Iść. Nie ustawać (Seweryna Szmaglewska, „Zapowiada się piękny dzień”)

Iść. Nie ustawać. Nie opóźniać marszu. Nie potknąć się, nie zgubić swojej piątki. Słabe dobiją esesmani, słabe zamarzną na poboczu drogi. Utrzymywać tempo, chociaż nogi ledwo się wloką, sztywne, odmrożone, w ciężkich trepach. Mróz, nieznośny, przed którym słabą ochronę dają obozowe łachy, koce, kołdry. Jedna myśl: iść, nie upaść. Ale pojawia się też inna, zuchwała: wyczekać na sprzyjającą okazję, oderwać się od kolumny, zniknąć w śnieżycy, w mroku. Przez chwilę, zanim złapią, zastrzelą, poczuć się wolnym człowiekiem, który może sam decydować o sobie. Odetchnąć swobodnie powietrzem tak odmiennym od obozowego smrodu. Popatrzeć na drzewa, zwierzęta, domy i ludzi krzątających się wokół własnych spraw.

18 stycznia 1945 roku z obozu Auschwitz ruszyły długie kolumny więźniarek. Pognano je pieszo na zachód, byle dalej od nacierających radzieckich wojsk. Szły w mróz, owinięte tym, co zdołały zorganizować z obozowych magazynów, gnane bezustannie przez esesmanów. Dalej, dalej. Anna i jej koleżanki nie chciały jednak wlec się w głąb Rzeszy na pewną śmierć. Lepiej było umrzeć, zakosztowawszy choć przez chwilę wolności, choć na chwilę odzyskawszy człowieczeństwo. Stać się na nowo Anną, Maryną, panią Tychalską, a nie anonimowym numerem. Decydują się na ucieczkę, a podczas wędrówki przez śnieżny Śląsk odkrywają rzeczy dawno zapomniane: łóżko z prawdziwą pościelą, ciepły posiłek, suche buty. Oswajają ogień, teraz ciepły i przyjazny, a nie groźnie huczący w krematoryjnych piecach. Przypominają sobie takie pojęcia, jak gościnność i życzliwość, chociaż doświadczają też ludzkiego strachu przed widmami, które wyłoniły się z obozowego piekła.

 

Porażający jest autentyzm przeżyć głównej bohaterki, Anny, i jej zarysowująca się z każdą stroną coraz wyraźniej przemiana: od więźniarki do wolnego człowieka; początkowo nieśmiała wiara w nowe życie stopniowo się umacnia, powraca pewność siebie, zdolność samodzielnego myślenia zastępuje tępy dryl wpojony w niewoli. Powieść Szmaglewskiej to też przegląd ludzkich postaw: i więźniarek, i napotykanych cywilów. Mamy kapo, ślepo wypełniające wolę Niemców, bezwolne i bezsilne muzułmanki, ale też kobiety, które ze wszystkich sił starają się zachować resztki człowieczeństwa. Mamy ludzi dzielących się z obcymi, podejrzanie wyglądającymi wędrowniczkami posiłkiem, i tych, którzy odpędzają je od siebie. Wreszcie podejmuje też Szmaglewska kwestię rozliczeń za zbrodnie dokonane w obozie, za ludobójstwo – a czyniąc to z perspektywy czasu, dochodzi do gorzkich wniosków: świat nie uwierzy w ogrom zagłady, znajdą się usprawiedliwienia, wykręty, kary nie będą surowe. W końcu same więźniarki po kilku dniach od ucieczki skłonne były uważać świat, który zostawiły za sobą, za jakąś ułudę, senny koszmar. Cóż więc mówić o tych, którzy tego sami nie przeżyli? Żadne świadectwo nie będzie brzmiało dość wiarygodnie.

 

Seweryna Szmaglewska jest chyba pamiętana głównie jako autorka opowieści o przygodach harcerzy z zastępu Czarnych Stóp. Poza tym, a może przede wszystkim, napisała jednak powieści oparte na własnych przeżyciach obozowych. Już w 1945 roku ukazały się wstrząsające „Dymy nad Birkenau”. „Zapowiada się piękny dzień”, napisane piętnaście lat później, stanowi dopełnienie historii więźniarek Auschwitz. Są tu partie o charakterze reporterskim (sceny obozowe i w marszu, los dzieci Warszawy w Auschwitz), opisy przyrody zmieniającej się zależnie od stanu emocjonalnego bohaterek (groza kryjąca się za każdym drzewem w trakcie ucieczki, spokojne piękno zimy, gdy uciekinierki stają się bardziej pewne siebie), wreszcie pojawia się nasycona goryczą refleksja nad wojną i karaniem zbrodniarzy, upadkiem Boga w świecie obozu czy trudami odbudowy powojennego życia. Warto tę powieść odkryć na nowo, gdyż zapomnienie, w jakie popadła, jest dla niej krzywdzące.

 

Seweryna Szmaglewska, Zapowiada się piękny dzień, Czytelnik 1973.

 
(Visited 374 times, 4 visits today)

25 komentarzy do “Iść. Nie ustawać (Seweryna Szmaglewska, „Zapowiada się piękny dzień”)

  • 6 marca 2013 o 18:55
    Permalink

    Niestety, jestem żywym dowodem na to krzywdzące zapomnienie – nie miałam pojęcia, że autorka napisała kontynuację „Dymów nad Birkenau”, które kiedyś zrobiły na mnie duże wrażenie. Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam „Zapowiada się piękny dzień”. Swoją drogą nigdy nie spodziewałabym się po książce o takim tytule tematyki obozowej.

    Odpowiedz
    • 6 marca 2013 o 19:55
      Permalink

      Ja ubolewam nad zapomnieniem Szmaglewskiej: miała wznowienia, spore nakłady i nagle zniknęła. Większość jej książek kupiłem za grosze w antykwariacie, gdzie nie takie książki widać ceniono. Nawet egzemplarze z autografami mi się trafiły. A tytuł właściwie jest dość przewrotny.

      Odpowiedz
  • 6 marca 2013 o 19:53
    Permalink

    Szmaglewską pamiętałem przede wszystkim jako autorkę „Dymów …” i „Niewinnych …” dzisiaj już nie robią aż takiego wrażenia bo konkurencja znacznie silniejsza, jeśli nawet nie „zalew” tego rodzaju literatury, dopiero Ty mi przypomniałeś, że napisała „Czarne Stopy” – zupełnie ich nie pamiętam. Z
    harcerskiej literatury bardziej podobała mi się „Plama na złotej puszczy” B. Mrówczyńskiego.

    Odpowiedz
    • 6 marca 2013 o 20:00
      Permalink

      „Niewinnych” nie zmogłem, pokonał mnie specyficzny styl tej książki. Literatura obozowa faktycznie wciąż się ukazuje, ale Szmaglewska nie wypada źle na tym tle. Nad wieloma nowymi pozycjami ma tę przewagę, że pisała stosunkowo na świeżo, miała w pamięci detale, nastroje, rozmowy i potrafiła to wykorzystać.
      Dla mnie literatura harcerska to właśnie Czarne Stopy, Antek Cwaniak i Gdzie ten skarb:)

      Odpowiedz
  • 6 marca 2013 o 20:42
    Permalink

    Czarne stopy i Dymy nad Birkenau oczywiście czytałam, ale gdyby nie Twój post nie miałabym okazji sobie jej przypomnieć.)

    Odpowiedz
  • 6 marca 2013 o 21:18
    Permalink

    Ja mam w stosie „Dymy nad Birkenau”, o tej książce nie wiedziałam, będe musiała sobie też sprawić.

    Odpowiedz
  • 7 marca 2013 o 07:43
    Permalink

    Znam, czytałam. Ta książka moim zdaniem jest mniej przejmująca i trochę słabsza od „Dymów nad Birkenau”, ale nadal bardzo dobra i warta czytania. Seweryna Szmaglewska trafnie przewidziała, że w ogrom zbrodni nikt nie uwierzy, że ludzie, którzy nie byli w obozie, nie będą chcieli słuchać o tym, co działo się za drutami, a zbrodniarze znajdą dla siebie usprawiedliwienie.

    Twoja recenzja przypomniała mi o tym, że od dawna mam zamiar przeczytać „Niewinnych w Norymberdze”, ale na razie skończyło się na kilkunastu kartkach; autorka posłużyła się stylem nieco zbyt rozwlekłym jak na mój gust :)

    Odpowiedz
    • 7 marca 2013 o 07:55
      Permalink

      Pisząc 15 lat po wojnie, Szmaglewska już wiedziała, jak wygląda osądzenie zbrodni wojennych, mogła więc ten pogląd zaszczepić swym bohaterkom. Być może sama w 1945 roku miała nadzieję, że będzie inaczej.
      „Niewinni” są pisani stylem, który mnie też nie odpowiada, zupełnie nie umiałem wejść w rytm tej książki i rzuciłem w połowie.

      Odpowiedz
  • 7 marca 2013 o 09:25
    Permalink

    Szmaglewska dla mnie to tylko Czarne Stopy. I chyba chcę, aby tak zostało.
    A co do osądzania i rozliczeń za zbrodnie: cóż, dziś może i wysłano by dzielnych reporterów do Auschwitz, ba! wysupłano by środki na zdjęcia ze śmigłowców i transmisje na żywo wprost spod krematoryjnych kominów. Co z tego, skoro większość natychmiast przełączyłaby kanał na bardziej rozrywkowy, a część z pozostałych zajęłaby się analizowaniem tego, który z esesmanów był najbardziej przystojny?

    Odpowiedz
  • 7 marca 2013 o 10:08
    Permalink

    Po Twoim wpisie i komentarzach innych zdałam sobie sprawę, że będąc nastolatką pochłaniałam podobne lektury (ze Szmaglewską włącznie), a dzisiaj nie mam już na nie ochoty. Chyba przyswoiłam sobie stosowną dawkę martyrologii w czasach szkolnych i więcej nie potrzebuję. Tym bardziej szanuję Twój upór w zgłębianiu tematu.;)

    Odpowiedz
    • 8 marca 2013 o 07:32
      Permalink

      A kto tu mówi o umartwianiu się?
      Dla mnie to jednak była literatura, o której mówiło się pod kątem martyrologii, głównie Polaków naturalnie. Taki przekaz płynął z telewizji, tak mówiło się w szkole. Nie miałeś takiego wrażenia w czasach podstawówki?

      Odpowiedz
    • 8 marca 2013 o 09:37
      Permalink

      Ówczesna polityka wymagała wręcz skupiania się wyłącznie na martyrologii Polaków, co miało służyć licznym celom. Literatura o Holokauście pojawiła się na dużą skalę tak naprawdę dopiero po 1989 roku, wciąż jesteśmy na etapie nadrabiania zaległości, ale przy okazji w zapomnienie poszły książki Szmaglewskiej czy Kielara.
      A o umartwianiu się to faktycznie nie Ty mówiłaś:) Tak mi się skojarzyło kilka uwag różnych osób na temat literatury o obozach i Zagładzie: że to masochizm, że wyczerpujące emocjonalnie, że nie na ich nerwy – ciekawe natomiast, że książki o bitych dzieciach i maltretowanych kobietach, przecież też wyczerpujące emocjonalnie, nie są przez te same osoby traktowane jako masochizm.

      Odpowiedz
    • 8 marca 2013 o 10:24
      Permalink

      Może łatwiej znieść historie o maltretowanych kobietach i dzieciach, bo dotyczą współczesnych nam czasów i są przez to bardziej bliskie?

      Odpowiedz
    • 8 marca 2013 o 10:33
      Permalink

      Opisy bólu, gwałtu, cierpienia i śmierci wywołują chyba te same emocje bez względu na epokę, w jakiej się rozgrywają. Masakry w Rwandzie są nam współczesne, a wiele osób traktuje je tak samo jak opisy Auschwitz. Nie wiem, czy można znaleźć wyjaśnienie.

      Odpowiedz
    • 8 marca 2013 o 10:51
      Permalink

      Jako samozwańczy znawca dusz ludzkich (napiszę na wszelki wypadek: to było ironiczne:P) przychylam się do wersji o niemożności znalezienia wyjaśnienia. Na zdrowy rozum łatwiej czytać o Auschwitz, bo to przecież działo się tak dawno i nie ma mowy, my w życiu byśmy tak nie postąpili, a poza tym ludzkość poszła do przodu i inne takie. Maltretowane kobiety i dzieci zdarzają się zaś na co dzień i co chwila, więc teoretycznie powinno to nami wstrząsać bardziej. Ja nie mogę czytać ani o Auschwitz, ani o Rwandzie, ani o kobietach i dzieciach, ale to chyba niczego nie rozwiązuje:(

      Odpowiedz
  • 7 marca 2013 o 12:30
    Permalink

    No patrz, a ja tylko Czarne Stopy tej autorki kojarzę. Aż mi wstyd.

    Odpowiedz
  • 9 marca 2013 o 13:49
    Permalink

    A ja ją właśnie jako autorkę literatury obozowej kojarzę, za to zupełnie mi się nie łączyła z Czarnymi Stopami, które czytałam i uwielbiałam w dzieciństwie! Tylko jakoś wtedy nie patrzyłam na autorów :)

    Odpowiedz
  • 16 listopada 2013 o 11:01
    Permalink

    Przerażający jest sam pierwszy akapit Twojej recenzji. Jaka zatem musi być książka? Nic dziwnego, że w ogóle nie kojarzyłam autorki. W czasach gdy w liceum z konieczności przerabiało się literaturę obozową miałam największe braki. Jako nastolatka ciężko znosiłam książki o cierpieniu (już jakimkolwiek). Dopiero teraz z tego „wyrosłam” na tyle, że mogę przeczytać i nawet odrobinę podyskutować..

    Odpowiedz
    • 16 listopada 2013 o 11:05
      Permalink

      Książka wbrew pozorom nie jest aż tak przerażająca, raczej sporo w niej nadziei.
      Przejrzałem swój tekst i widzę, że to u Szmaglewskiej jest mowa o zaniku „wolnościowych” umiejętności i odruchów u więźniów i o procesie ich odzyskiwania, bardzo ciekawa obserwacja autorki.
      Czekam, aż się zbierzesz do przeczytania Szmaglewskiej i będziemy mogli odrobinę podyskutować.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: