Maria Zientarowa, „Byle do dżdżownicy”

 

Anula siedziała w pokoju i uczyła się. Siedziała tak już ze dwie godziny, rzecz niezwykła. Radio nie grało, telewizja była zamknięta. Mąż pochodził po mieszka­niu na palcach, pochodził, potem wziął czapkę i płaszcz i wyszedł.
– Wrócę na kolację – szepnął.
Sama sobie miejsca znaleźć nie mogłam.
Poszłam do kuchni i nasłuchiwałam.
Cicho, strasznie cicho.
Nie ma wyjścia, trzeba zrobić coś pracochłonnego na kolację. W tych warunkach o czytaniu nie może być mowy.
Zaczęłam trzeć ziemniaki na racuchy. Raz stuknęłam tarką o brzeg miski i aż się wzdrygnęłam, taki to był hałas.
Na szczęście zadzwonił telefon. Anula zerwała się i pobiegła. Byłam zadowolona, bo przynajmniej się dziecko rozprostuje. To siedzenie nad lekcjami skrzywia kręgosłupy.
– Wiciowce mam z głowy – usłyszałam głos Anuli. – Korzenionóżki też. Teraz jeszcze nibynóżki, no i te, co wiesz.
Przestałam trzeć.
– Rozmnażanie pantofelka umiem – dodała zmęczonym głosem. – Na pamięć. Nie wierzysz. No to ci powiem. Odbywa się ono przez poprzeczny podział mikronukleusa, po czym dzieli się makronukleus i całe ciało.
Słuchałam chwilę. […]
– Proces ten jest procesem płciowym pantofelka – mówiła Anula ponurym głosem – u którego następuje takie zapłodnienie, z jakim zetknęliśmy się rozpatrując inne gromady pierwotniaków. To nosi nazwę koniugacji. Rozumiesz, koniugacji. Cholera bierze człowieka.
– Anula, jak ty się wyrażasz – powiedziałam odruchowo, ale cicho. […]
Wyłoniłam się szybko na korytarz. Anula spojrzała na mnie błędnym wzrokiem spod grzywki.
– Patrzysz dziś na Kobrę? – spytałam, byle coś powiedzieć.
Dmuchnęła w górę, żeby rozchylić włosy, i zobaczyłam, że ma czerwone oczy od czytania.
– Nie wiem, czy zdążę – powiedziała – mam jeszcze robaki płaskie, wypławki, wirki. Ciocia nie ma pojęcia… […]
– Czego się tak kujesz? – zdążyłam wtrącić mimochodem, żeby nie uroczyć.
– Zakład – mruknęła. – Założyłam się z jednym bałwanem, prymusem, że się wyciągnę na piątkę z zoologii.
Odetchnęłam z ulgą i wróciłam do moich racuchów.
Tarłam zapamiętale w tej grobowej ciszy, aż zorien­towałam się, że jest tego chyba na cały pułk żołnierzy.
Poszłam na palcach do pokoju. […]
– Zaraz będzie kolacja – powiedziałam, ignorując jej mamrotanie. – Jak tylko wróci wujek.
– Nie ma go? – zdziwiła się Anula. – Chciałabym, żeby mnie przesłuchał, tylko że to go może krępować.
– Dlaczego miałoby go to krępować? Przecież wiesz, że strasznie lubi cię przesłuchiwać.
– Ale ciocia nie zna zoologii – powiedziała Anula tajemniczo.
– Rzeczywiście nie znam – przyznałam się.
– Za cioci czasów to takich rzeczy pewnie nie uczyli.
– Uczyli, uczyli, tylko to się zapomina – westchnęłam. […]
– Ciociu – spojrzała na mnie nie bez trudności. Wyglądała jak niestrzyżony pudel, nawet ładnie.– Ciocia by się szalenie zdenerwowała. Jakby ciocia wiedziała, w jaki sposób rozmnaża się wypławek biały, toby ciocia zemdlała. Ja chyba zadzwonię do Pawła, żeby przyszedł, on to zrobi najlepiej.
– Dobry pomysł – zgodziłam się szybko – i powiedz mu, żeby został na racuchy.
Zaczęłam smażyć. Żeby nie wiem co, to u mnie musi się tłuszcz kopcić. Po niedługiej chwili przyszedł Paweł, zakrztusił się trochę, ale pochwalił apetyczny zapach. Ten chłopak robi się coraz bardziej światowy. Poszedł do pokoju Anuli. Po paru minutach zjawił się mąż.
– Na litość boską! – krzyknął oczywiście – co za straszny smród. Czy już można?
– Można. Paweł przyszedł. Powiedz im, żeby przerwali naukę i przyszli szybko coś zjeść.
Mąż zniknął w pokoju, ale zaraz wrócił.
– Daj mi parę racuchów – zażądał. – Oni nie głodni.
– Jak to nie głodni?
– Mówią, że dzisiaj nic nie będą jeść.
Rzuciłam wszystko i pobiegłam do nich.
Paweł stał pod kaloryferem i ogrzewał sobie plecy. W ręce miał wymięty podręcznik. Anula chodziła po i pokoju i mówiła monotonnym głosem:
– Jednym z wielu przedstawicieli gromady tasiemców jest tasiemiec nieuzbrojony zwany też soliterem. Żyje on w jelitach człowieka. Długość jego dochodzi do dziesięciu, dwunastu metrów… do ścianek jelita ludzkiego tasiemiec przytwierdza się za pomocą czterech przyssawek…
– Niezbyt silnych – poprawił Paweł.
– Niezbyt silnych przyssawek – powtórzyła Anula.
– Chodźcie jeść – przerwałam nietaktownie.
Anula zwróciła do mnie twarz. Była koloru lekko zielonego.
– Ciociu – powiedziała – niech ciocia wyjdzie, bo my zaraz będziemy przerabiać proces rozmnażania się tasiemca. Cioci się nawet nie śniło, co ten tasiemiec
wyprawia w brzuchu człowieka.
– Ale racuchy – powiedziałam słabym głosem.
– Ona na pewno dziś nie będzie nic jadła – powiedział Paweł przerzucając kartki podręcznika. – Jutro też chyba nie – dodał – bo jutro, jak widzę, będziemy mieli do czynienia z glistą ludzką. Pojutrze owsiki – zatroskał się. – O jedzeniu też nie będzie mowy. Za jakie dwa dni – rozchmurzył się – dojdziemy do dżdżownicy, wtedy można ją będzie namówić na kawałek chleba z masłem.
Anula była coraz zieleńsza.

– Jak ją przesłucham, to przyjdę do kuchni – przyrzekł Paweł. – Ja to wszystko przeżyłem w zeszłym roku – dodał – tylko moja matka nie była, oczywiście, taka wyrozumiała jak pani – dodał chytrze. – Pani przecież wszystko rozumie.

Jak ją przesłucham, to przyjdę do kuchni” – scena z serialu „Wojna domowa”.
Maria Zientarowa, Wojna domowa, Trio 1994, s. 194–198.
(Visited 422 times, 7 visits today)

76 komentarzy do “Maria Zientarowa, „Byle do dżdżownicy”

  • 8 grudnia 2012 o 12:23
    Permalink

    No nie.. Nie.. Nie! Zapomniałam! Wziąć z biblioteki!! No i pielgrzymka za tydzień nieunikniona :D

    Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 12:25
      Permalink

      Zapisz sobie na karteczce, a przy okazji poszukaj Drobnych ustrojów i Przez kuchnię i od frontu, to ostatnie świetnie się zapowiada:)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 12:30
      Permalink

      Przejrzałam wnikliwie katalog – hasło: Mira Michałowska (przy okazji ile się człowiek uczy), oprócz „Wojny domowej” są jeszcze 3 pozycje, w tym „Przez kuchnię i od frontu”, oprócz tego „O Ani, Ewie, Marianie, Marsjanach i babci z Ziemi Lubuskiej” i „Przeprawa”. Brak „Drobnych ustrojów”, ale na razie te 4 muszą wystarczyć. Coś czuję, że znowu wykażę się silną wolą :D

      Nie, nie będę tu więcej zaglądać ;P Ty beznadziejnie zarażasz ;)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 12:32
      Permalink

      Nie będę zarażał, do końca grudnia mam w planach same beznadziejne nudziarstwa do zrecenzowania:PP Tych dwóch ostatnich tytułów nie znam, więc czekam na opinię. A Mężowi podsuń któryś z tomów, na pewno nie będzie narzekał:D

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 12:35
      Permalink

      A, jak nudziarstwa, to będę zaglądać :D Ale w styczniu omijam szerokim łukiem ;P
      Mężowi poczytam na głos, bo tak to nie zajrzy (wielbiciel fantastyki) – wtedy złapie bakcyla na pewno ;)

      Odpowiedz
  • 8 grudnia 2012 o 15:49
    Permalink

    Zaczęłam trzeć ziemniaki na racuchy – jak to, racuchy z ziemniakami?! U nas racuchy to takie drożdżowe placuszki, posypywane cukrem pudrem, żelazny punkt wigilijnego menu. Zero ziemniaków. Są natomiast placki ziemniaczane, już nie wigilijne, które – o zgrozo! – niektórzy jedzą z cukrem.
    Koniecznie muszę się dowiedzieć, jak rozmnaża się wypławek biały! Mam nadzieję, że nie zemdleję. :)

    Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 19:39
      Permalink

      Racuchy na wigilię? Mój dziadek był z lubelskiego, ale w życiu o tym nie słyszałam. Ale przyznaję, że mnie też racuchy z ziemniakami zdziwiły. Jak racuchy, to tylko na słodko:))

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:05
      Permalink

      Tak, odkąd pamiętam. :) Ale u nas na wigilii jest mieszanka tradycji mazowiecko(mama)-lubelskich(tato), więc nie upieram się, że to jest regionalny specjał. :) U moich teściów na pewno nie ma racuchów na wigilię, więc to chyba rodzinna ekstrawagancja.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:24
      Permalink

      Pod racuchy tu się chyba ukrywają zwykłe placki, w serialu wyglądały całkiem zwyczajnie:) A placki ziemniaczane wyłącznie z cukrem i kwaśną śmietaną, klasyka:DD U nas racuchy też drożdżowe, ale deserowo, nie wigilijnie.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:30
      Permalink

      Błagam, wszystko tylko nie placki ziemniaczane z cukrem, ble! Tylko ze śmietaną, bez cukru. :)
      Zaraz się okaże, że te wigilijne racuchy to jakiś pogański zwyczaj. :P

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:39
      Permalink

      Dodatki do placków ziemniaczanych potrafią wywołać świętą wojnę, sprawdzone:) Nie rozumiem niechęci do cukru – że niby nie komponuje się z cebulą w plackach? Przesąd:) Moja babcia i mama jadały placki z chlebem, jest frakcja keczupowa, gulaszowa – takie proste danie, a tyle możliwości:D Jest też stronnictwo babki ziemniaczanej z boczkiem i kiełbasą albo bez mięsnych dodatków:) A dobry racuch jest dobry przy każdej okazji:D

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:43
      Permalink

      Pogański, nie pogański – jak lubicie i zjadacie, to co się przejmować?
      Ja też nie rozumiem placków ziemniaczanych z cukrem. Ze śmietaną też nie, po prawdzie:) Preferuję wersję saute. Niestety, wpływ menu stołówkowego na dzieci robi swoje – Starszy stanowczo domaga się cukru do placków. Jak na razie, oszukuję go dodając do ziemniaków cukinii i marchewki, ale nie wiem, jak długo dam radę.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:46
      Permalink

      Ale co ma cukinia i marchewka do cukru?? Wmawiasz mu, że to nie są placki ziemniaczane, więc cukier mu się nie należy? :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:49
      Permalink

      Wersja gulaszowa to już nie są placki ziemniaczane tylko chyba placki po zbójnicku. :) Wiem, że są różne warianty, ale mnie ten cukier gryzie się ze smakiem placków, nic na to nie poradzę. Fanem babki ziemniaczanej jest mój mąż. W latach studenckich mieszkał w Białymstoku, a to jest miejscowy przysmak. Teraz z nostalgią wspomina mistrzostwa świata w pieczeniu babki i kiszki ziemniaczanej, które tam się odbywają. Zaznaczam, że kibicował, a nie uczestniczył czynnie. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:52
      Permalink

      Albo po węgiersku, Gesslerka wprowadzała jakieś rozróżnienia, ale to za subtelne dla mnie:) Wielu osobom się cukier gryzie z plackami, z kolei ja nie mogę patrzeć na moje dzieci jedzące naleśniki z keczupem, buech:P My się też babką zaraziliśmy w Białostockiem, kiszka ziemniaczana także jest w porządku, tylko rzadko ją można dostać, widać inne regiony nie gustują.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 20:59
      Permalink

      ZWL: nic mu nie wmawiam, te placki mają trochę inny smak i sam z siebie nie domaga się do nich cukru.
      Lirael: mi też cukier się gryzie, więc jak na razie frakcja bezcukrowa górą:))
      Naleśniki z keczupem jednak też nie dla mnie, z tym że ja w ogóle nie przepadam za keczupem.
      Z kolei babka ziemniaczana bardzo dobra rzecz. My z małżonkiem ciągle eksperymentujemy w poszukiwaniu babki idealnej, jednak coś nam nie wychodzi. Może za 40 lat, jak już nam odpowiednio ręce zgrabieją?
      A kiszka ziemniaczana na Pomorzu Zachodnim w stałej sprzedaży – palce lizać! U nas w tym roku przebój sezonu grillowego>

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:02
      Permalink

      W babce wszystko zależy od ziemniaków, tylko problem ze znalezieniem idealnej odmiany:) Niestety w okolicach stolicy kiszka ziemniaczana stanowi rzadki przysmak:(

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:05
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Naleśniki toleruję w wersji wytrawnej, ale keczup mi niezbyt pasuje. :) Królewny lansują kuchnię fusion, a my się nie znamy.

      ~Momarta
      Zazdroszczę tej kiszki okrutnie. Słyszałam legendy, a u nas nie do dostania. Babkę piekłam, ale kiszki się nie odważę. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:06
      Permalink

      Z ziemniakami to prawda. Choć u nas niby wszyscy ziemniakożerni, tak naprawdę nie mamy pojęcia o tym, co jemy i który ziemniak do czego się nadaje. Mi zdarzało się już jeździć po odpowiednie ziemniaki do Niemiec, bo u nas jakoś nie można ich było uświadczyć. Na dłuższą metę to jednak nieco męczące…

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:07
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Moja babka nie wyszła najlepiej, ale już wiem dlaczego: to była ta niewłaściwa odmiana ziemniaków. :P

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:08
      Permalink

      Tak, to zdecydowanie jest kuchnia fusion:) Kochane maleństwa potrafiły wypożytkować pół butli keczupu na dwa naleśniki, więc teraz maluję im buziaki na naleśnikach i zużycie zmalało:) Właściwie to podejrzewam, że naleśniki to tylko pretekst i równie dobrze mogłyby jeść keczup łyżkami:P

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:08
      Permalink

      ~ Momarta
      Co mają powiedzieć mieszkańcy Peru? tam jest podobno co najmniej kilkadziesiąt odmian ziemniaków. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:09
      Permalink

      Lirael: jak dla mnie, w kiszce nie ma wielkiej finezji. Weź jelito i napchaj do środka ziemniaków przyprawionych tak jak na ruskie pierogi, tylko podwój liczbę przypraw. Koniec. Skoro jednak mogę kupić (i to w zasadzie za bezcen), to nie pcham się z własnoręczną robotą, bo po co?

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:10
      Permalink

      @Lirael: z pewnością. Poza tym pewnie trzeba te ziemniaki zbierać o konkretnej fazie księżyca, o północy i na rozstajnych drogach, inaczej nic z tego nie będzie:) Nam się babka udaje losowo, pewnie czasem przypadkiem trafiały w odpowiedni układ gwiazd:D

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:12
      Permalink

      U nas też odmian ziemniaka sporo. W jakimś programie Makłowicza widziałem niemiecki targ kartoflany i tam przy każdej odmianie było napisane, do czego się nadaje: ta na frytki, tamta na sałatkę, jeszcze inna najlepsza w mundurkach. No szał po prostu. A u nas jedna połowa kraju ceni tylko ziemniaki białe, a druga też żółte:)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:12
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      To ja uprzejmie poproszę o zdjęcie uśmiechniętych naleśników. Kiedyś była u Ciebie fotografia z wywołującymi ślinotok pierogami, czas na kontynuację. :P

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:14
      Permalink

      Jak kiedyś pójdę w stronę bloga kulinarno-literackiego, to naleśniki będą w pierwszym wpisie, z keczupowymi buziakami rzecz jasna:P

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:15
      Permalink

      ~ Momarta
      Odpadam już w przedbiegach. Perspektywa wykonywania jakichś rozpaczliwych zabiegów z jelitem w roli głównej napawa mnie grozą. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:16
      Permalink

      No i pytanie zasadnicze: skąd wziąć jelito:) Można się niby zaczajać na zapóźnionych przechodniów w krzakach, ale strasznie potem dużo roboty z obróbką podrobów:PP

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:17
      Permalink

      Wracając do ziemniaków, zapomniałeś o odmianie czerwonej – u nas w zasadzie rozróżnienie ogranicza się do żółtych (białe? a co to?) i czerwonych, przy czym czerwone uważane są za lepsze.
      Makłowicz daremnie stara się uwrażliwić rodaków na ziemniaka, bardzo mu w tym kibicuję, ale myślę że potrwa to jeszcze jakieś 10-15 lat.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:18
      Permalink

      No przestańcie. Naprawdę nie można u Was kupić jelit?
      Chyba faktycznie MY jesteśmy Zachodem:)))

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:18
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Tak, na pewno zawiniła też niewłaściwa faza księżyca. :)
      Pomysł z podpisanymi ziemniakami przedni, od razu wiadomo, na które się zdecydować. My też oglądamy Makłowicza. :)
      Trzeba będzie poszukać jakiegoś listu albo dziennikowego wpisu o naleśnikach do Płaszcza, będzie pretekst do zrobienia obiecanego zdjęcia. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:19
      Permalink

      Jelit? Niby w supermarkecie? Albo w mięsnym? Nie widziałem, ale nie interesowałem się szczególnie. Co to czerwone ziemniaki?? U nas są białe albo żółte.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:20
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Proponuję jakiś skandynawski kryminał, żeby się zainspirować w kwestii obróbki podrobów. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:24
      Permalink

      Uwaga, na Allegro jest ogromny wybór jelit! Wszystkie oferty z sugestywnymi zdjęciami. Nawet baranie są.

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:25
      Permalink

      Chyba nie miałbym zaufania do jelit z allegro:P W kwestii obróbki podrobów to chyba najlepsze są książki o Hannibalu Lecterze:D

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:27
      Permalink

      Na allegro to bym się chyba nie odważyła… U nas normalnie, w mięsnym. W supermarketach nie wiem, bo nie zaglądam tam na stoiska mięsne.
      Co do braków w kolorach ziemniaków, jestem wstrząśnięta. Ale faktycznie, u nas bardziej lewicowo:)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:28
      Permalink

      Zapewniam, że nie planuję kompulsywnych zakupów książkowych zastąpić nerwowym wyszukiwaniem ofert z jelitami. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:31
      Permalink

      ~ Momarta
      Mam nadzieję, że chodzi o kolor skórki? Bo takie czerwone ziemniaki wyglądałyby jak owoc grzesznej miłości kartofla i buraka. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:32
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      :D To by było pandemonium! Paczka zostałaby rozszarpana na strzępki jeszcze w rękach pana doręczyciela. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:42
      Permalink

      Prędzej sanepid z całego województwa byłby w stanie gotowości bojowej, a poczta zamknięta do odwołania z powodu odwaniania:)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:48
      Permalink

      Obawiam się,że nie skończyłoby się na odwanianiu. Cuchnące jelita skwapliwie uznano by za groźną broń biologiczną. :)

      Odpowiedz
    • 8 grudnia 2012 o 21:54
      Permalink

      Powiedziałabym, że przeprowadzam badania na temat tasiemców, glist i wypławków białych. :)

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 09:11
      Permalink

      Docieram z opóźnieniem, ale dorzucę trzy grosze: u mnie w domu rządziły placki ziemniaczane z cukrem i/lub śmietaną. Lubię też z sosem grzybowym – pycha. A placek po zbójnicku czy też węgierski – rewelacja podczas jesiennej słoty.

      Pantofelki i ameby to dla mnie jeden z przyjemniejszych działów zoologii. Materiał wchodził do głowy jak po maśle.;)

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 11:33
      Permalink

      Też przyszło mi na myśl.
      Ostatnio postawiłam pod murem jednego pana, którego placki ziemniaczane są wyborne. Zdradził, że dodaje do nich cukinii.;)

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 14:22
      Permalink

      Cukinia sezonowa? Ostatnio mało warzyw i owoców jest sezonowych – nawet zimą i wczesną wiosną możesz zajadać się np. malinami z Meksyku. Cukinia za bezcen też dostępna non stop – czy zdrowa, to pomijam, zaś jeśli chodzi o smak, to jej nijakość jest taka sama, czy to zimą, czy latem.
      Uwaga o wyborności ziemniaczano-cukiniowych placków działa na kulinarną stronę mego sercjak miód :P

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 14:28
      Permalink

      Ale co to za warzywo, takie pędzone zimą i sprowadzane z Peru:P Latem to mam własną z grządki za cenę paczki nasion, a nie przepłacaną:)

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 14:42
      Permalink

      Może bakłażan się nada? Ostatnio w atrakcyjnej cenie w wielu miejscach sprzedawany.

      @ momarta

      Dodam, że mają piękny złocisty kolor, jaśniejszy od placków ziemniaczanych. Nawet moja rodzicielka takich dobrych nie robi.;)

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 15:31
      Permalink

      Bakłażan mi nie pasuje – nie ta konsystencja i smak. A jeśli chodzi o cukinię, to jej cena teraz i latem niewiele się różnią.
      Placki z samej cukinii też robiłam – żeby były dobre, trzeba jednak je dobrze przyprawić i wcześniej porządnie cukinię odsączyć. Te ziemniaczano-cukiniowe chyba jednak lepsze, choć ten przepis: http://www.nigellalawson.pl/przepisy/wegetarianskie/racuchy_z_cukinii.php
      jest naprawdę niezły. I – jak widać – w nazwie też są racuchy, a nie placki:))

      A tak w ogóle, to dyskusja na ten temat chwilowo wydaje mi się mocno abstrakcyjna. U nas za oknem śnieżyca, na ziemi ze 20 cm śniegu – tu trzeba myśleć o saperce, termosie z herbatą i rumem i połciu wędzonej słoniny, a nie o cukiniowych placuszkach!

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 15:33
      Permalink

      No weź, placki smażone na tłuszczu, sycące i idealne na mrozy:)) Do tego może być herbata z rumem, a słonina dla sikorek:P

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 15:48
      Permalink

      O rany, nie wiedziałam że muszę łopatologicznie:P Miałam na myśli sikorkę w znaczeniu z punktu 2.
      http://www.sjp.pl/sikora
      I na wszelki wypadek dodam: i proszę mi tu zaraz wieku nie wypominać. To taka przenośnia tylko (ewentualnie zaklinanie rzeczywistości).

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 16:27
      Permalink

      Tak odnośnie kwestii kulinarnych – u mnie w domu (nie powiem, że w całej Wielkopolsce, bo jak się okazuje Wielkopolska ma różne oblicza) racuchy są drożdżowe i na słodko, a placki ziemniaczane – odkąd pamiętam – tylko z cukrem. Ostatnio polubiłam je z kwaśną śmietaną na słodko. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, że ziemniak jem z cukrem… To jest po prostu wspaniałe! :) Mniam!

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2012 o 16:59
      Permalink

      Kilka razy robiliśmy cukinię w cieście piwnym – rewelacja. Tutaj przepis w wersji podstawowej, a tutaj wariant wypasiony. :) Wprowadziliśmy małą modyfikację: cukinię blanszujemy przed smażeniem.

      Odpowiedz
    • 10 grudnia 2012 o 09:25
      Permalink

      Ja jak zwykle zapóźniony, ale … W serialu na bank padają słowa placki ziemniaczane. Ja sam zaś, jako wyznawca zasady „wełna nie wełna, byle kicha pełna” (to a propos jelitowej odnogi dysputy), zjadam je z cukierem i bez śmietanery. Za to po węgiersku, to najchętniej w „Szarotce” w Bukowinie :D

      Odpowiedz
  • 8 grudnia 2012 o 19:49
    Permalink

    Widzę, że jest nowy pomysł na dietę:)) Szkoda tylko, że to nie dla mnie, bo ja ani trochę obrzydliwa nie jestem.
    A zdjęcie dla mnie idealne – uwielbiam Alinę Janowską, a moje uwielbienie datuje się właśnie od czasu tego serialu.

    Odpowiedz
  • 9 grudnia 2012 o 16:28
    Permalink

    A o rozmnażaniu pantofelka i innych tasiemców nigdy nie lubiłam się uczyć…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: