Wiech, „Nie ma takiej kobiety…”

 

Wybrałem się z Gieniuchną do Narodowego Teatru na wzruszające sztukie z życia rodzinnego zachodnich, ma się rozumieć, szkopów. Ojciec profesor – ciepła klucha, syn – giestapowiec, synowa – giestapówka, mama – kawał cholery, na kółkach, bo na nogi nie może chodzić i wózkiem się posługuje. Jednem słowem, rodzinka – w kit ją i na szybę, jak to się mówi. Ale rozrywka duża i pouczająca. A zaczęło się od tego, że jak żeśmy przyszli do tego teatru, zwróciło naszą uwagie, że poważny facet w ciemnem garniturze z setki eksportowej, taki jakiś ala derektor, lata tam i nazad po tak zwanem hallu. Na zegarek patrzy i co i raz na ulice wygląda. Czem bliżej siódmej było, tem więcej z nerw wychodził, woźnych się o coś pytał, kontrolera zaczepiał i w ogólności ganiał tam i nazad jak kot z pęcherzem. Dziwiło nasz to mocno.
– To nic innego nie jest, Gieniuchną – mówię koniec końców do małżonki – tylko królowa ma tu przyjechać!
– Nie może być…
– Przekonasz się. Zwiedza Warszawę od deski do deski, to i tu przyjdzie.
Bardzo się Gieniuchną ucieszyła, bo nigdy jeszcze nie widziała królowej w wielkości naturalnej, i zdenerwowane w najwyższem stopniu zaczęliśmy latać za tem facetem. Już było po trzeciem dzwonku, kiedy szum się na ulicy zrobił, jakieś samochody zaczęli podjeżdżać. Główne drzwi się otworzyli i któś z niemożebnem hukiem wtoczył do teatru dużą, cynkową, familijną balie.
Gieniuchną krzykła:
– Jest, jest, królowa!
– Coś ty, z balią?! – mówię do niej.
– A dlaczego nie? Może Cedet zwiedzała i jak raz balie dawali. Nie ma kobiety, żeby nie wzięła. Królowa nie królowa, każda się skusi. A niezależnie jest to osobistość gospodarna, nie czytałeś w prasie, że chociaż w drodze, obiad w Warszawie zrobiła i gości na niego zaprosiła.
– O obiedzie, owszem, czytałem, ale o przepierce nie.
Przestaliśmy się sprzeczać, bo po pierwszej balii pokazała się druga, trzecia i dziesiąta. Jakieś świątecznie ubrane osoby ich wtaczali. Niektóre oprócz tego mieli kubły i durszlaki.
– Widocznie i świta królewska się obkupiła w cynkowe naczynia – zaznacza Gienia i widzę, że przybladła z zazdrości.
Podlatam do jednego eleganckiego faceta, któren z widłami do teatru przyjechał, i pytam się, czy w Brukselji tyż tych rzeczy dostać nie można, l on mnie dopiero wyjaśnił, że wycieczka nie jest z Brukselji, tylko z Konina. Nie miał czasu dłużej ze mną rozmawiać, bo leciał na sale, ale z widłami go nie wpuścili i musiał zdać do szatni, gdzie rozgrywali się rozdzierające sceny. Publiczność ani rusz nie chciała się rozstawać ze swojem blaszanem towarem.
– Balie nam poginą, łopaty się pomieszają! – rozpaczali widzowie, ale nie było rady. Powoli się wszystko uciszyło, światło zgasło i przedstawienie się zaczęło. Tylko Gienia gdzieś mnie kamfory dostała. Przepadła – kamień woda. Dopieru podczas ostatniego aktu jakiś hałas się zrobił przy drzwiach, pokazało się, że to Gieniuchna ma życzenie na sale balie wtoczyć. Nie doszło do tego, musiała zostawić na dole, ale brytfanny nie oddała. Położyła mnie ją na kolanach i mówi:
– Z ledwością zdążyłam do Cedetu przed zamknięciem. Taką jem litanie wyczytałam, że chociaż ja nie z wycieczki, musieli mnie balie i brytfankie sprzedać. Nie miałbyś sernika na Wielkanoc!
Jak publika potem z tego przedstawienia wychodziła, to taki był raban, brzdęk, szczęk i huk, że konie się na ulicy płoszyli, a przechodnie uciekali na drugie stronę, bo myśleli, że się teatr wali.
„Niemcy” podobali nam się nadzwyczaj. Gienia zachwycona. Mówiła, że nigdy jeszcze nie wyniesła ze sztuki tyle korzyści.
Cedet, czyli Centralny Dom Towarowy w Warszawie.
Wiech, Wiech na 102!, PTWK 1989, s. 125–126.

(Visited 260 times, 1 visits today)

36 komentarzy do “Wiech, „Nie ma takiej kobiety…”

  • 24 listopada 2012 o 08:15
    Permalink

    śmieję się jak norka :D też nigdy nie wyniosłam tyle korzyści ze sztuki, słowo! królowa robiąca przepierkę – genialny obrazek powstał mi w głowie..:D :D :D Widziałeś, że Legimi puściło całego Wiecha w formie e-booków? Szkoda, że nie umiem czytać e-booków, ale tak poza tym pomysł całkiem całkiem :)

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 08:27
      Permalink

      Widziałem i ebooki, i audiobook, ale czytnika nie mam, a audio mogę wysłuchać, ale do mnie nie dociera, więc muszę zostać przy nośniku papierowym. Ponoć w latach 80 też można było wynieść korzyści ze sztuki, bo w teatralnych bufetach bywała np. czekolada i inne atrakcyjne towary:)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 08:46
      Permalink

      O, audiobooków nie widziałam,ale dla mnie to też niewiele zmienia, bo słuchać mogę, ale mam tak samo – nie dociera do mnie. I tak samo – muszę mieć papier. Chyba zaczynam wchodzić w etap, gdy ze współczesną modą i młodzieżą mogę już mówić na zasadzie „za moich czasów nie było..” ;) Boję się tego do czego to wszystko zmierza, że kiedyś może zabraknąć księgarń, antykwariatów, wydawnictw…;/ Teraz z teatru się nic nie wyniesie, oprócz programu, za który trzeba zapłacić ;) Dobrze jednak, że pewne rzeczy są nadal wynoszone w głowach i sercach ;)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 09:18
      Permalink

      Zbigniew Buczkowski czyta Cafe Pod Minogą. Te dawne czasy budzą sentyment, i bilety do teatru tańsze, i te bonusy zakupowe :P A na mówieniu „za moich czasów” też już się łapię…

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:27
      Permalink

      A ja tam jestem nowoczesnym staruszkiem i czekam tylko na solidne przeceny Wiecha w formie ebooków :D

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:34
      Permalink

      Mam nadzieję, że wydawcy pójdą za ciosem i w tej formie pokaże się choćby Piasecki (nie mylić z Piasecznym), Grzesiuk i inni. Albo „Dzienniki” Żeromskiego, bo antykwaryczna cena tych ostatnich skutecznie mnie odstraszyła od lektury :(

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:37
      Permalink

      Zrobienie ebooka z tego starego wydania Żeromskiego to będzie duża sztuka, ono się słabo skanuje, masa obróbki ręcznej:(

      Odpowiedz
  • 24 listopada 2012 o 10:13
    Permalink

    To jest niezły trop, który można by podsunąć osobom odpowiedzialnym obecnie w teatrach za reklamę i marketing. Coś w rodzaju sprzedaży wiązanej – przyjdziecie na spektakl, to damy Wam cynk, gdzie jest przecena na plazmy, ewentualnie zapewnimy pierwsze 200 miejsc w kolejce oczekującej na otwarcie nowego salony RTV i AGD:)
    W Szczecinie siłą rzeczy nie było Cedetu, ale za to mieliśmy Pedet. Mój napływowy mąż do tej pory za każdym razem się dziwi, gdy słyszy to słowo:)

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 10:18
      Permalink

      Za moich czasów też już były tylko Pedety: na Woli, na Pradze, bo Cedet przeszedł do historii. Rabat na plazmę powinien być wliczony w cenę biletu, bo niedługo telewizory taniej wyjdą niż kulturalne rozrywki:)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 13:32
      Permalink

      Coś o tym wiem – jutro idziemy z dziećmi do teatru lalkowego. Bileciki plus dojazd plus obowiązkowe lody w teatralnej kawiarence = grubo ponad stówka. Zdecydowanie taniej wychodzi włączenie Mini Mini…
      Z drugiej jednak strony – żeby mieć dobre miejsca – bilety rezerwowane były dwa miesiące wcześniej, więc albo ludność jest bogatsza niż się wydaje, albo też większość załapała się na jakąś tajemną promocję, którą przede mną ukryto. Jeśli będą jutro szczękać, wszystko będzie jasne:P

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 13:35
      Permalink

      Tia, dobrze, że chociaż w kinach jakieś pakiety rodzinne można dostać. A z tymi miejscami w teatrach to faktycznie dziwna rzecz. Może po prostu maniaków jest dużo, bo nie posądzam o zajmowanie wszystkich miejsc wycieczek szkolnych.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 13:49
      Permalink

      Wycieczki szkolne jeżdżą w tygodniu. W weekendy widywałam natomiast zorganizowane grupy urodzinowe (całkiem fajny pomysł). Cena którą podałam obejmuje skorzystanie z pakietu rodzinnego…

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:32
      Permalink

      A idźcież! Ja próbuję od półtora roku dostać sensowne miejsca na „Czarnoksiężnika z Oz” w Krakowie. Zgapiłem jak wszedł repertuar na styczeń/luty i już jest czarno/zajęte. Do bani :(

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:38
      Permalink

      To chyba dobre rozwiązanie, bo inaczej spotyka człowieka tylko niewdzięczność. Ja po wczorajszym spektaklu usłyszałam od Starszego, który w październiku był w tym samym teatrze na czym innym: a czemu siedzieliśmy tak daleko? Bo jak byłem ze szkołą, to miałem miejsce w trzecim rzędzie, na środku!
      Jak dla mnie trzeci rząd, to tylko dla tych, co koczują pod kasą w dniu ogłoszenia repertuaru na następny kwartał…

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:40
      Permalink

      Nasze jeszcze nie zblazowane, jakiś czas temu siedzieliśmy pod samą sceną zadzierając głowy, a i tak wyszła zachwycona:)

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 11:52
      Permalink

      Są chwile, kiedy duże miasto jawi mi się jako fajne miejsce do życia :P

      Odpowiedz
    • 26 listopada 2012 o 12:05
      Permalink

      „(…) tak ulotne jak motyle”, że tak odpowiem Ci klasykiem disco polo :D

      Odpowiedz
  • 24 listopada 2012 o 12:04
    Permalink

    Ech, czas Wiecha odświeżyć… Pamiętam jak ryczałam ze śmiechu nad „Ksiutami z Melpomeną” (bo to z „Ksiutów” jest – prawda?), uwielbiałam Bielicką, która od czasu do czasu w TV wiechem sie produkowała – najbardziej mi zapadł w pamięć tekst o remoncie/odbudowie??? Teatru Wielkiego i „pieczarkach” na suficie. Do tego stopnia, że kiedy z jakąś wycieczką ów teatr wizytowałam to największą uwagę tym „pieczarkom” poświęciłam;)

    Ale najukochańsza wiechowa książka to „Helena w stroju niedbałem” – historia oczami pana Piecyka to cymes, delicje, miód z boczkiem, i co tam kto chce:)

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 12:57
      Permalink

      Niestety mam to w jakimś zbiorku, bez zaznaczenia, z którego oryginału pochodzi. A wczoraj właśnie sobie podczytywałem, jak Mietek Piastoszczak Dobrawę poślubił:)

      Odpowiedz
  • 24 listopada 2012 o 12:21
    Permalink

    Dla Wiecha najlepszą reklamą są twoje wpisy. Mnie zachęciłeś do lektury skutecznie. I chociaż coraz częściej mawiam, za moich czasów – to i ebooki i audio mi nie straszne. W latach osiemdziesiątych rzeczywiście ze sztuki można było coś wynieść (i nie tylko czekoladę, czy balię :)), dziś coraz częściej wynosi się samemu. Chociaż aby nie malkontencić – ostatnio zdarzyło mi się parę razy wynieść też dobre wrażenie.

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 13:02
      Permalink

      Dzięki za miłe słowo, chociaż nie liczę na rozpętanie Wiechomanii:) Wymyśliłem już za to autora do propagowania na grudzień:)

      Odpowiedz
  • 24 listopada 2012 o 15:08
    Permalink

    Lapidarne charakterystyki bohaterów „Niemców” boskie, znowu jakiś maturzysta skorzysta. :)
    Scena w teatrze kapitalna, brakowało tylko Zygmunta Bączyka z „Nie lubię poniedziałku” (zaopatrzeniowca z Sulęcic) ze swoją rzeźbą nowoczesną. :)

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 15:21
      Permalink

      Kruczkowski pewnie już wypadł nawet z listy lektur uzupełniających. A pana Bączyka być może Gienia z panem Walerym spotkają w Muzeum Narodowym, gdzie też uczęszczają:)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 15:26
      Permalink

      Wypadł na pewno, ale może jakiś maturzysta uwzględni go jako relikt w prezentacji, tam jest chyba dowolność. :) Wizyta w Muzeum Narodowym też na pewno dostarczyła mocnych wrażeń. Mam nadzieję, że wkrótce będzie relacja. :)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2012 o 22:56
      Permalink

      Właśnie we wcześniejszym komentarzu czytałam, że jest planowany nowy bohater, ale na pewno top secret do początku grudnia, więc nie inwigiluję. :)

      Odpowiedz
    • 25 listopada 2012 o 09:52
      Permalink

      Jako że nie zaliczam się do elitarnej grupy, pozostaje mi cierpliwie poczekać. :) To już całkiem niedługo.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: