamiętam wierszyka z mojego cmentarza, ale jak odnajdę ten grób (i nie zapomnę w międzyczasie), to spiszę.
      Co do zadumy – przecież wiem. Tak tylko pajacuję, żeby nie myśleć. Średnio to jednak wychodzi.

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 08:02
      Permalink

      Tylko patrzeć jak będą ryli “Wstań, powiedz …” :) Ja gdzieś, kiedyś czytałem posesyjne epitafia graczy RPG. Też zacne :)

      Odpowiedz
  • 30 października 2012 o 20:01
    Permalink

    Czytałam kiedyś świetną książkę Jacka Kolbuszewskiego “Wiersze z cmentarza” o polskich wierszach nagrobnych. Nie tylko o wysublimowanych i artystycznych, ale też o takich pisanych od serca, na przykład przez rodziców, którzy stracili dziecko.

    Odpowiedz
    • 30 października 2012 o 20:45
      Permalink

      Sztuka pisania takich epitafiów zanikła chyba dopiero po II wojnie, wcześniej miała się całkiem dobrze; a nekrologi w gazetach XIX-wiecznych to temat-rzeka:)

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 07:51
      Permalink

      Otóż to – nekrologi. Przeglądam te zwykłe w prasie właśnie pod kątem formy. Czasami zdarzają się b. oryginalne. Pamiętam, że po śmierci Holoubka było ich (co zrozumiałe) od groma, mnie najbardziej ujął nekrolog zamieszczony przez sąsiadów – bez sztywnych formułek, najwyraźniej napisany od serca (niestety treści nie pamiętam).

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 07:52
      Permalink

      Nie zamawiałem nigdy nekrologu w prasie, ale ośmielę się przypuszczać, że i tu pewnie można się po prostu posłużyć gotowcem, wstawiając tylko imię i nazwisko.

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 08:47
      Permalink

      Tak, są gotowce, przydatne zwłaszcza na płaszczyźnie biznesowej. Osoby prywatne mogą pozwolić sobie na coś nieszablonowego.

      Odpowiedz
  • 30 października 2012 o 20:11
    Permalink

    Hmm, Rzymianie mieli chwilami naprawdę specyficzne poczucie humoru

    Odpowiedz
  • 30 października 2012 o 22:59
    Permalink

    Prawie już nie uświadczysz osobistych nut we współczesnych epitafiach. Wszystko jakieś takie bezosobowe, gdyby nie imiona na tablicach, nawet o płci zmarłego trudno byłoby przesądzić, a cóż dopiero o jego relacjach rodzinnych, towarzyskich czy społecznych. Że już nie wspomnę o oryginalności zapisów memento mori. A jednak kiedyś potrafiono zaświadczyć o zmarłym z uczuciem, można było oddać mu hołd w ciekawy sposób. Poszukam tej książeczki.

    Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 05:16
      Permalink

      Ta bezosobowość jest przygnębiająca, a już w połączeniu z nowobogackim przepychem nagrobków robi smutne wrażenie. Książkę polecam.

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 11:22
      Permalink

      Tak, ten tandetny, nowobogacki styl nagrobków trudno znieść, tym bardziej, że wszystkie niemal są do siebie bliźniaczo podobne. No, ale jak ma być inaczej, skoro projekty każdy kopiuje od każdego, albo montuje sobie gotowca z Chin i problem z głowy. Cóż: na oryginalny projekt, wykonany przez artystę-rzeźbiarza mało kogo stać, więc w jakimś sensie wtórność ta jest wytłumaczalna. Szkoda tylko, że, jeżeli chodzi o treści na tablicach nagrobnych, trend również jest ten sam: pójście na łatwiznę. Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby na pomniku z kolumienkami, kulami, złoceniami i girlandkami wtrącało nas w zadumę jakieś nieszablonowe, ambitne epitafium. Kontrast byłby raczej komiczny.

      Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 11:24
      Permalink

      Tu już nawet nie chodzi o zamawianie oryginalnych dzieł u rzeźbiarzy, ale o niejaki umiar. O ten jednak trudno, czy to przy budowie domów, czy stawianiu pomników.

      Odpowiedz
  • 31 października 2012 o 06:53
    Permalink

    Na każdym odwiedzanym cmentarzu szukam epitafiów, bardzo lubię je czytać, choć to rodzaj masochizmu – zawsze ogarnia mnie smutek i przygnębienie… ale nie mogłabym sobie odpuścić takiej lektury. Polecanego przez Ciebie tomiku będę szukać, oczywiście. Coraz rzadziej na nagrobkach zdarzają się takie perełki.
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    • 31 października 2012 o 11:26
      Permalink

      Coraz mniej też na cmentarzach starych nagrobków, takich z XIX czy początków XX wieku, na których częściej można wyczytać coś poza imieniem i nazwiskiem zmarłego i jego datami życia.

      Odpowiedz
  • 1 listopada 2012 o 17:05
    Permalink

    Ja na Powązkach Wojskowych trafiłem, co prawda na polskie tłumaczenie ale właśnie rzymskiego (chyba) epitafium –
    Kim jesteś byłem, czym jestem i ty będziesz.
    (Quod es et ego fui, quod sum tu eris).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: