„Bo ja mam ciebie, a ty masz mnie” (John Steinbeck, „Myszy i ludzie”)

 

 
Czy człowiek, który nie ma domu, stałej pracy i grosza przy duszy, może w kimkolwiek budzić zazdrość? Może, kiedy ma przyjaciela i marzenie. Przyjaciel wesprze w kłopotach, podzieli codzienną nędzę i pomoże marzyć o tym, że kiedyś, gdzieś osiądą razem i będą hodować króliki. George Milton i Lennie Small wędrują po Stanach w poszukiwaniu sezonowej pracy, nigdzie nie zagrzewając miejsca. Zwykle muszą zwijać manatki w pośpiechu, bo Lennie ma talent do popadania w tarapaty. Upośledzony umysłowo i niezwykle silny, nie zdaje sobie sprawy z tego, że to, co bierze za delikatną pieszczotę jest duszącym uściskiem, a przypływ czułości wygląda na próbę gwałtu. George nieustannie musi go wyciągać z opresji, chronić i pouczać. W szarym życiu jedyną pociechą dla obu jest marzenie o króliczej farmie, o stabilizacji i spokoju. Ich wizja ma wielką siłę oddziaływania na podobnych im rozbitków, ale gdy jest bliższa realizacji niż kiedykolwiek, ponownie wali się świat George’a i Lenny’ego.

Przyjaźń George’a i Lenny’ego nie jest prosta, nie jest też oczywiste to, co ich połączyło. Obrotny Milton z pewnością miałby lepiej, gdyby nie musiał ciągnąć ze sobą Snowa, gdyby nie musiał stale na niego uważać. A mimo wszystko jest z nim aż do tragicznego końca, chociaż upośledzony olbrzym go chwilami irytuje, naraża na niebezpieczeństwo, odbiera szanse na spokojną egzystencją. Zajmuje się Lennym nie tylko dlatego, że obiecał to jego ciotce, sam też chyba czuje, że dobrze jest mieć na świecie kogoś bliskiego. „My mamy przyszłość. Mamy do kogo otworzyć gębę, mamy kogoś, kto się choć trochę nami przejmuje” – ten refren George stale powtarza Lenny’emu, który istotę ich przyjaźni ujmuje zwięźlej: „bo ja mam ciebie, a ty masz mnie”.

Ich wspólne marzenie jest drugim stałym elementem w ich egzystencji, obok przyjaźni. George snuje marzenie o sielance we własnym gospodarstwie dla Lenny’ego; można odnieść wrażenie, że sam w nią raczej nie wierzy, daje się tylko ponosić entuzjazmowi przyjaciela, którego ta wizja uszczęśliwia i uspokaja. Wydaje się jednak, że farma królików to prawdziwa oś, wokół której kręci się ich życie, ich rozmowy, to cel, do którego mogą dążyć i dzięki któremu nie staczają się na samo dno. Marzenie jest zaraźliwe, przyciąga innych i ma szanse się ziścić – ale to byłoby zbyt piękne. W świecie George’a i Lenny’ego nie ma bowiem szczęśliwych zakończeń. Bo obok przyjaźni i marzeń jest też ludzka niechęć, zawiść, bezmyślne okrucieństwo. Kolejne wielkie, choć niewielkie objętością, dzieło Steinbecka.

John Steinbeck, Myszy i ludzie, tłum. Zbigniew Batko, Prószyński i S-ka 2012.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

(Visited 162 times, 1 visits today)

73 komentarzy do “„Bo ja mam ciebie, a ty masz mnie” (John Steinbeck, „Myszy i ludzie”)

  • 2 listopada 2012 o 14:44
    Permalink

    Mam w planach przeczytać wszystkie książki Steinbecka a zaczęło się od genialnych „Gron gniewu” :) Ta wędrówka bohaterów po Stanach w poszukiwaniu pracy nawet skojarzyła mi się z czytaną przeze mnie książką, ale z tego co przeczytałam dalej w Twojej recenzji na tym chyba kończą się podobieństwa. Zaciekawiłeś mnie tą książką i mam nadzieję, że wkrótce wpadnie mi w ręce :)

    Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 14:59
    Permalink

    Przypomniały mi się uczucia towarzyszące lekturze tej książki i zdziwienie, że historia o dwóch wędrujących mężczyznach mogła mi się spodobać.

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 15:05
      Permalink

      Ja się długo nie mogłem otrząsnąć, chociaż właśnie na pozór to nic specjalnego, szczególnie jak się czyta streszczenie.

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 15:02
    Permalink

    jedna z najwspanialszych powieści napisanych ever. Czytałam chyba ze dwa razy, widziałam świetną ekranizację z Malkowiczem, uwielbiam tę historię

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 15:56
      Permalink

      Rozejrzyj się koniecznie. Ja czytałam najpierw książkę (milion razy), dopiero potem obejrzałam film i nie umiem wyobrazić sobie lepszego odtwórcy roli Lenniego. Ale Gary Sinise też niczego sobie.
      Wracając jednak do książki, dla mnie to Steinbeck nr 1. Może właśnie dzięki tej niewielkiej objętości, w której i tak znalazło się tyle, że niektórzy i przez 1500 stron nie umieliby tego opisać.

      Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 16:03
      Permalink

      Kusicie, kusicie:) Kiedyś przynajmniej było wiadomo, że jak autor dostanie Nobla, to prawie sto lat później jego książka dalej będzie chwytać czytelnika za gardło i nie puszczać.

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 15:42
    Permalink

    Ja po Gronach gniewu, Na wschód od Edenu i Myszach i Ludziach wypożyczyłam Tortilla Flat, bo na Steinbecku jeszcze się nie zawiodłam. Prosty język, zwykła historia, a ile treści. A tu jeszcze w tak niewielkiej objętościowo książeczce.

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 16:37
      Permalink

      Jak już pisałam pod odpowiednią notką u Guciamal- Steinbeck to mój „wielki nieprzeczytany”, wyobraźcie sobie, że kiedyś miałam wypożyczoną „Tortillę…” (tak, wyróżnia się humorem), ale nie skończyłam, bo coś tam losowo wypadło, odłożyłam książkę, potem był termin w bibliotece- oddałam. I żałuję.Ale nadrobię to kiedyś.Na pewno też przeczytam „Myszy i ludzie” i „Grona gniewu” (mam takie stare zółte zakurzone wydanie, znalazłąm niegdys w garażu u teściów)

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 16:06
    Permalink

    Widzę, że podobnie, jak ja o tej książce – krótko. Nie wiem, jak Tobie, ale mnie jakoś zabrakło słów odpowiednich, a do tego niektóre jakby więzły w gardle … Bez dwóch zdań – Steinbeck to mistrz!

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 16:11
      Permalink

      Wszystko się zgadza. Ja się nosiłem z tą książką od lipca i nie wiedziałem jak zacząć. Takich sto stron rzadko się zdarza.

      Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 16:44
      Permalink

      A Pan Steinbeck! :) Czytałam ostatnio jego biografię w związku z pisanym artykułem do nowego „Archipelagu” i podobno tylko wyżej wymienione tytuły są w porządku i na poziomie – reszta podobno jest milczeniem. A same „Myszy i ludzie” – końcowa scena doprowadziła mnie do rzewnych łez. Mistrzostwo świata. Malutka proza a taki ładunek emocjonalny.
      Pozdrawiam :)

      Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 16:57
      Permalink

      No nie wymagajmy samych genialnych dzieł, mam nadzieję, że reszta nie jest tak zła, jak te kilka jest znakomitych:))

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 17:56
    Permalink

    Mogę się podpisać pod każdym słowem tej recenzji. Nie spodziewałam się, że ta Książeczka zrobi na mnie takie wrażenie. Przeleżała zapomniana od czasów młodości mojej mamy – szkoda, że tak długo leżała. Jakie szczęście, że Prószyński wznawia powieści Steinbecka. Filmu nie widziałam, ale nie widzę Malkovicha w roli Lenniego – chyba musze obejrzeć i sie przekonać jak wypadł w tej roli :)

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 18:01
      Permalink

      Oboje musimy uwierzyć koleżankom, że Malkovich był świetny:) A co do wznowień, to już się cieszę na kolejne, choćby to już nie były rzeczy klasy Myszy i ludzi.

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 18:48
    Permalink

    Zastanawiam się, czy Leninek potrafi czytać, bo tytuł na okładce mógłby wywołać u niego falę niezdrowych emocji. :)
    Bardzo ciekawie o amerykańskich włóczęgach podróżujących bez pieniędzy, głównie pociągami, pisze Warakomska w „Drodze 66”. Zjawisko jest jak najbardziej aktualne, często są to ludzie, którzy zostają „hobo” z wyboru.
    Mam w planach „Podróże z Charleyem: W poszukiwaniu Ameryki” Steinbecka, o jego podróżach po Stanach z psem w dziwnej ciężarówce.
    I zastanawiam się, czy „Dziennik z Morza Corteza” jest datowany. :)

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 19:02
      Permalink

      Leninek ma gryzonie na łące i w ogrodzie, nie musi się kontentować papierowymi myszami:)) O Dzienniku nic nie wiem, Charleya kiedyś zacząłem, ale jakoś bez entuzjazmu.

      Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 19:18
      Permalink

      To niedobrze, że bez entuzjazmu. Czytałam niezbyt entuzjastyczną recenzję Monotemy, więc w sumie jestem przygotowana na to, że Charley raczej nie rzuci mnie na kolana, ale mimo wszystko zaryzykuję. Jako suplement do Warakomskiej może być ciekawy. :)

      Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 20:14
      Permalink

      Z tego co pamiętam Dziennik z morza Corteza nie jest datowany, ale głowy nie dam. Czytałam ze dwa lata temu. Recenzja na blogu.Czytałam z ciekawością, aczkolwiek nie jest to literatura porównywalna z w/wspominanymi dziełami.

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 06:48
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Ostatnio właśnie zastanawiałam się nad tym, czy przypadkiem wtedy nie miałam lepszego gustu niż teraz. :)

      ~ Guciamal
      Może czytałaś dziennik zgodnie z datami, dzień po dniu, i dlatego lektura się wydłużyła. :) Ale piszesz, że dat brak, więc to jednak wątpliwe walory książki. :)

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 07:30
      Permalink

      Ja tam miałem masę czasu, więc mogłem sobie czytać co dusza zapragnęła:) A teraz trzeba wybierać tylko najlepsze:P

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 10:39
      Permalink

      Rzeczywiście, dni były wtedy jakby dłuższe i bardziej pojemne. :) A opasłe, wielotomowe powieści na porządku dziennym.

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 12:02
      Permalink

      Jest szansa, że choć trochę se vrati na emeryturze. :) Ale to jeszcze kawał czasu.

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 12:38
      Permalink

      Już jako siedmiolatka, brutalnie budzona rano do szkoły, dopytywałam się babci, kiedy przejdę na emeryturę, bo jej okropnie zazdrościłam, że może zostać w domu i sobie czytać. :)

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 20:37
    Permalink

    Czytałam tę książkę jako lekturę w liceum i pamiętam, że strasznie zezłościło mnie zakończenie. Bo oni zasługiwali na szczęśliwe zakończenie, w każdym razie Lenny zasłużył.

    Odpowiedz
    • 2 listopada 2012 o 20:39
      Permalink

      Zasługiwali, ale w świecie George’a i Lenny’ego takich zakończeń nie ma, jak napisałem. No i z happy endem to już nie byłoby to.

      Odpowiedz
  • 2 listopada 2012 o 21:05
    Permalink

    Opis wskazuje, że fabuła nudnawa, a jednak jest coś w tym pomyśle, że aż chce się człowiek zapoznać. Na razie jednak wezmę się za „Grona gniewu”, które trzeba będzie oddać, a potem, mam nadzieję, zapoznam się z pozostałą częścią dorobku. Az strach, ilu jeszcze takich autorów jeszcze nawet nie nadgryzłam…

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2012 o 07:39
    Permalink

    No nie czytałam. ale pocieszam się, że skoro Ty sięgnąłes po nią dopiero teraz, to może moje zacofanie nei jest tak wielkie:).

    Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 07:51
      Permalink

      Jakie tam największePPP. W dodatku nowe wydania czytasz:).
      Ale nazwa nei będe się posługiwać, bo jeszcze mi jakiś adwokat na plecy wsiądzie:).

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 08:01
      Permalink

      Stare wydania też mam:P Adwokat Ci raczej nie grozi, ewentualnie wypłacanie mi odszkodowania w postaci bonów do jakiejś dobrej księgarni:)

      Odpowiedz
  • 3 listopada 2012 o 14:23
    Permalink

    Ogromnie lubię Twoje recenzje, chociaż rzadko się odzywam.
    Może to wstyd ale Steinbecka nic jeszcze nie czytałam. Widzę, że Prószynski wydaje jego ksiązki w bardzo ładnej oprawie graficznej. Chociaż to nie jest aż tak istotne jak tresć, to kusi. I cieszy, bo jednak tych WIELKICH autorów jest ciągle na rynku niedosyt (chodzi mi o wznowienia). Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 14:38
      Permalink

      Dzięki za miłe słowa:) Chyba dotąd nikt nie wydał całego Steinbecka w jednej serii, mam nadzieję, że Prószyński wytrwa:) A wznowień klasyków nigdy za dużo, marzy mi się nowa edycja całego Zoli – ale to by się raczej nie sprzedało:(

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 21:37
      Permalink

      Ja czekam na wznowienie książek Hermana Hesse. Niestety nikomu się nie kwapi. Zbieram serię z PIW, ale niektóre tytuły na allegro nawet sięgają 60-90 zl. Masakra. A myslę, że wiele osób czeka na klasyków, tyle że to niewielki procent pewnie, więc i sprzedaż byłaby nikła.

      Odpowiedz
    • 3 listopada 2012 o 21:52
      Permalink

      PIW Hessego raczej nie wznowi, a jeśli ma prawa do tłumaczeń, to stan prawny zablokował nowe wydania, może nawet na lata.

      Odpowiedz
  • 3 listopada 2012 o 22:23
    Permalink

    Ale ładnie napisałeś o tej książce. Się wzruszyłam (i bez podśmiechiwania mi tu, autentycznie, bo sobie treść książki przypomniałam). Film znakomity, Kasia prawdę rzecze, TRZEBA obejrzeć, wcześniej, później, nieważne, trzeba.

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2012 o 08:52
    Permalink

    Zima idzie, więc biało? A Leninek podpadł???
    To eksperymentowanie z szablonami wygląda ostatnio na jakąś plagę:P

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2012 o 09:16
      Permalink

      Jak to, Leninek podpadł? Tkwi sobie w swoim narożniku u góry przecież:)) Jesienią drzewa zrzucają liście, a blogi stare szablony:P

      Odpowiedz
    • 4 listopada 2012 o 12:37
      Permalink

      We wtyczce facebookowej to się nie liczy. Wcześniej to on był tu panisko, a teraz? Widać za dużo myszy jesienią do domu wpuścił, ani chybi:P

      Odpowiedz
    • 4 listopada 2012 o 12:47
      Permalink

      Niech ci będzie – Ty tu w końcu rządzisz:)
      Ale całość jakby okulistycznie bardziej przyjazna – mogę czytać i bez komputerowych sztuczek:) W kategorii „blog przyjazny ślepcom” wysuwasz się na prowadzenie!

      Odpowiedz
    • 4 listopada 2012 o 14:46
      Permalink

      Tak, też o tym czytałam. W ten to sposób, z racji komputerowego dyletanctwa, w nieoczekiwany sposób także znalazłam się w awangardzie:)

      Odpowiedz
  • 6 listopada 2012 o 20:30
    Permalink

    Tekst z 2003 roku, więc trzeba mu wybaczyć :
    Ta krótka, niespełna 150 stronicowa (przynajmniej w wydaniu, które posiadałem) książeczka autora „Gron gniewu”, zawiera w sobie spory ładunek emocji. Rzecz dzieje się w USA I poł. XX wieku. Jest to historia dwóch najemnych robotników, których los złączył ze sobą i którzy razem poszukują pracy. Jeden z nich, człowiek o olbrzymich muskułach, ale „o bardzo małym rozumku” ciągle wpędza swojego „opiekuna” i siebie w tarapaty. Tak też się dzieje, gdy przybywają na kolejną farmę, na której rozgrywa się opowieść. Żeby nie spoilerować powiem tylko, że jest to pisana specyficznym językiem (bohaterami są ludzie prości), historia o przyjaźni, o marzeniach, o tym, że czasem by być szczęśliwym człowiek potrzebuje myszy do pogłaskania (jakkolwiek głupio by to brzmiało). Historia, która nie ma happy endu i kończy się wielką, wyciskającą łzy (u mnie oczy niebiezpiecznie się spociły) tragedią.
    A na dokładkę – TUTAJ :)
    PS. Nie ma to jak autopromocja, na cudzym, minimalistycznym blogu :D

    Odpowiedz
    • 6 listopada 2012 o 20:46
      Permalink

      Bazylu, czytałem, czytałem. Mnie przez klawiaturę nie przeszło, że miałem oczy w mokrym miejscu. W kwestii autopromocji się zupełnie nie krępuj :D

      Odpowiedz
  • Odbicie: Ptaki niebieskie (John Steinbeck, „Tortilla Flat”) – Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: