„Żyć, żyć, żyć!” (Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”)

 

Powroty do natury, wszystkie slow-life’y i slow-foody, wszystkie minimalizmy świata, o wegetarianizmie i ekologii nie wspominając, nie są wynalazkami naszej epoki. Istniały pewnie od zawsze, pod mniej wyszukanymi nazwami, albo i w ogóle bez nazw, czasem praktykowane z konieczności, czasem z potrzeby i przekonania. Z konieczności Jan i Cecylia uszli w puszczę, by prowadzić tam życie proste i szlachetne, dając początek rodowi Bohatyrowiczów, a bohaterowie powieści Rodziewiczówny co roku na wiosnę zamieszkiwali w lesie, by znaleźć się w bliskości przyrody, oderwać się od szumu miasta, wrócić do cnót zapomnianych w wielkim świecie, by w pracy codziennej odnaleźć siebie i swoje miejsce w życiu.

Rosomak, Pantera i Żuraw wiosną sprowadzają się do leśnej chaty i zrzucają miejskie ubiory. Uprawiają ogród, łowią ryby, ale przede wszystkim obcują z przyrodą, której są znawcami: nic w lesie nie ukryje się przed ich oczyma, znają wszystkie ścieżki, obyczaje, tropy, odgłosy. Żyją zgodnie z rytmem natury i zgodnie z jej prawami, pokorni wobec mocy, która ich przewyższa. Czasem jednak odzywa się w nich ludzka pycha i usiłują narzucić przyrodzie człowieczą moralność, zaprowadzić swój porządek i ukarać „leśnych zbrodniarzy”, drapieżniki, które działają przecież jedynie pod wpływem instynktu, a nie z okrucieństwa czy zemsty. To jedyny właściwie zgrzyt w tej pięknej pieśni na cześć przyrody, jaką jest książka Rodziewiczówny.
Podpatrujemy rozmaite epizody z leśnego życia, trudy i radości, przygody i prace. Do trzech bohaterów dołącza kilkunastoletni Coto, mieszczuch, który podczas leśnych wakacji wyleczyć ma się z głupiej miłości do starszej kobiety. Zaczyna się jego edukacja, wprowadzanie w tajniki puszczy, w ciężkie, ale radość niosące roboty w domu i w polu, a zwieńczeniem letnich przeżyć jest wyprawa w nieznane ostępy lasu, gdzie kryje się wiele niezbadanych sekretów.
Swoją opowieść snuje Rodziewiczówna nieśpiesznie, stylem, który początkowo może irytować swoją ozdobnością, wręcz napuszeniem, poetyckim niemal czy biblijnym charakterem, archaizmami i wyrazami gwarowymi. Szybko jednak okazuje się, że to język idealnie dobrany do opisu leśnego życia, jego rytmu zmieniającego się w ciągu doby, w ciągu tygodni i miesięcy. Widać w nim dogłębną znajomość lasu, roślin i zwierząt, niezliczonych czynności codziennych, zwyczajów i tradycji wiejskich i puszczańskich, przywiązanie do religii i ojczyzny, szacunek do pracy. Wiele razy wyraża pisarka poglądy na wskroś nowoczesne, stwierdzając choćby, że nie ma prac męskich i kobiecych: „każda robota każdemu człowiekowi przystoi”, czy też wkładając w usta Rosomaka pełne niechęci słowa o jedzeniu mięsa.
Jest „Lato leśnych ludzi” baśnią, opowieścią o krainie szczęśliwości, gdzie można zaznać spokoju w kontakcie z przyrodą, zapomnieć o gniewie, cywilizacyjnym pośpiechu, gdzie króluje Bóg i Natura, a nie wróg Moskal, gdzie pamięta się o bohaterach i czeka na sygnał, by ruszyć w bój o odrodzenie ojczyzny. Gdzie ceni się pracę i szanuje kobietę. Przy tym wszystkim książka Rodziewiczówny nie jest literackim zabytkiem, to wciąż historia, która oczarowuje – choćby fascynującym opisem osadzania roju pszczelego, uspokaja i daje nadzieję: przyjdzie wiosna. Oto jej niezawodne zwiastuny:

Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher; w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć nie może: ziemia li gra czy jego własna krew – jedno! Żyć, żyć, żyć!

 Maria Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi, ilustr. Mieczysław Kwacz, Nasza Księgarnia 1988.
(Visited 741 times, 26 visits today)

45 komentarzy do “„Żyć, żyć, żyć!” (Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”)

  • 2 marca 2013 o 16:24
    Permalink

    Byliśmy dziś na spacerze, ale nijakich kutasików nie dostrzegliśmy, nawet otulonych:( Widać sporo jeszcze przyjdzie na wiosnę czekać… Ech!
    Cieszę się, że ci się podobało. O „Strasznym dziaduniu” nie da się, niestety, stworzyć posta tego rodzaju.

    Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 19:40
      Permalink

      U nas wschodzą tulipany i żonkile, pączki na krzewach też już są:) O Dziaduniu nie da się takiego, może się da inny post stworzyć – wszystko dla ludzi:) Aż taki zły ten Dziadunio?

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 19:56
      Permalink

      U nas wiało dziś jak cholera (choć odnośnie tego, co robił wiatr, pcha się na usta inne słowo, zwłaszcza w zestawieniu z „kutasikami”), więc może dlatego nie widziałam tego, co powinnam? Ale ok, koło szkoły Starszego przebiło się już parę krokusów; być może wkrótce przebiją się także i do mojej świadomości!
      Co zaś do Dziadunia: zły nie jest, czyta się szybko, choć mam wrażenie, że chichotałam tylko w tych momentach, które autorka traktowała śmiertelnie poważnie. Myślę jednak i myślę co z przesłania jest do dziś aktualne i wymyślić nie mogę:(

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:03
      Permalink

      U nas też wiało jak wiadomo gdzie:P I po raz kolejny masz na sumieniu mój starannie ułożony plan czytelniczy, bo na takie dictum mogę jedynie rzucić historię KORu oraz Marqueza i czytać Dziadunia:P

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:13
      Permalink

      Niczego nie mam na sumieniu – Dziadunia przeczytasz w dwie godziny i bezboleśnie wrócisz do KORu. Ale czytaj, czytaj; ciekawe czy będziesz chichotać w tych samych momentach?

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:20
      Permalink

      Przeceniasz moją pilność i staranność związaną z lekturami! W tym przypadku bez problemu jednak odtworzę miejsca chichotliwe, więc proszę bardzo, spisuj, zrobimy porównanie:)) Na przyszłość rozważę jednak wprowadzenie różowych samoprzylepnych karteczek, które będą oznaczały chichot:)

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:32
      Permalink

      Apage! Mam tanie dojścia do post-itów w różnych kolorach, a żółte musiałabym wynosić z pracy, żeby stworzyć konkurencję cenową. Mój nieskazitelny charakter za mocno by na tym ucierpiał!:))

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:40
      Permalink

      Dziękuję, zwłaszcza że nieskazitelność jakby nadszarpnięta po wczorajszym spotkaniu z drogówką. 73 na 50, albo jakoś tak:(

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:44
      Permalink

      Dwucyfrowe też bywają, ale niczego nie targowałam. Długa prosta była i tyle.

      Odpowiedz
    • 4 marca 2013 o 09:11
      Permalink

      Jak w niedzielę Starszy wychodził od Babci, to go z drzwiami (otwieranymi na zewnątrz) zabrało. Całe szczęście wszystko się dobrze skończyło :)

      Odpowiedz
  • 2 marca 2013 o 20:00
    Permalink

    Nic tak nie rozwesela jak kutasik. Leszczynowy zwłaszcza. A książki nie czytałam, bo mnie jakoś podniosłe opisy przyrody zniechęcały.

    Odpowiedz
  • 2 marca 2013 o 20:00
    Permalink

    Byliśmy dzisiaj w lesie, ale nic nie wskazuje na to, że zbliża się wiosna – wszędzie jeszcze pełno śniegu ew. błota…
    Koło domu śnieg już zszedł i coś, co na jesieni było trawnikiem aktualnie przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy – jedno wielkie kretowisko.

    A „Straszny dziadunio” jest fajny – pozytywistyczny do bólu, ale fajny.
    Ale ja generalnie lubię Rodziewiczównę:)

    Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 20:04
      Permalink

      W środkowej Polsce nie jest tak źle, czuć tę wiosnę powoli:) Dziadunio idzie na drugi ogień, się okażę, czy też lubię Rodziewiczównę:)

      Odpowiedz
    • 2 marca 2013 o 21:43
      Permalink

      U mnie sympatia do pani R. zaczęła się od „Czaharów”, a właściwie od Kasjana, jednego z bohaterów tej książki.
      Bardzo lubię jeszcze „Dwajtisa”, „Szary proch” i „Farsę panny Heni”.

      Ech, cała półka Rodziewiczówny u mamy mojej stoi – pasowało by powtórzyć, ale kiedy? Do emerytury jeszcze sporo brakuje…

      Odpowiedz
  • 3 marca 2013 o 06:33
    Permalink

    Chociaż recenzja przecudnej urody, muszę dorzucić łyżkę dziegciu. Do mnie Rodziewiczówna nie przemówiła zupełnie. Jedyna jej powieść, jaką czytałam, to „Dewajtis”, i na tym niestety definitywnie zakończyła się moja przygoda z jej twórczością. I chyba już tak zostanie. Zraziła mnie śmiertelna powaga i patetyczne tony, pretensjonalność wątku miłosnego i wyraźne echa „Nad Niemnem”. Mam alergię na ten typ pompatyczności. W porównaniu z Rodziewiczówną JIK wydaje mi się literackim i psychologicznym koneserem.
    Jeden z tytułów wymienionych przez Anek, „Farsa panny Heni”, bardzo mnie zaciekawił i może kiedyś pójdę w tym kierunku.

    Odpowiedz
    • 3 marca 2013 o 08:11
      Permalink

      W Lecie na szczęście nijakiego wątku miłosnego nie ma, poza wzmiankami, patos w dużej dawce dopiero pod koniec, a nawiązania do Nad Niemnem, całkiem liczne, zupełnie mi nie przeszkadzały:)

      Odpowiedz
    • 3 marca 2013 o 15:34
      Permalink

      Mnie też by nie przeszkadzały, przy założeniu, że byłyby to właśnie nawiązania, a w przypadku „Dewajtis” moim zdaniem to określenie nazbyt delikatne. Podobno niektóre dzienniki wręcz zarzuciły Rodziewiczównie plagiat.

      Odpowiedz
    • 4 marca 2013 o 08:38
      Permalink

      Będę niecierpliwie czekać na Twoje wrażenia. Mnie coraz bardziej intryguje „Farsa panny Heni”: „Przezabawna opowieść o uroczej siedemnastolatce marzącej o karierze na wielkich scenach operowych Europy”. :)

      Odpowiedz
    • 4 marca 2013 o 12:31
      Permalink

      Lirael,
      nie wszystko jest takie, np. „Niedobitowski” wręcz ociekał sarkazmem.
      A u mnie w wielkim mieście cieplej, więc te leszczynopodobne cosie już pylą. Tako rzecze prognoza pyleń dla alergików.

      Odpowiedz
    • 5 marca 2013 o 19:57
      Permalink

      ~ Zacofany w lekturze
      Tak, to z noty w najnowszym wydaniu. A propos tej „przezabawności” dość dziwna wydaje mi się depresyjna i złowieszcza okładka poprzedniej edycji.

      ~ Iza
      Najwyraźniej miałam pecha. Zapewniano mnie, że to jedna z najlepszych powieści Rodziewiczówny.

      Odpowiedz
    • 5 marca 2013 o 20:04
      Permalink

      Rodziewiczówna nie miała i nie ma szczęścia do okładek. Te z LSW czy Alfy to jakieś koszmary, te najnowsze z MG też nie lepsze. Specjalnie szukałem Lata w serii ze Złotym Liściem, żeby nie było zbyt koszmarnie, to się okazało, że to jakiś tom schyłkowy, ohydny papier i już nie to, co kiedyś. Za to Straszny Dziadunio wygląda lepiej, ilustracje Uniechowskiego – jak mi się tekst nie spodoba, to chociaż obrazki będą przyjemne:)

      Odpowiedz
    • 5 marca 2013 o 20:20
      Permalink

      Te najnowsze są lekko frywolne i humorystyczne, co szczerze mówiąc średnio mi pasuje do prozy Rodziewiczówny, w każdym razie w kontekście klimatu powieści „Dewajtis”. Za ilustracjami Uniechowskiego przepadam.

      Odpowiedz
    • 5 marca 2013 o 20:57
      Permalink

      Mam wrażenie, że one są specjalnie słitaśnie przerysowane, żeby wywołać efekt komiczny, ale kto wie?

      Odpowiedz
    • 5 marca 2013 o 21:12
      Permalink

      Efekt komiczny to chyba ostatni z efektów, jaki chciałbym uzyskać przy książce Rodziewiczówny. No ale ja się nie znam na współczesnej grafice okładkowej:P

      Odpowiedz
  • 3 marca 2013 o 19:33
    Permalink

    Kutasików czerwonych nie dostrzegłam, ale też trudno byłoby mi zatrzymywać się przy każdym krzaku i szukać, bowiem moja pierwsza w tym roku wyprawa rowerowa nigdy by się zakończyła (wyprawa to może dużo powiedziane, ale 17 kilometrów z wywieszonym jęzorem zaliczyłam)… Zastanowiło mnie natomiast stwierdzenie na wstępie, to o ruchach „bliżej natury”, slow foodzie i tak dalej. W zasadzie spontanicznie powiedziałabym, że to trend dość nowy, w Niemczech ze względu na coraz częstsze skandale spożywcze coraz szerszy, ale jak tak dobrze poszukać i się zastanowić, to niektórych zawsze chyba ciągnęło w stronę życia z naturą. Tak czy siak, o „Lecie leśnych ludzi” jeszcze w ten sposób nie myślałam;-)

    Odpowiedz
    • 3 marca 2013 o 20:09
      Permalink

      A czymże jest niespieszne i według starszeństwa pojadanie kartofli z jednej miski jak nie slow foodem w wydaniu retro? A już egipscy pustelnicy uciekali od pośpiechu cywilizacji na pustynię:) Wszystko już było, zupełnie jak w modzie:)

      Odpowiedz
  • 4 marca 2013 o 07:12
    Permalink

    Oddałem rower do serwisu, więc musi być wiosna :) A z przyrodą poobcuję raczej fejs tu fejs, niż przez opisy Rodziewiczówny :)

    Odpowiedz
    • 4 marca 2013 o 09:05
      Permalink

      My też poobcujemy fejs tu fejs, jak już się pozbędziemy szkolnego wirusa:) Na razie zostaje Rodziewiczówna i wyglądanie przez okno:P

      Odpowiedz
  • 8 marca 2013 o 12:51
    Permalink

    Jest „Lato leśnych ludzi” baśnią…pięknie powiedziane…byle do lata,ech:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: