Oderwać się nie można (Aleksander Dumas, „Hrabia Monte Christo”)


Gdybym nie był taki obrzydliwie obowiązkowy, a przede wszystkim gdybym nie musiał zrywać się do pracy bladym świtem (jaki on tam teraz blady o tej porze roku, ciemna noc, ale tak się utarło), to pewnie zawaliłbym ze trzy noce i czytał „Hrabiego Monte Christo”, póki nie doszedłbym do napisu „Koniec”. Z powodu skrzeczenia rzeczywistości nieśmiertelne dzieło Aleksandra Dumas zajęło mi ponad tydzień, podczas którego opędzałem się niecierpliwie od natrętów domagających się włączenia dobranocki, zrobienia kolacji czy wyniesienia śmieci.

Bo jak tu się oderwać od powieści, gdy młody marsylski marynarz Edmund Dantes w dniu swych zaręczyn z piękną Mercedes zostaje aresztowany wskutek intrygi uknutej przez zawistnego o powodzenie chłopaka Danglarsa, a przeprowadzonej rękami zazdrosnego o Mercedes Fernanda przy milczącym współudziale Caderousse’a? Niepomyślny zbieg okoliczności sprawia, że z rozkazu prokuratora Villeforta Dantes trafia do lochów ponurego zamku If, gdzie ma zgnić w zapomnieniu jako niebezpieczny spiskowiec, zwolennik Napoleona. Dantes załamuje się i marzy tylko o śmierci. I pewnie zmarłby, ku radości nieprzyjaciół, gdyby nie spotkanie z księdzem Farią, również więźniem, który jednak nie poddał się rozpaczy i wykorzystując całą swą ogromną wiedzę, próbował uciec z twierdzy. Dzięki niemu Edmundowi wróciło pragnienie życia i zyskał cel: „Chcę żyć i walczyć do końca; chcę odzyskać szczęście, które mi skradziono. Zapomniałem, że przed śmiercią muszę jeszcze pokarać moich prześladowców, a kto wie, czy i nie nagrodzić kilku przyjaciół?”
Edmund Dantes, rycina Pierre’a Gustave’a Eugene’a Staala z 1888 roku.
Czternaście lat później, gdy już wszyscy zapomnieli o nieszczęsnym Dantesie, pojawia się we Francji tajemniczy hrabia Monte Christo: prawdziwy dżentelmen, wszechstronnie wykształcony, a na dodatek bajecznie bogaty. Kryje przed światem swą prawdziwą tożsamość i prawdziwe zamiary: chce ukarać tych, którzy skrzywdzili Dantesa, chce odegrać rolę Opatrzności. Zaczyna tkać misterną sieć, która stopniowo oplątuje winnych jego niedoli.
Z zapartym tchem śledzimy fabułę, zastanawiając się wciąż, czemu ma służyć opowieść o młodym francuskim arystokracie, którego perypetie we Włoszech śledzimy, po co serwuje się nam historie o herszcie bandytów Luigim Vampie, Korsykańczyku Bertuccio czy panach Cavalcantich. Jednak każda postać prędzej czy później odegra swoją rolę w skomplikowanym planie hrabiego Monte Christo, który niczym szachista rozstawia pionki i na wiele posunięć do przodu planuje swoją rozgrywkę z wrogami. Dla nich znikąd nie będzie ratunku – nie uratują ich ani ludzie, ani Bóg, za którego narzędzie uważa się tajemniczy mściciel.
Aresztowanie Dantesa, rys. Antoniego Uniechowskiego.
Ta koronkowość fabuły zadecydowała chyba o tym, że „Hrabia Monte Christo” wciąż jest czytany, ba! wręcz pochłaniany. Bo przecież inne składniki książki są mniej wyrafinowane, a niektóre wręcz lekko się przeterminowały. Bohaterowie dzielą się na dobrych i złych, każdy ma zestaw sztampowych cech: młody Edmund jest sympatyczny i trochę naiwny, hrabia Monte Christo to człowiek o żelaznej woli, który nie okazuje uczuć, Mercedes jest piękna i zakochana, dranie są draniowaci na pierwszy rzut oka i tak dalej. Wyróżnia się jedynie córka bankiera Danglarsa, niezależna młoda dama, która zamiast iść za mąż, wolałaby zostać artystką. Cały ten zbiór postaci wygłasza kwieciste tyrady zamiast prowadzić dialogi (jest to szczególnie domeną zakochanych), a Monte Christo lubi sobie pomonologować, co ma nas wprowadzać w jego złożoną psychikę:

– Odwagi – szepnął do siebie. – Nawykłszy do walki z przeciwnościami, nie dajmy się pokonać rozczarowaniu: inaczej na darmo tyle bym wycierpiał! Serce pęka, kiedy nadmiernie wezbrane pod łagodnym tchnieniem nadziei, cofa się i zamyka w zetknięciu z zimną rzeczywistością!

Zgrzytamy zębami i czytamy z wypiekami na twarzy: niech sobie gadają, chcę wiedzieć, co będzie dalej. Oczywiste jest, że zemsta hrabiego się dopełni, pasjonujące są jednak sposoby wywarcia odwetu, szczególnie że Monte Christo dokładnie wie, jakiego rodzaju pomsta go zadowoli:

[…] w zamian za ból przewlekły, nieustanny, głęboki, wypłaciłbym, gdybym tylko zdołał, bólem takim, jaki mi zadano: oko za oko, ząb za ząb, jak mówią ludzie Wschodu, nasi niedoścignieni mistrze, wybrani spośród wybranych, którzy potrafili utkać sobie życie ze snu, a świat ich otaczający zamienić w raj.

Dantes w zamku If, rycina Pierre’a Gustave’a Eugene’a Staala z 1888 roku.
W tej opowieści o zemście trafiają się też detale zupełnie niespodziewane, na przykład barwny opis przeżyć po zażyciu haszyszu, którego koneserem jest główny bohater. Natykamy się również na perły złotych myśli o życiu rodzinnym: „Żona to mebel na całą wieczność”; albo: „zdaje się, że być ojcem dorosłej córki to rzecz nader męcząca; dostaje się od tego gorączki, puls bije dziewięćdziesiąt razy na minutę, dopóki panna jest w domu”. Poza tym tło obyczajowe nakreślone jest mocno stereotypowo, a szkoda, bo Dumasowi wymyka się czasem celniejsze spostrzeżenie, jak choćby to o uczestniczkach wielkiego przyjęcia: „Kobiety najstarsze były najbardziej wystrojone, a najbrzydsze najbardziej wydekoltowane. Zjawisko to pospolite. Kto chciałby znaleźć białą lilię, różę delikatną i wonną, musiałby jej szukać w kącie, gdzie ukryła ją matka w turbanie albo ciotka w rajerach”.
Różne zarzuty można postawić „Hrabiemu Monte Christo”, jednak Dumas dokładnie wiedział, czego oczekują czytelnicy: emocji, wyrazistych postaci i gwałtownych uczuć, atmosfery tajemnicy i napięcia i hojnie szafował tymi ingrediencjami, ocierając się wręcz o granice nieprawdopodobieństwa. Wydawało mi się, że dawno temu wyrosłem z takiej literatury, a tymczasem dałem się porwać bez reszty. Podobało mi się do tego stopnia, że zamierzam powtórzyć tę przygodę: „Trzej muszkieterowie już czekają.
Aleksander Dumas, Hrabia Monte Christo, t. 1–3, tłum. Julian Rogoziński, Iskry 1988.

 

(Visited 1 505 times, 132 visits today)

61 komentarzy do “Oderwać się nie można (Aleksander Dumas, „Hrabia Monte Christo”)

  • 1 lutego 2014 o 09:23
    Permalink

    UWIELBIAM „Hrabiego Monte Christo”. Uwielbiam. Obsesyjnie. Może dlatego w moim odbiorze wcale się nie postarzał (w przeciwieństwie do „Trzech muszkieterow”, sterany zyciem hrabia de la Fere, starzec trzydziestotrzyletni z posrebrzanymi skroniami mię umarł, a fakt, że przy ponownej lekturze bardziej rozumiem Milady – silnie skonfudowal). Wybaczam mu wszystkie elementy ramotki, jakie w powieści tak leciwej muszą się przeciez znaleźć :).

    Ani jednej dobrej ekranizacji nie widziałam. Własnie to uwielbienia za to winię, bo mam tak dokładnie wymyślone idealne wyobrazenie bohaterow, że mi do nich żaden żywy czlowiek nie pasuje ;). To samo dotyczy na przykład „Nędzników” (a juz na to, że i Jeana Valjean, i Edmunda Dantesa grał Gerard Depardieu zarzućmy miłosierna zasłone milczenia….).

    Ciekawa jestem Twoich wrażeń po „Trzech muszkieterach” :).

    Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 09:27
      Permalink

      W dzieciństwie wolałem Muszkieterów od Hrabiego, mam nadzieję, że stary sentyment mi nie zardzewiał. Za to Milady zawsze uważałem za najciekawszą postać, krwista była, wiarygodna, nie to, co te szlachetne muszkietery:)
      Z ekranizacji Hrabiego nie pamiętam nic, a ze dwie oglądałem na pewno. Za to do dziś pamiętam rysunkowych muszkieterów z psami w rolach głównych. No i śpiewaną wersję radziecką :P

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 10:11
      Permalink

      Wersję radziecką potrafię zaśpiewać :). Na zawsze mnie wypaczyla, nie umiem sobie inaczej Aramisa wyobrazić, i Kardynała, ale to zadna sztuka, bo ten radziecki wygladał jak robiony na zamówienie na podstawie portretu :D.

      Psy też pamiętam :D!

      Ekranizacji Hrabiego widzialam z sześć, wszystkie moim zdaniem okropne, i wszystkie w niewybaczalny sposób ingerujące w literacki pierwowzór, co przy tak doskonalym scenariuszu, jakim jest powieśc, jest czyms niewybaczalnym…

      IMHO. Oczywiście :).

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 10:15
      Permalink

      Ekranizacje Hrabiego kończyłem oglądać w chwili ucieczki z zamku, bo co tam potem ciekawego dla dziecka – nic, chodzą i gadają:P Co innego muszkieterowie, sama dynamika.

      Odpowiedz
    • 2 lutego 2014 o 13:31
      Permalink

      A, widzisz, ja najnowszą widziałam jako Całkiem Dorosla Dziewczynka (a nawet dwie najnowsze, tę z Gerardem Depardieu i SZCZĘŚLIWYM ZAKOŃCZENIEM, w ktorym Dantes i Mercedes odchodza w stronę zachodzącego słońca, dosłownie, wrrrr), oglądałam i mowiłam głośno różne nieladne słowa, których nie powinny słyszeć moje dzieci…

      Odpowiedz
    • 2 lutego 2014 o 13:35
      Permalink

      Najwyraźniej uznano, że nie po to się nasiedział w tych lochach, żeby mu Mercedes przeszła koło nosa :P Najwyraźniej dążenie do happy endów zagłusza głos rozsądku.

      Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 09:29
    Permalink

    Jedna z najbardziej ulubionych lektur. Zresztą Dumas to naprawdę klasa sama w sobie. Polecam i inne jego powieści, chociażby cykl o Józefie Balsamo :)

    Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 09:55
    Permalink

    I cóż, wstyd w ogóle zabrać głos.. To powiem tylko, że dałam się porwać Twojej recenzji. Tak bardzo, że nawet pewnie bym sięgnęła po „Hrabiego” gdyby tylko był w zasięgu ręki.
    Naszła mnie też myśl, że ostatni akapit Twojej wypowiedzi, o gwałtownych emocjach czytelnika i wcześniej o serwowaniu sztampowych, stereotypowych cech bohaterów, niektóre polskie ałtorki mogłyby potraktować jako poparcie dla ich wypocin..;-)

    Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 10:05
      Permalink

      Może przebiegnij się do biblioteki?
      Ręka uschnie tej autorce, która zechce się porównywać do Dumasa; na szczęście one nie piszą powieści przygodowych, tylko pseudoobyczajowe:P

      Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 10:01
    Permalink

    Czeka cały czas na półce, dobrze, że jednak tegoroczne lektury z domowej biblioteczki zdecydowałam się wybierać bardziej spontanicznie w trakcie roku, a nie tak jak w zeszłym roku zdecydować o tym co będę czytać przez cały rok już 2 stycznia ;) Hrabia Monte Christo dostał właśnie parę punktów, dzięki czemu może ten rok będzie dla niego szczęśliwy ;)

    Chciałam sprawdzić czy mam to samo tłumaczenie co ty i okazało się, że moje wydanie „Zielonej Sowy” przetłumaczyło się samo! Bo żadnego nazwiska tłumacza nie ma w środku.

    Co do sztampowych cech bohaterów, to można wybaczyć jeśli całość przedstawia sobą jakąś większą wartość (albo jest porywająca akcja, albo jakieś głębsze przesłanie, albo cokolwiek), ze staroci, które się brzydko zestarzały to moim zdaniem „Małe kobietki”. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ludzie cały czas tę ramotkę czytają.

    Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 10:11
      Permalink

      Zieloną Sowę radziłbym omijać z daleka, pewnie podrasowali lekko jakieś anonimowe tłumaczenie z XIX wieku, typowe dla nich.
      Małe kobietki czytałem, chociaż momentami ckliwe ponad normę, dla dwóch postaci, Jo i Beth. I dużo gorszy jest drugi tom :) Książka weszła dawno temu do klasyki i tak sobie w niej pokutuje.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 11:17
      Permalink

      No właśnie, jak teraz zobaczyłam, że nie ma nazwiska tłumacza, to zaczęło mi się wszystko układać. Pewnie wzięli jakieś tłumaczenie, które nie jest już objęte prawami autorskimi i trochę pozmieniali… jest jeszcze druga opcja, że mam tę wersję Hrabiego Monte Christo, którą Dumas napisał po polsku.
      Chyba więc poszukam sobie w antykwariatach innego wydania (czy swoje polecasz?), a Sowa pójdzie na wymianę w wymienialni książek w Kordegardzie.

      „Małe kobietki” ckliwe, ale to akurat mi aż tak bardzo nie przeszkadzało, bardziej mi przeszkadzał moralizatorski wydźwięk powieści, który dawał po twarzy z każdej strony. No i te wiarygodne postaci, eteryczne damy, czekające na swoich dzielnych wojaków, jak na obrazach Grottgera. Koszmar. Na szczęście miałam tylko pierwszą część, którą po przeczytaniu złożyłam w darze osiedlowej bibliotece.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 11:32
      Permalink

      Tłumaczenie Rogozińskiego polecam jak najbardziej, to konkretne wydanie zaś niekoniecznie, rozsypało mi się w rękach i sklejałem w trybie pilnym, żeby móc czytać dalej. Najfajniejsze jest takie z lat 50. z rysunkami Uniechowskiego, ale to majątek kosztuje.
      Eteryczne damy czekające na wojaków to nadal jest standard w pewnych gatunkach literatury :) Widać jest zapotrzebowanie społeczne.

      Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 10:14
    Permalink

    To samo miałem z „Nędznikami” powtarzanymi jakiś czas temu, przy czym akcja wciągnęła mnie do tego stopnia, że tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywałem się od przekartkowywania historycznych wstawek i rzeczonych rozmyślań :)

    Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 10:23
      Permalink

      A wiesz, że miałem napisać, że Nędznicy i Monte Christo mają ze sobą wiele wspólnego, ale uznałem, że klawiatura by mi uschła od takiej herezji? Ale jednak sposób konstruowania fabuły jest bardzo podobny, tyle że Hugo poszedł w opisy, które są genialne. Szkoda tylko, że Nędznicy siadają na koniec.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 11:27
      Permalink

      Też mi się skojarzyło z Hugo, ostatnio czytałam „Człowieka śmiechu” i też cała akcja, która jest dosyć wciągająca rozwija się powoli, przez dwa tomy, bo w najbardziej ekscytujących momentach zostaje przerwana długim opisem historycznym. Jak widać retardacja była bardzo popularnym zabiegiem wtedy. Hugo robił to znakomicie (chociaż zgadzam się, że „Nędznicy” na koniec siadają). Teraz pewnie nikt by takiej powieści w ogóle nie wydał.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 11:34
      Permalink

      O proszę, znaczy herezja wcale nie taka heretycka. Zgadzam się, że Nędzników by teraz nikt nie wydał, zresztą, o ile wiem, nikt ich nie wznawia. „Człowiek śmiechu” w planach, bo już tylko on mi został z głównych powieści Hugo.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 12:57
      Permalink

      Nędzników Prószyński raz na jakiś czas wydaje, ja czytałam takie całkiem nowe wydanie filmowe (strasznie nie lubię wydań filmowych) z Gerardem Depardieu na okładce, rok wydania 2000 coś. Ale to oczywiście nie znaczy pewnie, że ktoś nowe tłumaczenie dał ;)
      A „Człowiek śmiechu” to nie wiem, kiedy ostatni raz był wydawany, ja mam wydanie z roku, w którym urodziła się moja mama, i powiem tylko, że moja mama trzyma się o wiele lepiej od tej książki (w trakcie czytania odpadły okładki w obu tomach, a niektóre strony były dziurawe). Ta książka pewnie nie ma szans na wznowienie…
      W każdym razie bardzo polecam. Nie wiem na ile tłumaczenie Szumańskiej – Grossowej jest wierne, ale jest na pewno bardzo piękne.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 13:06
      Permalink

      Tłumaczenie jest jedno, bardzo dobre, Krystyny Byczewskiej.
      Człowieka śmiechu mam z 1992 roku, bardzo porządna radziecka poligrafia, bo drukowane w Iwano-Frankowsku. A czytałaś Pracowników morza? Ogólnie nudnawe, ale są mocne momenty.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 18:29
      Permalink

      Czytałam tylko „Nędzników”, „Katedrę Najświętszej Marii Panny w Paryżu” i „Człowieka śmiechu”. Następną książką Hugo będzie więc „Pracownicy morza”, szczególnie, że lubię jak jest o morzu, a z opisu,który sobie właśnie przeczytałam, widzę, że to nie tylko taki tytuł, ale rzeczywiście będzie o morzu ;)
      Jeszcze mnie „Han z Islandii” mocno kusi.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 19:30
      Permalink

      Pracownicy w całości są nierówni, można się pokusić o skrót, czy raczej fragment, pt. Wyprawa Gilliatta, trochę horrorowaty wręcz:) Han z Islandii to słabizna, moim zdaniem.

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 21:40
      Permalink

      Spore fragmenty Pracowników morza czytało mi się z trudnością i nie poleciłabym tej książki osobie, która nie zna i nie lubi twórczości Hugo, ale jeśli ktoś już przeczytał kilka książek i zalicza się do fanów autora to myślę, że nie będzie żałował lektury. Dla mnie najpiękniejszy rozdział to Sub umbra. A Han z Islandii też u mnie czeka na swoją kolej; szkoda, że słabizna zdaniem ZWL

      Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 21:42
      Permalink

      No i zapomniałam dodać że Hrabiego czytałam z nie mniejszą radością, jak Ty.

      Odpowiedz
    • 2 lutego 2014 o 13:27
      Permalink

      Hugo jak pisał „Hana” mial 15 lat :). Ta wydana wersja niby poprawiona, ale jednak na bazie pisaniny piętnastolatka, który zdaje się wygrał nią jakiś kolezenski konkurs typu: „Kto napisze książkę w miesiąc” :).

      „Pracownicy morza” to moim zdaniem cudo, wydawali mi się… zaskakujaco dwudziestowieczni, ale ja jestem nieobiektywna jako psychofanka Hugo :).

      Odpowiedz
    • 2 lutego 2014 o 13:38
      Permalink

      A to nie Bug Jargala napisał nastolatkiem? Swoją drogą, też dość koszmarny utwór.
      Z Pracowników morza pamiętam wyprawę Gilliatta do wraku i tego potwora morskiego, co to zabił cały realizm tego wątku. Poza tym kołaczą mi się jakieś przydługawe wywody filozoficzne.

      Odpowiedz
    • 3 lutego 2014 o 17:46
      Permalink

      Słuszna słuszność, „Hana” napisał jako wprawkę mając dwadzieścia wiosen. „Bug Jargala” jako nazbyt porażający koszmar wyparłam ;D, może stad pomyłka.
      No osmiornica… no, dobrze, może ciut mało wiarygodna ;). Ale jak te wewnętrzne rozterki Gillata opisane były prawdziwie! Nawet zwierzatko morskie z tego powodu wybaczyłam…

      Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 11:18
    Permalink

    A czy na takiej samej zasadzie nie porywa powszechnie uznany za szmirę Sienkiewicz? Teraz mi przyszło do głowy, że to jakby taki polski Dumas :-) (a może to nie taka odkrywcza myśl;) a pisząca te słowa bardzo lubi i jednego, i drugiego, chociaż po Sienkiewicza nie sięgała już dawno;))

    A tak na marginesie, co do skrzeczenia rzeczywistości, to dla mnie strasznym zaskoczeniem było odkrycie w tekście, z którego ten zwrot pochodzi, że tak naprawdę skrzeczy „pospolitość”, a nie „rzeczywistość” – ale czy „rzeczywistość” nie brzmi lepiej? Może dlatego ta przekręcona wersja jest taka powszechna?:)

    Odpowiedz
    • 1 lutego 2014 o 11:39
      Permalink

      Ja tam Sienkiewicza lubię i co z tego, że też jest stereotypowy, niech sobie będzie. Jakby z niego nie zrobili wieszcza narodowego, to marudzenie na szmirowatość byłoby mniejsze:)
      Mnóstwo cytatów krąży w przerobionych wersjach. Zastanawiam się, czy Wyspiański nie używał „pospolitości” w sensie „rzeczywistości”. Nie wiem, czy to brzmi lepiej, ale na pewno bardziej zrozumiale:)

      Odpowiedz
  • 1 lutego 2014 o 13:29
    Permalink

    Powtórzę za Królową Matką: UWIELBIAM! Tez mam wydanie z Iskier, chyba 1989, takie czarne z białymi prostokątami z portretami Edmunda. Pamiętam emocje, gdy udało mi się je kupić w antykwariacie!
    Wole hrabiego od muszkieterów, ale w młodości miałam odwrotnie :) Pamiętam radziecką ekranizację Muszkieterów, choć chyba pamiętam to ciut za dużo powiedziane. Zaśpiewać mogę jedno zdanie… Czy to można gdzieś jeszcze obejrzeć???
    Psy też pamiętam ;)

    Odpowiedz
  • 2 lutego 2014 o 23:08
    Permalink

    Niestety nie wiem, gdzie byłam, gdy czytelników przyklejano do Hrabiego Monte Christo, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że kilkanaście razy przeczytałam „Trzech muszkieterów”. I wersję rosyjską także oglądałam, a jakże!:)
    Po Twoim poście jak nic powinnam czym prędzej pogalopować do własnej półki, gdzie od szeregu lat kurzy się rzeczony hrabia, niestety nie w tak stylowym wydaniu. Gdy ostatnio go widziałam, kłuł w oczy różowością grzbietu, co – obawiam się – może znacznie spowolnić galop, zwłaszcza na ostatnich metrach:(

    Odpowiedz
    • 3 lutego 2014 o 06:47
      Permalink

      Jaki to byłby piękny tytuł notki: „Różowy grzbiet hrabiego Monte Christo”, cóż za głębia znaczeń :D
      Wersja rosyjska Muszkieterów była chyba uprzywilejowana w naszej telewizji w minionym okresie, musiałem ją oglądać parę razy.

      Odpowiedz
  • 4 lutego 2014 o 09:35
    Permalink

    Uwielbiam, uwielbiam. Czytałam dziesięć lat temu co najmniej, ale scena ucieczki z twierdzy If do dziś jest żywa w mojej pamięci.

    Odpowiedz
  • 4 lutego 2014 o 20:08
    Permalink

    Nigdy nie dociągnąłem do końca, za to „Trzej muszkieterowie” rządzą! :-)

    Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 20:21
      Permalink

      To wszystko dlatego, że dopiero na studiach na niego trafiłem (ale co się odwlecze to nie uciecze) a na „Trzech muszkieterów” to już „od maleńkości” :-)

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:00
      Permalink

      U mnie „Trzej muszkieterowie” to jeszcze z dziada, pradziada bo wydane w Bibliotece Najcelniejszych Utworów Literatury Europejskiej Lewentala, choć oczywiście to było i jest przechowywane jak relikwia :-) a do czytania służyło wydanie w serii „Klasyka Młodych” Iskier.

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:06
      Permalink

      Akurat żadna w tym moja zasługa, może oprócz tego że zaniosłem do porządnego introligatora.
      Choruję na wydanie z ilustracjami Skarżyńskiego ale komplet z obwolutami w dobrym stanie ma zaporową cenę, tak że na razie tylko choruję :-)

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:11
      Permalink

      Przepraszam, że się wtrącę, ale jestem szczęśliwą posiadaczką właśnie wydania z ilustracjami Skarżyńskiego, Iskry 1955. Śmiem wysnuć w tym miejscu dwa przypuszczenia: po pierwsze: gdyby nie Skarżyński, nie zafascynowałabym się „Trzema muszkieterami” już jako dziecko i nie czytałabym ich po wielekroć (mam też w tym wydaniu Dwadzieścia lat później i Wicehrabiego de Barcelogne); po drugie: gdyby nie Skarżyński, mój egzemplarz byłby teraz w lepszym stanie, niestety jest strasznie zaczytany:( Ale i tak go kocham!

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:14
      Permalink

      Ech, a ja biedniutki jestem pozbawiony rodzinnej biblioteki wypełnionej białymi krukami, musiałem w pocie czoła sam wszystko gromadzić :(

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:17
      Permalink

      Chodzi mi właśnie o Iskrowskie wydanie Momarty z 1955 r. a dwie pozostałe części z ’57 i ’59. Niby to masowe wydania ale przeważnie tak zaczytane, że znalezienie egzemplarza w bardzo dobrym stanie graniczy z cudem – takie są skutki, gdy książka jest dobra :-)

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:21
      Permalink

      No właśnie tęsknym wzrokiem omiotłem allegro. W 20 lat jeszcze można dostać w miarę tanio, ale elegancki Wicehrabia to majątek wart!

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:28
      Permalink

      Jeśli to są masowe wydania, to ja bardzo, bardzo poproszę o taką masowość dzisiaj!
      I jak to dobrze czasem pozaglądać na cudze blogi: właśnie się dowiedziałam, że w razie jakby głód zajrzał w oczy, będzie co spieniężać. Mój Wicehrabia w bardzo dobrym stanie!:P (i muszę koniecznie zajrzeć do biblioteczki drugiej babci, bo mam wrażenie, że stoi u niej jeszcze coś innego, tak samo wydanego. Choć niewykluczone też, że będzie to dublet).

      Odpowiedz
    • 4 lutego 2014 o 21:31
      Permalink

      Faktycznie głód Ci nie grozi, za równowartość Wicehrabiego z obwolutą spokojnie jedne zakupy w dyskoncie można zrobić, nawet z piwem :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: