Wszeteczeństwa i macki (Marcin Mortka, „Morza Wszeteczne”)

Zaczyna się z takim przytupem, jaki rozlega się tylko wtedy, gdy pirat łomocze drewnianą nogą o pokład. I z gwizdem. Gwizdem pocisków padających na Necroville, podupadające miasto, gdzie z upodobaniem zabawiają się korsarze z Mórz Wszetecznych. Kapitan Roland Wywijas i jego wierna załoga, oderwani od portowych rozrywek, szybko namierzają agresora i ruszają do walki. Zastosowawszy nader oryginalne środki bojowe, pokonują agresorów i zagarniają nowy statek w miejsce swojej starej łajby. Zdobyczna jednostka budzi niepokój, tu i ówdzie spod farby przebija jakiś pentagram, a z różnych miejsc zaś dobiegają dziwne ryki.
Byle ryczący demon nie jest w stanie wystraszyć piratów, którzy sami w sobie są dość straszni jako mutanci, wyrzuceni poza nawias społeczeństwa i obdarzeni rozmaitymi nadprogramowymi narządami lub zdolnościami – kapitan Roland, na przykład, nader sprawnie posługuje się wyrastającymi z pleców mackami, dzięki którym zdołał udaremnić niejeden bunt na pokładzie. Wokół Rolanda i jego załogi zaczyna się jednak dziać zbyt dużo zastanawiających rzeczy, by przejść nad nimi do porządku dziennego. Kapitan zaczyna drążyć, a to, czego się dowiaduje, wcale mu się nie podoba…
„Wyspa skarbów”, „Złoto z Porto Bello” czy „Kapitan Blood” to pirackie powieści, które wspominam z przyjemnością. Miałem nadzieję, że Marcin Mortka napisał podobną historię i ponownie przeniosę się na pokład żaglowca, między załogę, w której na bank będzie jeden jednooki, jeden z drewnianą nogą i obowiązkowa papuga, a podchmieleni rumem marynarze wyśpiewywać będą fałszywie „Johoho i butelka rumu”. Abordaże, statki ze skarbami, piękne branki… Ech. Nie powiem, autor bardzo udanie nawiązał do klimatu pirackich klasyków: nie żałuje czytelnikowi egzotycznych żeglarskich terminów i nieco mniej egzotycznych dosadnych przekleństw. Nie żałuje także rubasznego humoru budzącego zdrowy rechocik, i efektownych scen walki. Nadprzyrodzone elementy: mutacje, szamańska magia, a nawet demony obsługujące statek są atrakcyjnym urozmaiceniem pirackiego sztafażu. Niestety, gdzieś tak w połowie książki powoli zacząłem tracić nadzieję, że Marcin Mortka podąży za tak pożądanymi przeze mnie klimatami awanturniczymi. Wyobraźnia skierowała go bowiem w teoretycznie również atrakcyjnym kierunku ogólnoświatowej apokalipsy wywołanej starciem rywalizujących od wieków Demonów i Aniołów. Też pięknie, ale w miarę lektury coraz silniejsze stawało się wrażenie, że wątek piracki i paranormalny sklejane są nieco na siłę, a finał w ogóle mnie nie przekonał: za dużo gadania, za mało akcji.
Krótko mówiąc: mnóstwo udanych pomysłów, spory potencjał i barwny styl; ciekawa piracka banda i wiele świetnych epizodów, ale i niezbyt spójna koncepcja całości. Z zapowiedzi na okładce wynika jednak, że Marcin Mortka nie porzuca Mórz Wszetecznych i spotkamy jeszcze Rolanda, Baobaba, Julię i Berbelucha. Liczę, że następnym razem dostanę solidną porcję piratowania: wszeteczeństw, łupienia i żeglarskich manewrów z rubasznymi powiedzonkami. Materiał jest tej klasy, że obejdzie się bez udziwniania na siłę.
Marcin Mortka, Morza Wszeteczne, Uroboros 2013. 
(Visited 125 times, 1 visits today)

28 thoughts on “Wszeteczeństwa i macki (Marcin Mortka, „Morza Wszeteczne”)

    • Ja bym mógł dołożyć transformersa :P A na odtrutkę po, jak piszesz, fatalnej końcówce „Mórz …”, proponuję powtórkę z Rabarbara. Masz grochowiny do fajki i grochówkę do talerza?

    • Polecam też uwadze TO. Już na okładce jest gość bez nogi :P
      PS. Arbuz by uszedł, ale z pomidorową bym nie startował, no, chyba że nakroisz wędzonki :D

    • Wydanie śliczne, ale gdzieś ostatnio czytałem, że Polkowski zwalił tłumaczenie Księgi dżungli, więc nie wiem, czy zaryzykuję Stevensona :P Prędzej kupię jakieś stare wydanie.
      Pomidorowa z wędzonką to jest rewolucyjny pomysł do wypróbowania :D

    • Mam, czytałem co prawda dawno, ale nic mi tam nie zgrzytało. Rikki-Tikki-Tavi zaczarował wówczas chłopaków, bo powtarzałem ze trzy razy. Hmm, no ale ja nie siła fachowa, a i innych translacji nie pamiętam :(

    • Czy ja wiem czy majątek? W obliczu tego, że mini książeczka do nauki czytania kosztuje na arosie dychę, to te 35 zeta za „Księgę …” nie wydaje mi się ceną wygórowaną. I abstrahując od tłumaczenia, wydanie jest naprawdę świetne. A zauważ, że ja ilustracją Wilkonia raczej się nie zachwycam :)

    • No to mów, że masz inne plany zakupowe, a nie że drogo. Zresztą tak przeliczając, to ja za parę groszy więcej kupiłem trzy tomy Runcimana. Jaki nowy PT?

    • Ja się chyba skuszę na tę „Wyspę skarbów”, bo wprawdzie Polkowski mnie odstrasza (jego tłumaczenie „Władcy pierścieni” zabija według mnie połowę atrakcyjności tej książki) za to ilustracje! Gdyby Innocenti nie zilustrował „Pinokia”, w życiu nie dalibyśmy rady go przeczytać, a tak weszło niemal bezboleśnie!
      A stare (bardzo) wydanie „Wyspy skarbów” posiadam w domu. Tłumaczenie (nie pamiętam teraz czyje) także jednak nie budzi mojego entuzjazmu.

  1. Kolega tu nie prawi o chęci do przeczytania awanturniczej historii, bo ta syrenka kolegę zdradza! Pirackiego romansu Ci się chce, ot co!:P
    A tak serio, ja coś nie mogę się za Mortkę chwycić. Robiłam nawet parę przymiarek do Tappiego, ale ciągle coś stawało na drodze:(

  2. Pingback: Wyspy Plugawe, czyli na pohybel Piekłu ! | Tramwaj nr 4 książki i…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *