Radź sobie sam, Sylwku! (Wiktor Zawada, „Szukam pana Kalandra”)


Sylwek Mącik: „ani »orzeł« klasowy, ani ostatni »osiołek«. Ot, zwyczajny chłopiec, jakich wielu spotykamy każdego dnia na swojej drodze”. Ten zwyczajny chłopiec, dzięki wstawiennictwu swojego polonisty, dostaje promocję do następnej klasy liceum, po czym konkursowo podpada gronu pedagogicznemu i własnym rodzicom. Krewki ojciec widzieć nie chce jedynaka na oczy, zabiera matkę chłopaka i wyjeżdża na wieś. A ty, Sylwku, radź sobie sam.

W gruncie rzeczy Sylwek to porządny, chociaż chwilami naiwny chłopak, więc postanawia wziąć się w garść i znaleźć jakąś pracę. Po ostrej rywalizacji zdobywa posadę gońca w lokalnym „Gońcu Wieczornym”. Poznaje tajniki pracy redakcji, bierze udział w kilku spektakularnych dziennikarskich wyczynach, które elektryzują miasto, nawet sam zaczyna pisać krótkie notatki. Rzecz jasna, przy okazji wiele razy daje się wkręcić i pada ofiarą licznych psikusów, zwłaszcza w drukarni, którą sobie szczególnie upodobał.
Rywalem Sylwka o pracę był Józek Kurzawa zwany „Kardynałem”, mający już to i owo na sumieniu. Mącik jednak, z delikatną zachętą „czynników oficjalnych” w postaci sierżanta MO, stara się z Józkiem zaprzyjaźnić i pomóc mu wyjść na prostą. Sam, oczywiście, przy tym daje się wykorzystywać i wpada w kłopoty.
Pisząc o „Tajemnicy zielonej pieczęci” Hanny Ożogowskiej, Elenoir zauważyła, że powieściowy element chuligański nosił się w latach pięćdziesiątych z charakterystycznym bikiniarskim szykiem. Późniejsi literaccy chuligani czerpali z wizerunku gwiazd rock’n’rolla czy polskiego bigbitu. I tak Józek „Kardynał” na wizytę do Hanki, koleżanki Sylwka, stroi się nad wyraz elegancko:

Gdyby nie fioletowa, tak dobrze mi znana twarz, przysiągłbym, że w progu stoi jeden z mistrzów mocnego uderzenia. Słynny Beatles, bądź przynajmniej filar NO TO CO. Pod szyją miał żabocik nieskazitelnej czystości, klatkę opinał serdaczek w haftowane kwiatuszki, okrągłe jak rury spodnie ściśle opinały muskularne nogi, obute w trzewiki z zadartymi nosami i na damskim obcasie. Całość osoby wieńczył fantazyjnie zakręcony lok i bokobrody jak u stangreta hrabiego Potockiego, sięgające w dodatku do dolnej szczęki. Bokobrody musiały być chyba doklejone, bo pamiętam, że na basenie miał co najmniej o połowę skromniejsze. W tej chwili od osoby gościa powiało stuprocentowym adikałonem.

Bigbitowy styl na rysunku Ludwika Paczyńskiego.
(Oryginalny styl a la NO TO CO wyglądał tak:)

 

To zresztą tylko jeden z licznych w tej książce smaczków z epoki późnych lat sześćdziesiątych. Poza tym jest mowa o chuligańskich wybrykach, bezwładzie biurokracji, której obojętny jest los pamiątek narodowych, kreatywnej księgowości, bezmyślności handlowców, którzy nie chronią sklepów przed włamaniami, a także – co pozostaje tematem wiecznie żywym – o upadku piłki nożnej. Akcja rozgrywa się w nienazwanym mieście położonym nad Brudnicą. Ponieważ Wiktor Zawada był dziennikarzem lubelskim, można podejrzewać, że właśnie Lublin służył mu jako wzór dla miejsca akcji (dziękuję Lirael za konsultacje topograficzne). „Wąskie ulice mieszczańskich kamienic zdobnych w balaski i kopułki oraz nieliczne skąpe w zieleń placyki otoczyły pierścieniem kolorowe osiedla i nowoczesne, przeszklone fabryki”. Uroczy obrazek, chociaż z innego zdania wynika, że te kolorowe osiedla nie miały, jak to zwykle w tamtych czasach i jeszcze długo po nich, żadnej potrzebnej mieszkańcom infrastruktury, skoro „owo »city« do dziś pozostało jednak centrum handlowo-biurowym i miejscem codziennych pielgrzymek mieszkańców kolorowych osiedli”.
Niezłe tempo i mnóstwo humoru to główne zalety powieści. Znakomicie scharakteryzowani są pracownicy redakcji „Gońca”: cała menażeria dziennikarska i woźny, pan Aleksander. Wiele dowiadujemy się o pracy drukarzy z epoki przedcyfrowej. Trochę słabiej wypadają starania Sylwka o umoralnienie Józka „Kardynała”: przez swe szlachetne działania Mącik wpada w rozmaite tarapaty, a przy okazji czytelnik narażony jest na wysłuchiwanie, wraz z bohaterem, licznych kazań. Pod koniec smrodek dydaktyczny robi się dość gęsty i daje się go wytrzymać tylko dzięki temu, że równoważą go detale pracy w drukarni. Mimo to „Szukam pana Kalandra” ma wciąż wiele uroku, a przy okazji jest też dokumentem czasów Władysława Gomułki, choć to z pewnością nie było zamiarem autora.

Wiktor Zawada, Szukam pana Kalandra, ilustr. Ludwik Paczyński, Wydawnictwo Lubelskie 1971.

***
Jeszcze przez tydzień, do 14 czerwca, można głosować w plebiscycie na najlepszą młodzieżową powieść powstałą w czasach PRL-u. Zgłosiliście do tej pory ponad 200 tytułów, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Zapraszam do wspólnego wspominania!
(Visited 536 times, 7 visits today)

17 thoughts on “Radź sobie sam, Sylwku! (Wiktor Zawada, „Szukam pana Kalandra”)

  1. Za namową taty sięgnęłam w któreś wakacje po tę książkę i pamiętam, że mi się podobała. Czy to będzie teraz taki cykl wspomnieniowy? Będziesz przypominał książki z dzieciństwa? Bo lubię takie podróże sentymentalne… ;)

    • Twój tekst zburzył mi wtedy miłe wrażenie, że tego autora mam tylko dla siebie, bo nikt, nikt się nie przyznał, że go zna albo że chociaż słyszał. A teraz się okazuje, że tłumy czytały i lubiły Kaktusy.

    • Jak dla mnie możesz powrócić do opcji „inclusive”: ja nie czytałam ani Kaktusów, ani Pana Kalandra i w ogóle prawie pierwsze słyszę, i zastanawiam się, czy rodzice nie oszukali mnie z moją datą urodzenia, bo przecież chyba powinnam?:(
      Modę jednak zdecydowanie wolę współczesną, także w zakresie owłosienia.

    • Kontakty z książkową blogosferą są szkodliwe, to już dawno zostało ustalone:)
      Jeśli chodzi o żabociki, to w moim stroju urzędowym występują jako stały element wyposażenia, w związku z czym nie wiem czy jestem bardziej trendy, czy raczej retro?

    • Bingo, poliestrowy non-iron! To tłumaczyłoby dlaczego niektórzy ze spotkania ze mną wychodzą tacy zdziwieni – po prostu nie nadążają za modą! Poważnie rozważam wystąpienie z inicjatywą ustawodawczą, polegającą na zawnioskowaniu o dołączenie do stroju serdaczka w kwiatuszki, bo w porównaniu z osobnikiem zaprezentowanym na ilustracji czuję się jakaś niepełna…

    • Zważywszy na fakt, iż takowe kwiecie musiałabym następnie wyszyć na strojach kilku ładnych tysięcy koleżanek i kolegów po fachu, zaczynam podejrzewać iż podsunięcie mi takiego pomysłu zmierza prostą drogą do tego, bym z braku czasu zamilkła, a w szczególności nie pozostawiała tu i ówdzie podobnych temu, głupawych komentarzy:P

    • Cóż za niegodne, niskie podejrzenie! Dla koleżeństwa urządź kurs haftu krzyżykowego i niech sami przyozdabiają. Dla tych o dwóch lewych rękach należy zabezpieczyć stosowne kwietne wprasowanki, którymi przyozdobią fałdy służbowej odzieży.

  2. To ja bardzo Ci dziękuję za miłą wzmiankę o kozim grodzie! :) Nieczęsto Lublin bywał tłem wydarzeń w książkach dla dzieci i młodzieży.
    Gwoli ścisłości: rzeczywiście wzmiankowane „kolorowe osiedla i nowoczesne, przeszklone fabryki” to ewidentna propaganda sukcesu. :)
    Pierwowzorem Gońca Wieczornego był zapewne Kurier Lubelski albo Sztandar Ludu, bo takie gazety wtedy u nas wychodziły. Muszę koniecznie przeczytać tę powieść, między innymi dla lokalnych smaczków.

    • Zawada opisywał Lublin i Zamość (ten w książkach wojennych), które też polecam, mało komu udało się napisać zabawną młodzieżową powieść o okupacji. Redakcja Gońca pewnie po części została opisana z autopsji – opis nieco tylko ustępuje temu z Mszy za mordercę Bożkowskiego:)
      A książkę chętnie pożyczę, mam jeszcze dwie inne, ale muszę sobie powtórzyć.

    • W Zamościu byłam kilka razy, ale nie znam go zbyt dobrze, więc tu raczej skupię się na przygodach. :)
      Z góry dzięki za pożyczkę, kiedyś chętnie skorzystam. Ciekawa jestem, czy te dwie pozostałe powieści Zawady też nie straciły na uroku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *