Szperanie na antresoli (Agnieszka Osiecka, „Szpetni czterdziestoletni”)

 

Miałem tylko sprawdzić jeden cytat do celów służbowych, ale gdy kartkowałem „Szpetnych czterdziestoletnich” w jego poszukiwaniu, wzrok co chwilę padał mi a to na wierszyk o wrednym Muminku („Raz pewien Muminek spod Sopot – z gotówką gdzieś przepadł za mgłą. Dziś każdy kto znał go, ma kłopot – bo Muminki-skurwysynki straszne są”), a to na opis niemalże kastowej struktury bywalców warszawskiego basenu Legii. Potrzebny cytat znalazł się na samym początku książki (a poszukiwania zacząłem od końca, rzecz jasna), więc właściwie uznałem, że mogę przystąpić do powtórkowego podczytywania tego – jak nazwała go sama autorka – „małego słowniczka odwilży”.

Bukiety wtenczas jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Ojczyźnie naszej, krytej słomą,
nigdy nie dosyć Październików.

Kilkadziesiąt alfabetycznie ułożonych haseł: od „Aby artystą zostać” do „Żałobnicy i żartownisie” to bardzo osobisty i tym samym szalenie subiektywny zbiór wspomnień z lat pięćdziesiątych, „zapiski z pamięci, rezultat szperania na antresoli”: przewijają się tu ludzie, rzeczy, slogany i pojęcia, anegdota sąsiaduje z melancholijną refleksją, wiersz z opisem wizyty u Dygatów. Obok klasyfikacji prywatek (cielęce, mysie, lisie i tygrysie) – portret Tyrmanda, obok elementów stroju – zapis wrażeń z wysłuchiwanego po raz pierwszy tajnego referatu Chruszczowa. Epoka w historii i historie o epoce. Mieszanina spraw wielkich i błahych, takich, którymi żył świat, i takich, którymi żyła tylko Osiecka i jej koledzy.
Chłopa zbudzili, by brał ziemię,
kołchozowego zmietli stracha,
i nowe nam wschodziło plemię
od Toeplitza do Himilsbacha.
Ale nie tylko odbycie podróży sentymentalnej było celem autorki. Próbowała też po latach spojrzeć na siebie i swoje pokolenie, by zrozumieć własną zmianę: przejście od pokolenia pieczonego „w przeraźliwym tyglu przeciętności”, uczestniczącego w zbiorowych rytuałach narzucanych przez władze (wykopki, akcja zwalczania analfabetyzmu, kursokonferencje, wieczornice) i – czego się nie wypiera – o lewicowych przekonaniach, do ludzi, którzy zachłysnęli się nagle odzyskanymi barwami świata i zwiększoną (co prawda na krótko) dawką swobody.

Ja – wychowana bez historii,
pomiędzy Marksem a matczyskiem,
ja nie wiedziałam, co tak boli,
gdy agitator idzie rżyskiem…
I nagle patrzcie – parlamenty,
O demokracji dyskusyje…

Ta przemiana (nie tylko zresztą ta) samej Osieckiej wydaje się niepokojąca i niezbyt jasna:
W roku pięćdziesiątym piątym i szóstym wielu ludzi zapragnęło zmienić skórę. Inni, czyści lub półczyści, umieścili się na balkonach i robili im „zyg, zyg, marchewka”. […]
My – zmienialiśmy się w dobrej wierze, dla jasnej przyszłości własnej i narodu. Inni – zmieniali się dla hecy albo dla kariery.
Nic tu nie można stwierdzić na pewno:

…Prześledzić Zmianę, a tym bardziej opisać ją i objaśnić in statu nascendi, tak u siebie, jak i u kogoś, jest potwornie, niewyobrażalnie trudno. […] Czy my, w wędrówce swojej, popychani przez wiatry i prądy, przywdziewamy wciąż nowe twarze, których przedtem nie było, czy też my […] już dawno te nowe twarze dźwigaliśmy, tylko prądy i wichry nie pozwalały nam ich odkryć? […] Czy dogrzebujemy się siebie, zrzucamy kolejne skorupy, czy też przeciwnie – rozrastamy się dookoła, przywdziewamy wciąż nowe skóry?

Bo pytanie kluczowe brzmi: „czy Zmiana, w ogóle, istnieje?? Czy coś, co w pewnej skali jest Zmianą, w innej skali w ogóle istnieje?” Niektórzy pewnie zechcą szukać odpowiedzi samodzielnie, inni będą woleli nie wgłębiać się w ten problem, tylko po prostu korzystać z nowych możliwości otwieranych przez „wiatry i prądy”.
„Szpetni czterdziestoletni” to rzecz pełna zmiennych nastrojów i stylów: dobrze opowiedziana anegdota sąsiaduje tu z poetycką refleksją, spiętrzone metafory obok nader trzeźwych uwag o przemianach języka i obyczaju. Można książkę kartkować, zatrzymując wzrok tu i ówdzie, albo czytać od a do zet, można śledzić tropy obyczajowe, literackie, towarzyskie, śmiać się lub irytować, albo i ziewnąć, jeśli stężenie poezji zrobi się za wysokie, nie da się jednak zaprzeczyć, że nawet przefiltrowane przez czas i owiane mgiełką sentymentu wspomnienia Osieckiej to jedna z najciekawszych, moim zdaniem, obok dziennika Tyrmanda, opowieści o latach pięćdziesiątych.

Bukiety wtenczas, jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Jeszcze mi dzisiaj w oczach słono,
kiedy się nagle budzę – w krzyku.

Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, ilustr. Jan Młodożeniec, Iskry 1987. 
(Visited 322 times, 9 visits today)

59 thoughts on “Szperanie na antresoli (Agnieszka Osiecka, „Szpetni czterdziestoletni”)

  1. Jakoś nigdy za nią nie przepadałem, ani za jej tekstami choć w przedszkolu maszerując w kółko na rytmice owszem śpiewałem „My czterej pancerni …” :-). Wydaje mi się, że była produktem i jednocześnie członkiem establishmentu, parę lat temu na dodatek dosyć natrętnie promowanym i to natręctwo jakoś ostatecznie mnie zniechęciło.

    • Fakt, żadna z niej opozycjonistka. Na szczęście Szpetnych przeczytałem po raz pierwszy, zanim Osiecka zaczęła wyskakiwać z każdej lodówki i być lansowana jako wieszczka narodowa. Też mam wrażenie, że to przyniosło więcej szkody niż pożytku. Szczęściem od jakiego czasu zrobiło się ciszej, więc książkę mogłem sobie powtórzyć z przyjemnością.

    • Szpetnych mógłbyś zaryzykować, przekartkowując wzloty poetycko-metafizyczne. W gruncie rzeczy sporo tu „mięcha” i nieco ciekawych myśli, u mnie takie dość solidne cztery z plusem, gdybym się bawił w oceny.

    • Aaa … bo po Twojej rezerwie co do przemian Osieckiej Twoje uwagi dotyczące jej śledzenia Zmian odebrałem jako pisane przez Ciebie z co najmniej lekkim przekąsem :-) ale widzę, że to u mnie jakieś skrzywienie, bo ostatni wpis Nieperfekcyjnej też potraktowałem jako sarkazm a okazało się, że Ona tak na serio :-)

    • W dziennikach Brandysa albo w biografii Mikołajskiej przeczytałem, jak to władza w latach 70. się cieszyła, że Osiecka wyszła za Passenta, co ją skutecznie odetnie od brużdżenia władzy ludowej. I tak ten jej refleksje o zmianie nakładały się na tę wzmiankę. W gruncie rzeczy miała rację z tą nieuchwytnością Zmiany, trochę mi to jednak zalatywało próbą samousprawiedliwienia, że nie przejrzała na oczy całkowicie, że nie zerwała z wygodnymi życiem, żeby zwalczać to, co kiedyś popierała. Irytowały mnie kiedyś stwierdzenia, że skoro przemycała jakąś wywrotowość w piosenkach, to już nie mogła podpisywać petycji. No ale tu nie o wybory życiowe Osieckiej chodzi, tylko o książkę, a ta jest OK. Ponoć wznowienie niedawne przywróciło kawałki usunięte przez cenzurę i aż ciekaw jestem, co jej tam wycinali.
      I widzę, że zaczynasz jak publiczność kabaretowa w PRL dopatrywać się drugiego dna we wszystkim :D

    • To tylko z ostrożności procesowej :-) No może zęby zacisnę i się skuszę ale raczej nie szybko bo teraz licho mnie podkusiło na książkę Grażyny Szapołowskiej tak, że mam dosyć do przesytu przemyśleń artystów :-)

    • Szapołowskiej? No popatrz, a jakiś czas temu wydawałeś okrzyki potępienia, gdy czytałem autobiografię Mazurówny :) Jest sprawiedliwość na tym świecie, bo ja się chociaż setnie ubawiłem, a Ty niekoniecznie :P

    • Sprawiedliwość?! Jaka sprawiedliwość? Ona byłaby wówczas gdybym ja się teraz setnie ubawił – ale bez szans, ubawić co najwyżej może się wydawca i Grażyna Szapołowska na myśl, że ktoś wydaje pieniądze na coś takiego :-)

  2. Ja słabo znam osobę i twórczość, właściwie Osiecka to dla mnie autorka tekstów śpiewanych. Zbyt duża ilość poezji, jak piszesz wywołuje u mnie ziewanie, ale poezja śpiewana zaczyna przemawiać. Może stąd mój udział w ostatnim Festiwalu piosenek Agnieszki (oczywiście w charakterze widza).

    • Do piosenek z jej tekstami mam ambiwalentny stosunek, kilka zniosę bez bólu, w większej masie robią się niestrawne; mam wrażenie, że obok fragmentów świetnych pisywała też jakieś słabizny. Proza Osieckiej nie przemawiała do mnie w ogóle, poza tą jedną książką.

  3. Strasznie dawno temu to czytałam, na jakiś zalanych deszczem polskich wakacjach. Teraz ciekawi mnie jak autentyczne dzienniki Osieckiej wypadną, choć tom drugi, doroślejszy, jeszcze nie widnieje na horyzoncie,

    • Spory fragment tomu pierwszego, jaki przeczytałem, dość skutecznie zniechęcił mnie do czytania całości; wystarczy, że zmęczyłem dzienniki młodocianej Nałkowskiej :) Coś słyszałem, że dzienniki Osieckiej mają dawkować co roku po jednym.

  4. Nałkowskiej się nawet nie czepiam, nigdy za nia nie przepadałam. Do pierwszego tomu dzienników Osieckiej jeszcze nie wystartowałam, więc martwi mnie trochę Twoja opinia.

    • Też mam alergię na egzaltowane nastolatki, chyba dlatego, że sama kiedyś była egzaltowaną nastolatką. Uwaga! żenujące wyznanie: robiłam niezwykle artystyczne zdjęcia torów i przyczepiałam je do ściany z podpisem „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie / Ode mnie widać niebo przekrzywione”. Tak, matką chrzestną mojej egzaltacji była właśnie Osiecka. Potem, kiedy już podrosłam na tyle, żeby zacząć się tego wstydzić, znienawidziłam na czas jakiś panią Agnieszkę. Teraz czuję, że już to przepracowałam, rozumiem, że tak po prostu musiało być i mogę do Osieckiej spokojnie wrócić ;) „Szpetni czterdziestoletni” to chyba będzie dobry wybór.

    • Oo, pamiętam, że moje licealne koleżanki, nie wszystkie, ale w części, jarały się tą piosenką, a już szczególnie wykonaniem Jandy. Widać to taki etap, ale chyba przechodzi :) Myślę, że spokojnie możesz Szpetnych poczytać.

  5. Heh alergii mieć na to nie mogę, bo oznaczałoby to wysypkę na własna przeszłość.Może potraktuję to jako studium porównawcze podlotkowego wyegzaltowania ;).

  6. Przyłączam się do grona niezbyt zachwyconych panią AO. Lansowanie jej osoby odbiło mi się potężną czkawką. Jedno muszę jednak przyznać: cokolwiek napisała, sprawiało wrażenie lekkości i naturalności. To widać zresztą po przytoczonych powyżej cytatach.

  7. Zawsze lubiłam Jej twórczość. Dziś, z okazji rocznicy u mnie na tapecie „Dzienniki”. Jestem w szoku, że będąc dzieckiem potrafiła TAK pisać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *