Wiech, „Firma Lalka”

Na Krakowskim zatrzymała się grupa turystów. Poustawiali na chodniku walizeczki i otoczyli zwartym kołem przewodnika, który donośnym głosem udzielał im objaśnień.
Przystanąłem, nie dlatego by było w tym coś niezwykłego. Warszawa jest teraz miastem „turystycznym”, nie gorszym od Rzymu, Aten, Łowicza czy Krakowa…
Zafrapowały mnie atoli objaśnienia.
– Jeżeli o wiele rzuciem teraz okiem ciut-ciut na prawo, to cóż my ujrzem? – mówił przewodnik. – Ujrzem na słupie osobę płci żeńskiej w siedzącej pozycji, z arbuzem czyli tyż inszą dynią w ręku. Kto to być może ta kobieta? – zapytamy się sami siebie. Ale wzruszem tylko ramionamy, bo w żaden żywy sposób nie będziem się mogli domyślić, że to nie jest żadna kobieta z arbuzem, tylko niejaki Mikołaj Kopernik osobiście i własnoręcznie. A arbuz nie jest arbuz, tylko globus, któren jest odrobiony z żelaznych giętych flachajz, bo naturalny, czyli dechturowy, długo na deszczu by nie wytrzymał, pomarszczyłby się. i wyglądałby jak torba jabłek czy inszych pomidorów. Kto był Mikołaj Kopernik, tego już nie potrzebujem objaśniać, bo każden pętak w szkolnem wieku nam powie, że w charakterze derektora PIM-u się zatrudniał, czyli żył z przepowiadania niepogody.
Dlaczego w damskiej konfekcji jest tu odrobiony de­talicznie nie wiadomo i stanowi to tak zwaną tajemnice historyczną.
Teraz, o wiele spojrzem ciut-ciut na lewo, widziem kamienice dwupiętrowe, osiem okien frontu i zapytanie sobie zrobiem, dlaczego żeśmy się faktycznie na nią spojrzeli.
Bo kamienica jak kamienica i niczem się na oko nie odznacza. A mimo tego stanowi tak zwany zabytek, chociaż jest świeżo od samych fondamentów przez przodowników pracy systemem szybkościowem wybudowana.
Otóż w tem świeżo wybudowanem zabytku niejaki Bolesław Prus kilkadziesiąt lat temu nazad prowadził skład zabawek pod firmą „Lalka”.
Otóż ten Prus Bolesław zaczął uderzać do jednej hrabini. Ta owa hrabinia, chociaż była mocno mortusowa, a Prusoszczak miał forsy jak lodu, z miejsca go obcięła. „Skarz mnie Bóg, fi donc, nie wyjdę za prywatne inicjatywę!”
Bolka nagła krew zalewała, celinder sobie kupił, derożkie na godziny wynajął, stale i wciąż po cukierniach i interesach gastronomicznych przesiadywał, hrabiom kolacje stawiał, z księciamy na per ty był, ale to nic nie pomogło.
Hrabinia owa, choć sama marnego charakteru była, jednak stale i wciąż swoje: „Niech ja skonam, fi donc – nie wyjdę za prywatne inicjatywę!”
I dawaj z hrabiamy do Saskiego Ogrodu na ksiuty uczęszczać.
Bolek za fontannę się chował, widział to i cierpiał na serce.
Rzecz jasna, że w tych waronkach interesu nie mógł jak się należy dopilnować i firma „Lalka” zaczęła podupadać. Subiekci towar pod jesionkamy wynosili i na Kiercelaku opylali. Gumowe piszczące lalki, czyli naguski, szmaciaki w krakowskich strojach, wszystko to za pół darmo na lewo można było nabyć.
A tu podatek za podatkiem leci, licytacja licytacje goni. Trzy razy sztuczne plajty urządzał, ale to nic nie pomagało. Gryzł się, zmizerniał w oczach i krugom się hrabini oświadczał. A ona na to tylko wciąż, że nie i nie!
Coraz niżej ten Prusoszczak upadał – ryzę papieru kupił i powieść zaczął pisać w czterech tomach. Pod tem tytułem: Lalka. Tam te hrabinie na perłowo zrobił bez sercowe zemstę. Sam pod Częstochowę na letniaki wyjechał, ale przedtem u Spiessa kilo kaliflorku kupił i siarki kilo. Do walizki wsadził i na letniakach kamień wyszukał, dziurę w niem kazał wybić. Pigułę z kaliflorku i siarki uskutecznił, list skopiował do Urzędu Skarbowego, że życie sobie zmuszony jest odebrać, i razem z tem kamieniem w powietrze się wysadził.
Rzecz jasna, że do pucu – wybuch faktycznie był, kamień w kawałki się rozleciał, ale on w ostatniej chwili odskoczył i zza węgła na całą eksplozje kapował.


Potem, już jako nieboszczyk, do Radomia się przeniósł i tam fabrykie cukierków założył pod firmą „B. Pruszkowski i S-ka”. Książka była do płaczu i pouczająca, totyż na te pamiątkie w tem danem domu, który tu widziem, tablica się została wmurowana ze streszczeniem całego wypadku.
No, ale dosyć o tem Prusie – przerwał przewodnik spojrzawszy triumfalnie po słuchaczach – teraz pójdziem troszkie dalej i pokażem .państwu szanownemu, co się robi z ulicą Świętokrzyską. […]
Ruszyłem z wycieczką w stronę Świętokrzyskiej. Po drodze zagadnąłem przewodnika:
– Bardzo pana przepraszam, pan jest tu z czyjego ramienia?
– Z żadnego ramienia, tylko z Powązek jestem. Warszawski rodak z dziada pradziada samodzielnie Warszawę ludziom pokazuje, bo się kręcą jak w przeręblu i sami nie wiedzą, gdzie się obrócić. Ja jeden wiem, co warto zobaczyć, a teraz tak się buduje, że naprawdę jest co oglądać!

Stefan Wiechecki „Wiech”, Śmiej się pan z tego, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1956, s. 257–259.

(Visited 135 times, 1 visits today)

30 thoughts on “Wiech, „Firma Lalka”

  1. Zastanawiam się, co się stanie, jak notkę przeczyta jakiś maturzysta i potraktuje ją jako streszczenie „Lalki”. :)
    Mam nadzieję, że w czasie najbliższej wycieczki do stolicy,trafi nam się równie elokwentny przewodnik. :)
    P.S.
    Zdjęcie dołączone do fragmentu pięknie współgra z nowym szablonem.

    • Maturzysta sam sobie będzie winny, ale ponoć do zdania matury nie jest już potrzebna znajomość żadnej książki:PP Zastanawiam się, czy dla uzyskania stosownej harmonii barwnej nie powinienem przerabiać okładek na czarno-białe :P

    • Miejmy nadzieję, że maturzyści jednak od czasu do czasu coś czytują. :)
      W ramach ozdobników szablonu mogę udostępnić fotosy Bonisławy, która z natury jest czarno-biała, rudziutkie podpalenia się skrzętnie zatuszuje. :)
      Okładek może jednak nie przerabiaj, ale te zdjęcia się tak ładnie komponują.
      I też się cieszę na ciąg dalszy.

    • Zachowam jakieś kolorki w takim razie, chociaż ten monochromatyzm mnie zaczął pociągać. O fotosy Bonisławy zwrócę się w razie jakiegoś wpisu kynologicznego:)) Poczułem natchnienie do powtórzenia sobie po raz tysięczny Cafe pod Minogą i skończenia wreszcie kontynuacji pod wdzięcznym tytułem Maniuś Kitajec i jego ferajna:)

    • Myślałam, żeby jakiś rzucik monochromatycznych Bonisław po bokach dodać, ale trudno. :) Uznajmy, że ona jest za mało skandynawska. :)
      Z góry dzięki za kolejne odcinki. Tytuł kontynuacji rzeczywiście intrygujący. Chyba będą jakieś motywy orientalne. :)

  2. Opis pomnika wielce udany! Co do składu zabawek też bym się nie czepiła – clou oddał? oddał! Ba, nawet wyjaśnił co się naprawdę stało z panem prywatną inicjatywą, choć inni do dziś się nad tym głowią:)

  3. „Beznadzieja” zmieniła ubranko, ho ho. Całkiem szykowne. A Wiecha to chyba kiedyś w radiu dawali, ale zamierzchłe to czasy. Słuchałam, a jakże. Czytałam takoż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *