Ostrożnie z życzeniami (Edith Nesbit, „Pięcioro dzieci i coś”)


Przez niemal całą podstawówkę miałem we wrześniu jeden problem: co napisać w wypracowaniu pod tytułem „Moja wakacyjna przygoda”. Dusza, rozpaskudzona przez literaturę, odmawiała uznania za przygodę czegoś tak przyziemnego, jak ganianie po podmokłym lasku cielaków, które sforsowały ogrodzenie pastwiska, albo wizyty na babcinym strychu, który co prawda nie był ciemny, ale gdzie każdy krok groził spadnięciem piętro niżej, bo deski powały były spróchniałe. Dusza domagała się co najmniej pościgu za dywersantem (to po przeczytaniu „Księgi urwisów”) albo spotkania z Piaskoludkiem (a to już skutek czytania Edith Nesbit). Ani dywersant, ani Piaskoludek jakoś nigdy nie stanęli mi na drodze. Może na szczęście, bo i z jednym, i z drugim są same kłopoty.

Tajemniczego, wiecznie naburmuszonego duszka zwanego Psammetychem odkopała w kamieniołomie czwórka rodzeństwa, spędzająca wakacje na wsi. Stworek miał zdolność spełniania życzeń i jak wszelkie tego typu baśniowe istoty tylko czyhał na pierwsze zdanie, w którym nieopatrznie padnie czasownik „chciałbym”. Zrobiwszy swoje, mógł z powrotem zapaść w drzemkę, zostawiając naszych bohaterów ze skutkami mniej lub bardziej nieprzemyślanego życzenia: a to chcieli być piękni jak nie powiem co, a to mieć mnóstwo… eee pewnego czegoś. Raz zmienili swojego małego braciszka w nie zdradzę kogo, raz średniego brata w kogoś jeszcze dziwniejszego. Wszystko obracało się przeciwko nim, choćby nie wiem jak starannie zawczasu rozważali wszystkie za i przeciw posiadania skrzydeł.
Wpakować się w tarapaty z pomocą czarów nie było trudno, ale wydobywać się z nich należało już własnym przemysłem – i wtedy młodzi bohaterowie okazywali się całkiem przedsiębiorczymi dziećmi, nie stadkiem rozpieszczonych panienek i paniczów. W ogóle jest to sympatyczna gromadka, zżyta ze sobą, bystra i obdarzona poczuciem humoru. Obserwując poczynania Antei, Janeczki, Roberta i Cyryla trudno uwierzyć, że należą oni do epoki wiktoriańskiej, że noszą kapelusze i pończochy, sukienki z halkami i marynarskie kołnierze. Niańki raczej by ich nie stawiały za wzór do naśladowania swoim podopiecznym. Brakuje też tak kojarzonego z tym okresem dydaktycznego smrodku, który powinien się unosić z każdej strony – autorka najwyraźniej lekceważy sobie swoje obowiązki w tym względzie, relacjonuje przygody z humorem i bez przynudzania, a nauki moralne pozostawia na boku. Chcecie sobie zakarbować, że z życzeniami trzeba postępować ostrożnie, że kraść ani oszukiwać nie można – proszę bardzo. A nie chcecie – to po prostu dobrze się bawcie. I kolejne pokolenia tak właśnie robią.
Edith Nesbit, Pięcioro dzieci i „coś”, tłum. Irena Tuwim, ilustr. Maria Orłowska-Gabryś, Znak Emotikon 2013.
Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon.
(Visited 124 times, 2 visits today)

37 komentarzy do “Ostrożnie z życzeniami (Edith Nesbit, „Pięcioro dzieci i coś”)

  • 24 lutego 2013 o 15:23
    Permalink

    Ja też ganiałam, też po podmokłym i też po lasku, ale nie cielaki, tylko kota cioci, bo byłam przerażona, że sam nie będzie potrafił wrócić do domu. :)
    Nie zauważyłam, żeby moje życzenia jakoś szczególnie często się spełniały, ale jeśli zaczną, będę uważać. :)
    Świetny tekst, w dodatku sprawił, że podskakuję z radości na myśl o tym, że właśnie idzie do mnie paczka wypełniona po brzegi książkami Edith Nesbit. :D Co wyznaję ze skruchą, bo miałam ograniczyć zakupowe szały.

    Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 15:25
      Permalink

      Kot na podmokłym gruncie trudniejszy do złapania niż cielaki, które należało przegnać na pastwisko:) Paczka pełna książek Nesbit to nie grzech, sam poluję na Czarodziejskie miasto, które kiedyś robiło na mnie wielkie wrażenie – koniecznie wydanie z ilustracjami Szancera. A co konkretnie kupiłaś?

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 15:49
      Permalink

      Tak, w dodatku trochę bardziej zwrotny i nieprzewidywalny niż cielaki. :) Misja zakończyła się fiaskiem. Wróciłam do domu, zanosząc się płaczem, po czym zobaczyłam uciekiniera w malowniczej pozie na podwórku, spokojnie wygrzewał się na słoneczku. :)
      Lista zakupów: „Historia amuletu”, „Feniks i dywan”, „Poszukiwacze skarbów”, „Złota księga Bastablów”, „Przygody młodych Bastablów”. :) „Czarodziejskiego miasta” niestety nie mam, ale to się wkrótce zmieni. :P

      Odpowiedz
  • 24 lutego 2013 o 17:01
    Permalink

    Szczęśliwe miejskie dzieci…
    Cielaki a także ich mamusie to była szara rzeczywistość a nie wielka przygoda, która mnie kojarzyła się z… wyjazdem na zakupy do Krakowa;) Chociaż były jeszcze półkolonie w szkole, a jak trochę urosłam to obozy harcerskie:)

    „Pięcioro dzieci” też sobie ostatnio przypomniałam na okoliczność Znaku i dalej się tak samo podoba:)
    A przy okazji zastanawiałam się ostatnio kto napisał „Czarodziejskie miasto” i jaki ta książka miała właściwie tytuł, bo pamiętałam tylko trochę fabuły – a tu proszę też Nesbit. Chyba pod pozorem wypożyczenia dla Piotrka poszukam jej w bibliotece.

    Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 17:28
      Permalink

      Punkt widzenia zależy od miejsca zamieszkania:)) Chociaż lubiłem lato na wsi, to jednak pozostałem dzieckiem miejskim. Co do Czarodziejskiego miasta – nie czytałem od wieków, jestem ciekaw, czy przetrwało próbę czasu.

      Odpowiedz
  • 24 lutego 2013 o 17:21
    Permalink

    To jedna z tych książek, które w dzieciństwie czytałam raz za razem, mam nawet swoje stare wydanie na półce. Cieszę się, że powstają wznowienia takich książek, a nie tylko Monster High i inne Pamiętniki Księżniczki.

    Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 17:30
      Permalink

      Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby te klasyki odesłać do lamusa:) Chociaż, być może, te wznowienia to odpowiedź na sentymenty rodziców po prostu:)

      Odpowiedz
  • 24 lutego 2013 o 19:15
    Permalink

    Myślałam, że sentyment do pani Orłowskiej-Gabryś skłonił Cię do wysupłania zaskórniaków na to wydanie, ale jednak nie (w każdym razie nie zaskórniaki, bo sentyment może i tak:P).
    My już pomału dojrzewamy do kolejnej części, choć w międzyczasie wygrzebałam kolejnego starocia, także z cyklu „prekursor fantastyki” i chyba przepcha się w kolejce.
    A z wypracowaniami na temat wakacji nigdy nie miałam problemów – czy ktoś powiedział, że musiała być w nich wyłącznie prawda?:P

    Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 19:59
      Permalink

      Akurat zaskórniaki bym na panią Orłowską-Gabryś wysupłał bardzo chętnie, ale wyszło inaczej:) Zdradź koniecznie, co wygrzebałaś i nie pisz zagadkami. U mnie, niestety, wszystkie tzw. wolne wypracowania były porażką, fantazji nie mam za grosz, więc żadne tam wakacyjne przygody ani „jak wyobrażasz sobie życie na Marsie” w grę nie wchodziły:(

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 20:44
      Permalink

      Czasem bym chciała, żeby jakieś wydawnictwo zechciało mi hurtowo przysyłać książki dla dzieci, co znacznie podreperowałoby mój budżet; niestety jednak nie jest to i nie będzie możliwe:(
      Zaraz tam zagadki! Ostatnia powtórka z „Hobbita” tak bardzo mnie zniesmaczyła, że postanowiłam sprawdzić jego domniemane praźródło (wiem wszak, że z epigonami różnie bywa!). George MacDonald „Księżniczka i koboldy” – oto to dzieło (niestety w koszmarnie ilustrowanym wydaniu).

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 20:57
      Permalink

      Nie wywołuj wydawnictwa z lasu, nie wiadomo, kto się tam czai za winklem:P moim zdaniem, jesteś na najlepszej drodze do odebrania fetyszyzowanego w pewnych kręgach blogowych maila z nagłówkiem „propozycja współpracy”:P I oby to nie było równie fetyszyzowane w niektórych kręgach wydawnictwo specjalizujące się w tarocie i podręcznikach różdżkarstwa:PP A o tych koboldach pierwsze słyszę, więc czytaj i opisuj, ku chwale literatury:)

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 21:07
      Permalink

      Najwyraźniej mówienie zagadkami mi dziś pisane:P Maila już odebrałam, co niczego nie zmienia (i nie, nie był od wróżek ani wydawców ckliwych romansów). I bez współpracy stąpam po kruchej linie, więc wszelkie propozycje jestem zmuszona zbywać uprzejmymi podziękowaniami,roniąc jednak przy tym obficie łzy nad stanem swojego konta, nadwerężanego co i rusz przez niecnych wydawców znakomitych dzieciowych książek:(
      A pierwszy rzut oka na MacDonalda wypadł pozytywnie; przynajmniej coś się tam dzieje i nawet ta królewna całkiem znośna:P

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 21:15
      Permalink

      A no widzisz:) Po pierwszym mailu nadejdą następne. A większość książek dla dzieci też kupuję za ciężko zarobione, ale dzieciom żałował nie będę, nawet na Mapy:) Chociaż założę się, że nie spojrzą na nie, gdy przyjdzie przesyłka, i sam będę się napawał.

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 21:26
      Permalink

      Daj im choć szansę, co? Myślę, że to mądre dzieci i poznają się na tym, co dobre, choć być może faktycznie poziom szału u mnie w domu był cokolwiek wyjątkowy i u Was nie musi sięgnąć szczytów (a to może nawet i lepiej, bo bardzo to męczące).

      Odpowiedz
    • 24 lutego 2013 o 21:30
      Permalink

      Starsza się rzuci na Zuźkę D. Zołzik, a młodsza na drugie Mamoko, więc tatuś będzie się mógł samotnie delektować bestsellerem. Możliwości szału jednak nie przekreślam, bo mieliśmy szały w przeszłości, a dziś jeszcze można jakieś zaobserwować:PP

      Odpowiedz
  • 25 lutego 2013 o 07:32
    Permalink

    Czytałam w dzieciństwie jako książkę luksusową, z trudem zdobytą. Do dzisiaj trochę smutno mi się kojarzy, może w kiepskim okresie ją czytałam.
    A propos tytułu i ostatniego akapitu: Anglicy mają powiedzenie, które b. lubię: bądź ostrożny w swoich pragnieniach, mogą się spełnić. Jakie prawdziwe.;)

    Odpowiedz
  • 25 lutego 2013 o 09:59
    Permalink

    Przyłączam się do postulatu o nudniejszą literaturę dziecięcą – niech nie mąci młodym w głowach więcej! ;P

    Odpowiedz
    • 25 lutego 2013 o 10:02
      Permalink

      Twój postulat jest chyba spełniany na bieżąco, w każdym razie tak można sądzić po pobieżnym przejrzeniu tego, co w dowolnym hipermarkecie leży na półkach z książeczkami dla dzieci. Nie tylko nudne, ale źle napisane i kiepsko zilustrowane:P

      Odpowiedz
    • 25 lutego 2013 o 10:23
      Permalink

      Z dziecięcymi książkami łączy mnie albo starsza klasyka, albo egzemplarze wystarczająco pogrubiane i utwardzane, by młode zęby długo mogły żuć swój prezent ;P
      A postulat popieram z czystej sympatii i solidarności :)

      Odpowiedz
    • 25 lutego 2013 o 10:25
      Permalink

      Jeśli chodzi o jakość tektury do żucia, to współczesnym publikacjom niczego nie można zarzucić. Żują się świetnie:)

      Odpowiedz
  • 26 lutego 2013 o 11:37
    Permalink

    Ja co prawda ze wsi, ale z rodziny niegospodarskiej, więc wakacje ze zwierzyną i przydatkami zaliczałem u wujostwa. A najbardziej to lubiłem orkę „władkiem” i zwożenie zboża. Ok, nie wracajmy do lat dzieciństwa, bo się zrobi sentymentalna wspomnieniówa na 200 wpisów :P
    Książce się przyjrzę jak tylko będzie w biblio :)

    Odpowiedz
    • 26 lutego 2013 o 11:39
      Permalink

      A co sobie będziemy wspominków żałować, hę? Jakieś wydanie będzie w biblio na pewno, w końcu rzecz swoje lata ma:)

      Odpowiedz
    • 26 lutego 2013 o 12:24
      Permalink

      Nie wiem tylko jak moje łotry. Ostatnio to najlepiej jakbym miał ilustrowaną wersję scenariusza wszystkich części „Piratów z Karaibów”. Ot, pokłosie kupna gry na Xboxa :(

      Odpowiedz
    • 26 lutego 2013 o 14:15
      Permalink

      Myślisz, że „Piraci” dla facecików w wieku 7 i 5, to dobry pomysł? :P

      Odpowiedz
    • 26 lutego 2013 o 20:48
      Permalink

      Tak to jest, jak się gada w kuluarach i pisze w komentarzach :) Popróbuję z książką. Prawidłową kolejność przyswajania trzeba trzeba im zaszczepić :D

      Odpowiedz
    • 26 lutego 2013 o 20:50
      Permalink

      W ramach zachęcania rzucaj takie hasła, jak „góra złota”, „olbrzym”, „Indianie”, „oblężenie zamku”, „przebijanie dętek w rowerze”. Coś powinno chwycić:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: