W obronie przed bezprawiem (Jan Skórzyński, „Siła bezsilnych”)

W czasach, gdy wyrażenie swojego zdania nic nas nie kosztuje, wszelkiego rodzaju listy protestacyjne i petycje krążą swobodnie i nawet nie musimy odchodzić od komputera, by je podpisać, dziwnie myśli się o ludziach, którzy w niezbyt odległej epoce, owianej dziś mgiełką melancholii, zaryzykowali wiele, by dać wyraz swojej niezgodzie na otaczającą ich rzeczywistość, a przede wszystkim – by nie pozwolić krzywdzić tych, którzy sami bronić się nie potrafili.

W czerwcu 1976 roku robotnicy Radomia i Ursusa zaprotestowali przeciwko ogromnym podwyżkom cen. Robotniczy protest sprawił, że podwyżki odwołano, ale władza musiała odreagować swą porażkę. Uczestników manifestacji, a często i przypadkowych świadków i przechodniów aresztowano, bito, przepędzano przez ścieżki zdrowia, wyrzucano z pracy i pozbawiano środków utrzymania. Komitet Obrony Robotników chciał przeciwstawić się tej fali bezprawia: zapewnić niesłusznie oskarżonym obronę przed sądem, a ich rodziny wspomóc finansowo.
W pierwszym dokumencie wydanym przez Komitet czytamy:

[…] Ofiary obecnych represji nie mogą liczyć na żadną pomoc i obronę ze strony instytucji do tego powołanych […]. W tej sytuacji rolę tę musi wziąć na siebie społeczeństwo, w interesie którego wystąpili prześladowani. Społeczeństwo bowiem nie ma innych metod obrony przed bezprawiem jak solidarność i wzajemna pomoc. […]

Początkowo najważniejsza była właśnie pomoc pokrzywdzonym: wypłacano zasiłki rodzinom aresztowanych i pozbawionych pracy, zapewniano adwokatów tym, którzy stawali przed sądem, grupy obserwatorów przyglądały się bacznie parodiom procesów, narażając się na fizyczne ataki „nieznanych sprawców” albo „aktywu robotniczego”, zatrzymania i najrozmaitsze szykany. Równocześnie jednak podjęto próby przełamania społecznego konformizmu, nawiązania współpracy między rozmaitymi grupami, obejścia monopolu władz na informację poprzez wydawanie własnych pism, a potem i książek, poza cenzurą.
Powstanie KOR nie było inicjatywą nagłą, grunt pod jego powstanie przygotowywany był już od początku lat siedemdziesiątych, a robotnicze protesty z 1976 roku dały impuls do nadania mglistym planom konkretnej formy. Komitet pod wieloma względami był organizacją nietypową: skupił osoby o bardzo różnych, często odmiennych życiorysach i doświadczeniach, postawił na całkowitą jawność działalności, domagał się od władz przestrzegania nie tylko podpisanych przez Polskę umów międzynarodowych, ale i konstytucji.
Rzetelna, oparta na licznych źródłach książka Jana Skórzyńskiego to bardzo ważny głos nie tylko w badaniach nad polską opozycją powojenną, ale również w debacie o epoce Gierka, „złotych czasach PRL” – głos wyważony, który nie przenosi w przeszłość dzisiejszych sporów politycznych. Mimo niezwykłej szczegółowości nie jest to książka nudna: rozgrywka pomiędzy opozycją a władzą trzyma w napięciu, nawet spory ideowe czy o kierunki działalności, chociaż mniej fascynujące, pozwalają lepiej zrozumieć wiele postaw z lat późniejszych.
Skupiając się przede wszystkim na działalności KOR i ścieraniu się w jego łonie rozmaitych wizji przyszłości i roli, jaką miał odgrywać Komitet, zaniedbuje nieco Skórzyński opozycyjną codzienność: próby łączenia pracy w opozycji z pracą zawodową, życiem rodzinnym, krzątaninę wokół załatwiania spraw własnych i cudzych czy wreszcie zwykłe ludzkie zmęczenie, stałe napięcie. Znakomitym uzupełnieniem będą tu dzienniki Mariana Brandysa  i wspomnienia Anki Kowalskiej. Te ostatnie, łącznie z biografią Haliny Mikołajskiej pióra Joanny Krakowskiej, pokazują też KOR od strony kobiet – a jest to perspektywa niezmiernie ciekawa. Ten niedosyt nie umniejsza jednak w najmniejszym stopniu wartości pracy Skórzyńskiego.
Jan Skórzyński, Siła bezsilnych. Historia Komitetu Obrony Robotników, Świat Książki 2012.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.
(Visited 124 times, 1 visits today)

25 komentarzy do “W obronie przed bezprawiem (Jan Skórzyński, „Siła bezsilnych”)

  • 28 sierpnia 2013 o 12:39
    Permalink

    Rzeczywiście szkoda, że autor nie poświęcił więcej miejsca codzienności działaczy KORu i sprawom bardziej przyziemnym. Dla mnie byłby to na pewno cenny dodatek. Dobrze, że pod względem naukowym opracowanie jest rzetelne. Na pewno niełatwo pisze się o tak bliskich wydarzeniach i ludziach, jeszcze bez dystansu.

    Odpowiedz
    • 28 sierpnia 2013 o 19:10
      Permalink

      Książka musiała objąć całą masę zagadnień, więc poniekąd jest jasne, że nie mógł się rozwodzić akurat nad tym tematem. I tak dobrze, że w ogóle go poruszył. Dystans do wydarzeń już pewien jest, w końcu niedługo minie 40 lat od powstania KOR-u, wielu uczestników wydarzeń już nie żyje.

      Odpowiedz
  • 28 sierpnia 2013 o 13:59
    Permalink

    Podjąłem nawet próbę przeczytania biografii Mikołajskiej ale chyba poza kilkanaście strony nie wyszedłem, wydała mi się pisana bez „iskry bożej” a tu u Ciebie przeczytałem zupełnie coś odwrotnego :-) Widzę, że czas się z książką przeprosić i dać sobie jeszcze jedną szansę :-).

    Odpowiedz
    • 28 sierpnia 2013 o 19:13
      Permalink

      Marlow: „Mikołajska”, szczególnie w części poświęconej działalności opozycyjnej bohaterki, jest znakomita, moim zdaniem. To była moja książka ubiegłego roku, początek faktycznie może mało efektowny, ale warto przejść dalej.

      Odpowiedz
  • 28 sierpnia 2013 o 18:54
    Permalink

    Ciekawa książka! Chętnie przeczytam, jak mi się uda wygrać z czasem:) Pozdrawiam!

    Odpowiedz
  • 28 sierpnia 2013 o 19:27
    Permalink

    komitet obrony robotników,co czuję?niesmak i wściekłość,
    „Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
    Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie”czyż mickiewicz nie miał racji?
    KOR,SOLIDARNOŚĆ?co miało być i co z tego wyszło?może my,którzy pamiętamy tamte czasy powinniśmy lepiej o tym zapomnieć,robotnicy,czym oni dzisiaj są?
    problemem,którego najchętniej pozbyłby się każdy pracodawca,coraz bardziej ogranicza się ich prawa,bo tak ponoć trzeba,według mnie na takie „produkcje”
    jak ta powyżej szkoda czasu i papieru

    Odpowiedz
    • 28 sierpnia 2013 o 19:35
      Permalink

      Moim zdaniem nie szkoda ani czasu, ani papieru, ale nie ma, oczywiście, ani przymusu czytania, ani pamiętania o tamtych czasach.

      Odpowiedz
  • 28 sierpnia 2013 o 19:44
    Permalink

    oczywiście,że nie ma przymusu,ma pan rację,tylko jak to zrobić żeby zapomnieć
    o czymś,co było sporym fragmentem rzeczywistości,w której przyszło mi żyć?patrzę na niektórych ludzi i nie mogę uwierzyć,jak bardzo się zmienili,pamiętam,co mówili i robili trzydzieści lat temu i na pewno tego nie zapomnę

    Odpowiedz
    • 29 sierpnia 2013 o 06:01
      Permalink

      Ten rozdźwięk jest przykry, ale mimo to nie powinniśmy przekreślać z tego powodu całych fragmentów naszej historii.

      Odpowiedz
  • 29 sierpnia 2013 o 15:25
    Permalink

    tu nie chodzi o przekreślanie ale o właściwą ocenę pewnych zjawisk,bo może zamiast tego”trupa”reanimować,przypominając jego niegdysiejszą chwałę należałoby go nareszcie pogrzebać?

    Odpowiedz
    • 29 sierpnia 2013 o 18:42
      Permalink

      W tej książce zjawisko pt. KOR zostało ocenione obiektywnie z punktu widzenia historyka, jest to ocena jak najbardziej pozytywna i osobiście nie widzę żadnego powodu, by to zjawisko grzebać. Być może dlatego, że nie mam do niego osobistego stosunku jako ówczesny przedszkolak.

      Odpowiedz
  • 29 sierpnia 2013 o 19:39
    Permalink

    tu się z panem całkowicie zgadzam,świadoma tego,że może reaguję zbyt emocjonalnie,nie pamiętam jak rodziła się komuna,ale widziałam jej koniec,bo byłam już wtedy dorosłym człowiekiem na studiach,stałam w tłumie,na masówkach
    i słuchałam tych w szystkich obietnic,że się będzie szanowało ludzi pracy,że nie będzie biur(za komuny były komitety partii),etatowych działaczy itd.,dziś
    w moim zakładzie pracy jest osiem różnych związków zawodowych(za komuny były trzy)o solidarnościowej proweniencji(nawet chrześcijański,imienia ks.popiełu-
    szki,dziwię się,że ich nie straszy),czemu aż tyle?dziesięć lat temu,kiedy likwidowano filie,część ludzi zwolniono a resztę przeniesiono do macierzystego zakładu,przyszli pracownicy a z nimi ich związki zawodowe,od tamtej pory nie zmieniło się nic,nie ma zakładów ale są związki,które w nich działały,nie rozwiązały się,nie wybrano,nowych wspólnych,każdy reprezentuje jakąś małą grupkę,każdy chce czegoś innego,związki urosły do roli”szarych eminencji”i nie liczą się już z nikim,poza dyrekcją(są na etacie jak każdy inny pracownik),na przestrzeni lat zgodzili się już na wszystko-soboty robocze,niedziele robocze,czterobrygadówkę,umowy śmieciowe,
    i ostatnio na zwolnienia,to już nie jest solidarność ale jakieś popłuczyny tego,co było kiedyś,patrzę na to i zadaję sobie pytanie,dlaczego ludzie,którzy stworzyli coś tak wspaniałego,zniszczyli to własnymi rękami i jeszcze jedno,rozumiem dlaczego ktoś chce być działaczem związkowym ale nie rozumiem dlaczego ludzie,widząc to samo,co ja chcą do czegoś takiego należeć i płacić składki

    Odpowiedz
    • 29 sierpnia 2013 o 19:52
      Permalink

      To rzeczywiście trudne do uwierzenia, że przez te kilkanaście lat wszystkie szczytne ideały wyparowały. Dzisiejsze związki zawodowe, nawet te z Solidarnością w nazwie, już nic wspólnego z dawną „S” nie mają, zresztą tworzą je już nowi ludzie, którzy mają na widoku głównie własną korzyść. Jako jednostka aspołeczna osobiście nie widzę potrzeby przynależności do jakiejkolwiek organizacji, ale wiele osób na pewno potrzebuje czuć, że przynależy, że ma jakieś, choćby iluzoryczne, wsparcie – tylko tak mogę tłumaczyć istnienie tego rodzaju organizacyjek.
      W ’89 roku kończyłem podstawówkę, ale ówczesną euforię dobrze pamiętam, pamiętam też, jak wszystko blakło. Można powiedzieć, że taki jest los najszczytniejszych nawet idei w starciu z rzeczywistością. Żal jednak jest całkowicie zrozumiały.
      Jako historyk jednak nie mogę się zgadzać na sugestie, by o jakimkolwiek wydarzeniu z naszej historii zapomnieć, to już zresztą przerabialiśmy za PRLu.

      Odpowiedz
  • 29 sierpnia 2013 o 20:01
    Permalink

    proszę pana,z wykształcenia też jestem historykiem i jestem skłonna się zgodzić z pana ostatnią uwagą,ale słowa,KOR i SOLIDARNOŚĆ,działają na mnie jak czerwona szmata na byka,trudno mi tu zachować dystans i jestem tego w pełni świadoma

    Odpowiedz
    • 29 sierpnia 2013 o 20:22
      Permalink

      Rozumiem to w pełni i nie będę namawiał Pani do zmiany zdania. Historia najnowsza jest polem minowym, każdy autor musi być świadomy tego, że może wywołać rozmaite, często skrajnie odmienne reakcje.

      Odpowiedz
  • 30 sierpnia 2013 o 21:28
    Permalink

    W zasadzie to nie wiedziałam co napisać, dlatego nie napisałam nic, ale po powyższej wymianie zdań chyba już wiem.
    A może takie książki powinny powstawać po to, aby przypominać o tym, o co naprawdę powinno chodzić? Też nie mogę wypowiadać się na temat tamtych czasów, ale chcę wierzyć, że było tak, jak opisał Skórzyński (i nawet wybaczę mu to niedocenienie codziennej krzątaniny), czyli że jest to możliwe.
    Działalność współczesnych związków zawodowych obserwuję z zewnątrz, ale zarazem i od środka od ponad dziesięciu lat i zasadniczo napawa mnie ona grozą. Zdarzają się jednak – fakt, że rzadko – chlubne wyjątki. Obecne związki działają jednak w zupełnie innych czasach niż KOR, pozornie dużo prostszych, ale być może przez to czasem tak wiele osób się gubi?

    Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 07:05
      Permalink

      Z powodu tego, co napisałaś w drugim akapicie, twierdzę, że to ważna i potrzebna książka. Może jest coś w tym, że umiemy zwierać szeregi jedynie w obliczu wroga, a wolność nas demoralizuje?

      Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 08:21
      Permalink

      Zamiast „może jest coś w tym, że…”, napisałabym „na pewno jest coś w tym, że…” Chociaż z mitologizowaniem zwierania szeregów też nie należy przesadzać – kto zwierał, ten zwierał, większość szła z prądem. A to, że teraz wszyscy twierdzą, że oni byli/byliby w tej zwierającej grupie? Cóż, człowiek to słaba istota.

      Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 08:28
      Permalink

      Przyjmuję erratę:) O masowości zwierania szeregów coś wiem, odkąd ja – wychowany na micie powszechnego okupacyjnego oporu – przeczytałem ze zgrozą, że opór stawiało 10 procent społeczeństwa, a reszta tak przeczekiwała do lepszych czasów. Za to potem faktycznie sami kombatanci byli:)

      Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 08:35
      Permalink

      Do mnie przychodzą czasem różne osoby chcące uzyskać świadczenia pieniężne w związku z wojennymi represjami – najbardziej agresywni i ciężko udręczeni są ZAWSZE ci, którzy w tym okresie byli co najwyżej na etapie listków prenatalnych.

      Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 11:37
      Permalink

      Odpal ze swoich składek działkę na świadczenia dla tego rodzaju kombatantów, a mój poziom zrozumienia natychmiast wzrośnie!
      Wracając jednak do książki, smutne jest to, że doczekaliśmy takich czasów, w których nie jest możliwe, aby ktokolwiek napisał taką książkę o KORze, która będzie podobała się wszystkim tym, którzy niegdyś aktywnie w nim działali (o innych nawet nie wspominam, bo szkoda gadać).

      Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 14:28
      Permalink

      Ja i tak mam wrażenie, że z moich składek opłacam wszystko i wszystkich poza sobą i własną rodziną:P
      A co do książki, to owszem, bardzo smutne. Miałem kiedyś okazję posłuchać, co czołowy działacz opowiadał o swoich ówczesnych kolegach i było to żałosne widowisko:(

      Odpowiedz
  • 31 sierpnia 2013 o 14:40
    Permalink

    rozmawiałam kiedyś z emerytowanym działaczem solidarności,opowiadał jak to w 1992 roku pojechał z delagacją ze swojego zakładu pracy do warszawy,groziła im likwidacja i zwolnienia,ministrem pracy był wtedy jacek kuroń,”…proszę pani,nic nie załatwiliśmy,nawet lewandowski był skłonny pójść nam na rękę,ale nie kuroń,siedział za swoim biurkiem i w kółko powtarzał jedno-czego wy jeszcze chcecie,przecież jest tak dobrze,wszystko macie a wam jeszcze mało-nigdy nie zapomnę jak przed kamerami zupki gotował i rozdawał,a dla nas miał tylko to-czego chcecie,przecież jest tak dobrze…”ja też pamiętam te czasy a jacek kuroń to prawie ikona prawda?działacz KORU,z tej opowieści wynika,że nawet takim woda sodowa do głowy uderzyć może prawda?nawiasem mówiąc kiedy czasem pokazują,tego pana,w telewizji,to ja przypominam sobie tę opowieść

    Odpowiedz
    • 31 sierpnia 2013 o 15:30
      Permalink

      Czy to było uderzenie wody sodowej? Może też, ale pewnie nie tylko. Bardzo często odnosiłem wrażenie, że osoby, które walczyły w opozycji w imię ideałów, nie bardzo radziły sobie później z wcielaniem tych ideałów w życie. Zetknięcie z rzeczywistością okazywało się bolesne, jakieś polityczne kompromisy, półśrodki, trudne wybory. Dali się nieść wydarzeniom niekoniecznie we właściwym kierunku.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: