Stworzeni dla siebie (Elisabeth Kyle, „Duet”)


Klara Wieck od najmłodszych lat uczyła się gry na fortepianie pod okiem swego ojca, znakomitego pedagoga, który szybko pojął, że trafił na prawdziwy talent. Umiejętności córki miały przynieść nie tylko sławę pianistce i chwałę jej nauczycielowi, ale pozwoliłyby też całej rodzinie żyć bez trosk materialnych. Klara bez szemrania podporządkowywała się woli pana Fryderyka, który kierował jej wychowaniem i karierą, wymagając absolutnego posłuszeństwa. Pewnego dnia w domu Wiecków pojawił się młodzieniec żądny muzycznej wiedzy. Robert Schumann zapowiadał się na wybitnego kompozytora, ale brakowało mu podstaw teoretycznych. O to jednak miał zadbać herr Wieck.
I tak splotły się losy Klary i Roberta. Dziewięć lat różnicy wieku sprawiło, że początkowo traktowali się jak rodzeństwo, jak przyjaciele. Spędzali ze sobą wiele czasu i podziwiali nawzajem swoje talenty.
Dla czytelnika szybko staje się jednak oczywiste, że ci dwoje są stworzeni, by żyć razem i się dopełniać. On komponowałby dla niej fortepianowe cacka, ona podczas koncertów popularyzowałaby jego muzykę. Klara i Robert – zwłaszcza on, jako typowy mężczyzna – nieco wolniej to pojmują. Kiedy już to do nich dotrze, rozpoczną walkę o swoją miłość, gdyż życie spiętrzy przed nimi wiele przeszkód.

Klara i Robert Schumannowie.
„Duet” rozgrywa się w epoce strojnych sukien, wysokich męskich kołnierzyków, królewskich dworów i eleganckich sal koncertowych. Trochę żal, że opisy są mocno skrótowe; zdarzają się jednak celne (mój ulubiony: „W Dreźnie szalały marcowe wichury, zderzały ze sobą kry na rzece, kruszyły je i zatapiały odłamki. W ogrodach Zwingera skapywała woda z lodowych sopli fontanny Neptuna, a w pałacu królewskim damy dworu przebiegały śpiesznie zimne korytarze chcąc znaleźć się szybko w kręgu ciepła bijącego od pieca”). Nie tylko opisy są uproszczone; również sylwetki bohaterów, ich uczucia i rozterki trudno uznać za pogłębione. Da się wyczuć, że autorka uładziła wszystko z myślą o młodych czytelnikach (a raczej, nie oszukujmy się, czytelniczkach), w rzeczywistości zaś dzieje Klary i Roberta były bardziej skomplikowane (a już zupełnie smutne wnioski można wyciągnąć z epilogu, gdzie skrótowo omówione jest życie Schumannów po ślubie). A mimo to nieco staroświecka opowieść o miłości z przeszkodami jest pełna uroku. Nie napiszę, że dałem się temu urokowi podbić bez reszty, ale na pewno była to całkiem przyjemna lektura.

Elisabeth Kyle, Duet. Opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, tłum. Aldona Szpakowska, ilustr. Anna Włoczewska, Nasza Księgarnia 1975.
(Visited 370 times, 7 visits today)

60 komentarzy do “Stworzeni dla siebie (Elisabeth Kyle, „Duet”)

  • 24 września 2013 o 16:46
    Permalink

    Bardzo ciekawa historia, choć nieco szkoda tych spłyconych opisów. W tego typu książkach czasami o wiele bardziej cenię klimat budowany opisami, niż samą historię.

    Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 17:22
    Permalink

    Dziewięć lat różnicy to nie dziwię się, że traktowali się jak rodzeństwo.. ;P Skoro książka bardziej dla czytelniczek to pozwolę sobie wyjątkowo nie rzucić się na poszukiwania :D tym bardziej, jak o miłości ;P

    Ale, ale, jak ja mam zagłosować na Ciebie???

    Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 17:31
    Permalink

    O miłości nie chcesz czytać? No doprawdy, cóż za rozbestwienie. Co do głosowania, to niezbędne jest konto na FB, po kliknięciu obrazka otwiera się strona, na której można dać „lajka” mojemu tekstowi.

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 17:37
      Permalink

      O miłości nie chcę już czytać. Mam w tej chwili wstręt. Jak mi wróci chęć (pewnie na wiosnę dopiero ;P) to przemyślę sprawę.

      Czyli co, mam specjalnie dla Ciebie konto na FB zakładać??

      Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 17:39
      Permalink

      Dla mnie jednego się nie fatyguj, chyba że planujesz poza tym rozwijać życie towarzyskie i oglądać coraz to nowe zdjęcia kotków i piesków:D

      Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 17:41
      Permalink

      Dla Ciebie jednego to może bym i mogła, to drugie to w ogóle odpada. Zdjęcia piesków i kotków chętnie, ale do tego FB mi nie trzeba ;P A życie towarzyskie, jak już ostatnio się przyznałam, to u mnie mocno kuleje. FB raczej tego nie zmieni.. Dobra, ale skorzystam z konta Marcina. Czego to ja dla Ciebie nie zrobię ;P

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 19:32
    Permalink

    to dlatego nie lubię takich książek,opartych na faktach,dobrneliśmy z bohaterami do końca,niby wszystko dobrze się kończy,zwycięża miłość i szczęście,ale ta historia przecież wcale nie ma szczęśliwego zakończenia,prawda?czuję się jakaś oszukana,to już wolę fikcję

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 19:37
      Permalink

      Przy fikcji też czasem trudno się rozstać z bohaterami po finałowej scenie happy endu. Często zdarza mi się myśleć, że widzimy bohaterów szczęśliwych, a skądinąd wiemy, że za rok wybuchnie wojna i co wtedy z ich szczęściem? Również można stwierdzić, że nas autor oszukał.

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 20:01
    Permalink

    to nic,wiem,że to fikcja i już,a w takich historyjkach niby prawdziwych,wiem,że ktoś je „przepuścił przez sito”,usunął to,co niewygodne,upiększył dla lepszego efektu,podkolorował,zaglądam do internetu albo lecę do biblioteki i co?dowiaduję się,że wcale tak pięknie nie było,czy widział pan kiedyś taki wyciskacz łez pt.”sissi”,jak pan myśli ile tam jest prawdy?wystarczy przeczytać biografię franciszka józefa i już patrzę na film inaczej

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 20:06
      Permalink

      Dlatego czasem nie warto dociekać, jak było naprawdę, żeby sobie nie psuć wrażenia. Chociaż mam wrażenie, że takie koloryzowanie to już przeszłość, dziś raczej chętniej dorabia się bohaterom grzeszki, kompleksy, świństewka, bo zbyt świetlani się nie sprzedają. Obserwuję to na kolejnych biografiach Marii Skłodowskiej, akcenty rozkładane są coraz dziwaczniej.

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 20:27
    Permalink

    tu się z panem zgadzam,wystarczy sobie przypomnieć biografię kapuścińskiego,domosławskiego,pisze pan,że czasem niewarto dociekać jak było naprawdę,może
    tak,ale nic na to nie poradzę,że czasem oglądam,czytam piękną,wzruszającą historię a potem „głodna”informacji pędzę po książkę i co?kaplica,ktoś mi wcisnął kit,gdy się już wie jak potoczyły się losy roberta schumana,to historyjka opowiedziana w”duecie”coś jednak traci ze swego romantyzmu

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 20:31
      Permalink

      Być może te uładzone wersje są obliczone na tych, którym się nie będzie chciało dociekać, jak było naprawdę. Chociaż akurat autorka „Duetu” sama sobie strzeliła w stopę epilogiem, gdzie ogródkami, ale jednak kilka dramatycznych informacji podała. Aż chyba poszukam jakiejś „dorosłej” biografii Schumanna.

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 20:41
    Permalink

    ale niech pan przyzna,chciałoby się czasem trafić na taką piękną”niepodrasowaną”opowieść

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 20:45
      Permalink

      Pewnie, że by się chciało. Usiłowałem sobie nawet jakąś przypomnieć, ale nic mi nie przychodzi do głowy, Mam nadzieję, że bardziej z powodu mojej słabej pamięci niż faktycznego braku takich opowieści:)

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 20:49
    Permalink

    Romantyczne historie z tamtych czasów chyba tylko w książkach miewały spływający miodem finał.
    Ta historia przywiodła mi natomiast mi na myśl książki Jane Austen. Czy autorka obdarzyła Klarę równie silnym charakterem, jak czyniła to Austen w stosunku do swoich bohaterek, czy też biedaczka nieco zagubiła się w fałdach swych sukien?

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 20:51
      Permalink

      Klara jest subtelnym kwiatuszkiem przydeptanym brutalnie przez tatusia. Chociaż pod koniec nieco się prostuje, bo inaczej nie byłoby happy endu. Za to o sukniach pisze się w książce zaskakująco mało:P

      Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 21:13
      Permalink

      Po czym okazuje się (w epilogu), że zły mąż nakłada gumofilce i ciach, z powrotem ją do gleby?:P
      O sukniach w sumie nie musiało być dużo, już jeden klucz wiolinowy wystarczy, by się pogubić, że nie wspomnę o ogonkach i chorągiewkach ósemek i szesnastek:)

      Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 20:51
    Permalink

    no widzi pan?ale mogę panu opowiedzieć zasłyszaną kiedyś historię,nie powiem,że jest o miłości,ani że jest szczęśliwa,utkwiła mi jednak głęboko w pamięci i czasem ją opowiadam,chce pan?

    Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 21:23
    Permalink

    kiedyś przed laty przychodził do domu moich rodziców ich znajomy,przystojny,starszy pan,mieszkał z córką i wnukami,pewnego razu trochę sobie wypił i opowiadał o swoim życiu,urodził się i wychował na wsi,poznał dziewczynę,założył rodzinę,żona urodziła dwie córki i
    wybuchła wojna,cały ten okres spędził w więzieniach i obozach,wyzwolenie zastało go gdzieś w austrii,kiedy wrócił do domu okazało się,że żona zwariowała,nikogo nie poznawała i do nikogo się nie odzywała,całą resztę życia spędziła w zakładzie psychiatrycznym(gdy słuchałam tej historii,ta pani jeszcze żyła),mąż odwiedzał ją tam przynajmniej raz w miesiącu,przez prawie czterdzieści lat,moja mama,nie zdobyła się na to żeby go zapytać po co on to robi,czym się kieruje,ale zapytała jak takie odwiedziny wyglądają skoro ona nikogo nie poznaje i do nikogo się nie odzywa,skoro nie reaguje na niczyją obecność,wie pan,na zawsze zapamiętałam jego odpowiedź,-„…siedzimy naprzeciwko siebie,ona patrzy na mnie,a ja patrzę na nią…”,patrzyli tak na siebie przez prawie czterdzieści lat,żyli długo,bo zmarli dopiero gdzieś w osiemdziesiątych latach,może się komuś wydawać ta historia banalna,ale jest prawdziwa i ja sama ją usłyszałam,siedząc z tym panem,przy stole w kuchni

    Odpowiedz
    • 24 września 2013 o 21:31
      Permalink

      Wcale nie jest banalna. Każdy z nas chyba chciałby mieć kogo, kto by przez te 40 lat go odwiedzał, choćby po to, żeby móc na siebie popatrzeć.

      Odpowiedz
  • 25 września 2013 o 05:57
    Permalink

    Czytałam Duet w młodosci i wydał mi się ksiązką kompletnie nijaką.Moze nawet ją gdzies mam.
    Była jak słabe odbicie czegos przez kolejne kalki.
    Te strony z klikaniem sa niedostepne.Obie.

    Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 06:12
      Permalink

      Ładnie powiedziane z tym odbicie przez kalkę, chociaż nie byłbym aż tak surowy. Linki u mnie działają, może to jakieś chwilowe problemy. Czy pojawia się jakiś komunikat błędu?

      Odpowiedz
  • 25 września 2013 o 06:02
    Permalink

    Czytałam we wdzięcznej mlodości daaaawno temu, chyba sobie powtórzę!

    Czytałam też podobną książkę o związku Elizabeth Barret-Browning i Roberta Browninga, też najezonym przeszkodami i z podobnym tatusiem dziewczyny, dało mi to impuls do przemyśleń na temat typu tatusiów występujących w czasach wiktoriańskich (choć obawiam się, że nie tylko).

    Zakończenie również… przewrotnie szczęśliwe.

    Gdybym tylko pamiętała tytuł :/…

    Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 06:26
      Permalink

      Jedyne, co mi się kojarzy z Browningami to „Flush” Virginii Woolf, ponoć oparty na ich biografii. Tylko pojęcia nie mam, czy występuje tam jakiś tatuś, bo na pewno jest pies:)

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 17:23
      Permalink

      Tez nie mam pojęcia :). A Woolf to nie była, gdyz to powazna pisarka dla powazynych ludzi, a książka, o której wspominam jest tego samego rodzaju, co opisywana tu – czyli dla mlodziezy wlasciwie :).

      Tatusia nie dalo sie wyprzeć z pamięci, ten sam typ, co tatuś Klary Wieck…

      Odpowiedz
  • 25 września 2013 o 08:57
    Permalink

    Obecnie nie przepadam za fabularyzowanymi biografiami, ale w szczenięcych latach b. je lubiłam. Myślę, że to dobra zachęta do dalszego szperania, a i w głowie jakieś skojarzenia zostają.
    Przytoczone cytaty są ogromnie sugestywne, miodzio!:)

    Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 09:43
      Permalink

      A ja tam lubię i nawet wczoraj, podczas wieczornego czytania „Skarbu Atlantydów” powiedziałem Kitkowi, że muszę sobie zwlec „Grecki skarb” Stone’a :D

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 10:07
      Permalink

      Ja lubiłem i lubię. Kto mi dał skrzydła czytałem z pięć razy:) Pauszer-Klonowską, Stone’a, Le Mure’a też. Niedawno skończyłem Sen o Troi o Schliemannie właśnie, nie porwało mnie tak jak w dzieciństwie, ale dalej to niezła rzecz jest. Mam w stosie parę rzeczy do powtórki i parę nowych.
      Aniu: zgadza się, dzięki takim powieściom ma się ogólny obraz i można dalej szukać. Może dzięki Porazińskiej i Pauszer-Klonowskiej nie mam uprzedzeń do Kochanowskiego, Prusa czy Orzeszkowej:)

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 11:41
      Permalink

      Stone i Porazińska jak najbardziej. Pamiętam, że czytałam w podstawówce powieść o Wyspiańskim – świetna (na tamte czasy;) rzecz. nazwiska autora (raczej był to mężczyzna) nie pamiętam.

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 11:56
      Permalink

      Szkoda, że nie pamiętasz autora, bo o Wyspiańskim powieść może być świetna. Chyba znalazłem: Lew Kaltenbergh, Ogień strzeżony, muszę to mieć :)

      Odpowiedz
  • 25 września 2013 o 11:54
    Permalink

    Życzyłabym sobie, żeby ktoś kiedyś opisał jak należy historię Klary i Roberta. Tę lekturę raczej sobie daruję, przeszkadzałaby mi płycizna i inne niedostatki, o jakich wspomniałeś:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
  • 25 września 2013 o 17:52
    Permalink

    Przy takim tempie nadrabiania zaległości ja napiszę o „Duecie” chyba gdzieś za pół roku. :(
    Moim zdaniem uproszczenia, o których wspominasz, a zabrzmiało to trochę jak zarzut, to rzecz naturalna, biorąc pod uwagę wiek czytelników. Przecież to jest powieść napisana z myślą o dwunasto-szesnastolatkach, wydana w 1968 roku.
    Nie zgadzam się też z tym, że opisy są uproszczone. Szczerze mówiąc nie rozumiem tego zarzutu. Kyle próbuje odmalować tamten świat i wychodzi jej to całkiem nieźle. Właściwie nie potrafię podać przykładu książki z rozbudowanymi opisami, która byłaby uwielbiana przez czytelników w tym wieku. Chodziło raczej o oddanie atmosfery tamtych czasów, a to według mnie naprawdę się udało, notabene na dość niewielkiej liczbie stron.
    Szkoda, że w komentarzach do Twojej recenzji „Duet” został uznany a priori za książkę płytką, bo według mnie to sympatyczna, pełna wdzięku opowieść, całkiem zgrabnie napisana. Poza tym zachęca do słuchania jakże niemodnej muzyki klasycznej. Sama z przyjemnością przypomniałam sobie utwory, o których była mowa.
    Wątek choroby psychicznej nie został pominięty – przedstawiono go tak, żeby był zrozumiały i nietraumatyczny dla dziecka. Swoją drogą nawet w naszych czasach to jest temat tabu w literaturze dziecięcej, vide zaburzenia psychiczne matki Tuwima i jego biografie dla dzieci wydane w tym roku.

    Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 19:18
      Permalink

      Mam nadzieję, że uda Ci się jednak napisać o „Duecie” nieco szybciej. Mój początkowy entuzjazm wobec tej książki nieco ochłódł pod koniec, kiedy pojawiły się problemy z zawarciem małżeństwa i proces – tu uproszczenie motywacji starego Wiecka wydało mi się zbyt duże, nawet biorąc poprawkę na wiek grupy docelowej. Pamiętałem, że to książka dla młodzieży, przyjmowałem więc uproszczenia jako coś naturalnego.
      I masz rację, „Duet” jest ciepły i sympatyczny, co napisałem zresztą w podsumowaniu, utworów Schumanna dedykowanych Klarze też posłuchałem z przyjemnością, jednak w końcówce książki autorce chyba trochę zabrakło serca do całej historii i już nie wykrzesała z niej tyle, ile by mogła (albo mnie już serca zabrakło do wczuwania się w perypetie bohaterów).
      Co do opisów: przytoczony przeze mnie cytat świadczy, że Kyle potrafiła je tworzyć, tylko z jakiegoś powodu z nich rezygnowała – Paryżowi podczas zarazy można było poświęcić nieco więcej uwagi. Zaraz po Duecie sięgnąłem po również przeznaczony dla młodzieży Sen o Troi, którego autor – fakt, że w dłuższej opowieści – potrafił, moim zdaniem, w sposób bardziej przekonujący tło przedstawić, o czym mam nadzieję niedługo napisać więcej.
      Wątek choroby psychicznej, o ile pamiętam, to też jest sama końcówka i epilog. Skoro ojciec Klary obawiał się dla córki związku z człowiekiem obciążonym chorobą, to dlaczego autorka jakoś tego nie wykorzystała? Dostajemy obraz Wiecka tyrana i skąpca, który boi się utraty dochodów Klary, a nie co prawda surowego, ale i troskliwego ojca. Zachwianie w charakterze postaci wydało mi się zbyt gwałtowne. Poza tym, skoro w epilogu mogła autorka dość wyraźnie o pewnych rzeczach napisać, mogła o tym też napisać wcześniej. A tak wyszło trochę na to, że o chorobach psychicznych w rodzinie Schumanna wiedzieli wszyscy poza Klarą. Zgrzytnęło mi to.

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 20:21
      Permalink

      Nie sugeruję, że „Duet” to dzieło genialne, ale wspominam tę powieść miło. Na pewno nie jak brodzenie po płyciznach.
      Bez sięgnięcia do źródeł czy biografii nie dowiemy się, jaki naprawdę był Wieck. Wersja Kyle wydaje się przerysowana, ale nie możemy wykluczyć, że jest w niej sporo prawdy. Być może kierowała nim troska o dziecko, ale może nieciekawe cechy, które autorka z lubością akcentuje, typu parcie na karierę po trupach, wcale nie są fikcją literacką. Tacy ludzie też się zdarzają.
      Przypuszczam, że Kyle zrezygnowała z obszernych opisów z prostego powodu: dla wielu dwunastolatków to zbędny balast. Wydaje mi się, że nie planowała stworzyć arcydzieła poruszającego psychologiczną głębią tylko popularną, lekkostrawną biografię dla starszych dzieci.
      Na pewno wzmianka o chorobach psychicznych w rodzinie pojawia się wcześniej, więcej na ten temat jest w epilogu. Najwyraźniej jest to trudny i niewdzięczny temat w książkach dla dzieci.

      Odpowiedz
    • 25 września 2013 o 20:36
      Permalink

      To już nie jest kwestia tego, jaki Wieck był naprawdę, ale trzymania się przez autorkę własnej wersji bohatera – trochę go jednak zwichnęła. Skłonny byłbym przypuszczać, że bardziej interesowały go pieniądze córki niż troska o nią, jednak zwrot od surowego ojca do ojca harpagona trochę mało wiarygodnie jest przedstawiony.
      Co do opisów: przypuszczam, że wytrzymałość dwunastolatków na opisy pół wieku temu mogła być większa niż dziś i Kyle spokojnie mogła tu i ówdzie wyjść poza jedno czy dwa zdania. Zgoda co do tego, że chciała napisać przyjemną biografię, ale w pewnym momencie chyba za bardzo zaczęła pędzić ku zakończeniu, co mnie nie usatysfakcjonowało w pełni.
      Były chyba jakieś szepty o zdrowiu pani Schumann, ale mam wrażenie, że mało konkretnie.
      W każdym razie po Kyle i Stollu zamierzam sobie zrobić małą rundkę po podobnej literaturze, z „Kto mi dał skrzydła na czele” :)

      Odpowiedz
    • 26 września 2013 o 13:43
      Permalink

      Nie możemy też wykluczyć, że Wieck sam się na jakimś etapie życia zwichnął samodzielnie, a Kyle chciała być wierna źródłom, co akurat wydaje mi się zaletą. Nie znamy kulisów porzucenia go przez pierwszą żonę, ale w tamtych czasach takie historie nie zdarzały się często, więc determinacja matki Klary musiała być spora.
      Już tytuł książki zapowiada, że autorkę najbardziej interesował wątek romansowy w biografii Roberta i Klary, a najwyraźniej doszła do wniosku, że małżeństwo to już zupełnie inna para kaloszy. :)
      Pęd ku zakończeniu dla mnie jest zrozumiały – bez wątku choroby psychicznej nie udałoby się o dalszych wydarzeniach opowiedzieć z detalami, a to nie jest temat mile widziany w książkach dla dzieci z ostatnich klas podstawówki, a już na pewno nie był w latach sześćdziesiątych.
      Myślę, że podstawowy cel takiej lajtowej biografii to zachęcić czytelnika do dalszych poszukiwań na temat bohatera i w moim przypadku Kyle udało się to wyśmienicie. Zaopatrzyłam się już w „Clarę” Janice Galloway i mam nadzieję, że znajdę odpowiedź na parę pytań.
      Pamiętam, że „Kto mi dał skrzydła” nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. Kiedy czytałam w wieku 11-12 lat, wydało mi się dość nijakie. Beletryzowane biografie też bardzo lubię.

      Odpowiedz
    • 26 września 2013 o 16:47
      Permalink

      Zmiany osobowościowe u Wiecka niewykluczone, a sprawa z pierwszą żoną tajemnicza. Odniosłem najpierw wrażenie, że „to zła kobieta była”, ale potem się okazało, że chyba nie i faktycznie nie dowiedzieliśmy się wszystkiego.
      Rzeczywiście, wygląda na to, że pospieszne zakończenie wynikało z tego, że historia zrobiła się nie dla dzieci, takie rodzinne pranie brudów przed sądem to raczej mało dydaktyczna rzecz.
      Mam nadzieję, że Galloway faktycznie odpowie na nurtujące nas pytania.
      A „Kto mi dał skrzydła” to była jedna z moich ulubionych książek, o Kochanowskim dzięki niej pisałem pracę na olimpiadę polonistyczną w ósmej klasie. Bardzo jestem ciekaw powtórki.

      Odpowiedz
    • 26 września 2013 o 19:30
      Permalink

      Przejrzałam opinie o książce Galloway i wydaje mi się, że to może być całkiem niezła powieść, choć oceny są rozmaite. Przy okazji natknęłam się na kilka uwag o Wiecku i wygląda na to, że Kyle wręcz patrzyła na niego przez różowe okulary. :) Wszędzie powtarza się słowo tyran.
      Tutaj recenzja „Clary” w „Guardianie”.
      Trafiłam na jeszcze jedną powieść o Schumannach: „Longing” J. D. Landis. Ale najbardziej to chciałabym przeczytać dziennik Klary.
      Ja w liceum pisałam pracę na olimpiadę z „Cudzoziemki” Kuncewiczowej. :)

      Odpowiedz
    • 26 września 2013 o 19:40
      Permalink

      To jestem jeszcze bardziej ciekaw tej Galloway. Zastanawiam się, czy prawdziwa Klara była taka potulna i cicha, czy jednak jej dziennik pokazuje inne oblicze.
      W liceum od olimpiad trzymałem się z daleka, ale Cudzoziemka była dość nieoczywistym wyborem, jak sądzę?

      Odpowiedz
    • 27 września 2013 o 05:02
      Permalink

      Tutaj znalazłam ciekawy artykuł o Klarze. Rewelacyjny musi być ten małżeński dziennik, który prowadzili wspólnie z Schumannem. Chyba rozejrzę się za przekładem angielskim. Chyba łatwo nie będzie.
      Przed olimpiadą dostawało się taką długą listę lektur i trzeba było sobie coś wybrać, a potem napisać o tej książce pracę. Szkoda, że ten spis lektur gdzieś się zawieruszył, chętnie bym go sobie poczytała. To było tuż po przeczytaniu „Cudzoziemki”, więc dla mnie wybór był oczywisty. :)

      Odpowiedz
    • 27 września 2013 o 07:07
      Permalink

      Clara’srelationship with her husband is highly romanticized and is distilled
      down to a passionate love story about two people who overcame great obstacles
      and found fulfillment as partners in marriage.
      Czyli jednak prawdziwa historia była i ciekawsza, i dramatyczniejsza. Przestudiuję ten artykuł, dzięki.
      Ciekaw jestem, co teraz się proponuje w takich wykazach lektur – mam czarne przeczucia, że już na pewno nie Kuncewiczową.

      Odpowiedz
    • 27 września 2013 o 12:13
      Permalink

      Zobaczymy, czy Galloway też romantyzowała. :)
      Może teraz takiej listy w ogóle nie ma i można wybrać samemu.

      Odpowiedz
  • 26 września 2013 o 16:40
    Permalink

    Czyta się świetnie ale ile w tym „prawdziwej prawdy” trudno wyczuć:D Po lekturze jestem wielką fanką Klary, Wiecka ogarniam jako żądnego wypłynięcia na plecach zdolnych młodych, Schumann dla mnie jest trochę nijaki ale to moja subiektywna ocena i nie będę się kłócić jeśli ktoś czyta to inaczej. Pozdrawiam i poproszę więcej:))

    Odpowiedz
    • 26 września 2013 o 17:33
      Permalink

      Mnie zaciekawiły obie panie Wieck, wydaje mi się, że mogły odegrać większą rolę, niż pokazała autorka książki. Więcej ma być podobnych książek? Postaram się:)

      Odpowiedz
  • 26 września 2013 o 17:57
    Permalink

    Czyta się świetnie ale ile w tym „prawdziwej prawdy” trudno wyczuć:D Po lekturze jestem wielką fanką Klary, Wiecka ogarniam jako żądnego wypłynięcia na plecach zdolnych młodych, Schumann dla mnie jest trochę nijaki ale to moja subiektywna ocena i nie będę się kłócić jeśli ktoś czyta to inaczej. Pozdrawiam i poproszę więcej:))

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: