Łurzowy Kłulik zwiastujący Zagładę, czyli o spotkaniu z Martą Kisiel


Takie plakaty jak ten poniżej zapraszały warszawiaków w sobotnie popołudnie na spotkanie z Martą Kisiel, ałtorką (pisownia oficjalna!) „Dożywocia”, które ma już status prawdziwego białego kruka, i wydanego w lutym „Nomen omen” (recenzja, miejmy nadzieję, już wkrótce).
 

Ałtorka paczy znacząco.

Pracownicy księgarni „Matrasa” jasno dali do zrozumienia, jaki tytuł powinien być absolutnym hitem list sprzedaży i zajmować w Top 10 wszystkie piętnaście miejsc. Pod tym wyrazem uznania Ałtorka, na pozór nieporuszona gromadzącym się tłumkiem czytelników, omawiała tajemnicze sprawy.


Wreszcie jednak frekwencja okazała się zadowalająca, co Marta sprawdziła kątem oka:

I się zaczęło. Ałtorkę przepytywał Michał Czajkowski z bloga FUNtastyka:

Potoczyło się wartko, a zebrani reagowali spontanicznie, wznosząc okrzyki, rzucając komentarze i wybuchając śmiechem. Marta została odpytana na okoliczność:
a) odkrycia fabuły w swojej drugiej książce;
b) chęci napisania kiedyś naprawdę poważnej powieści;
c) namiętności do Warcrafta (wina męża) i gier planszowych (też wina męża);
d) czytania dziecku i pisania dla dzieci (czekamy na bajkę o złym czarodzieju Stefanie i żabie z temperówką!);
e) pornografii z elementami paranormalnymi (tak, tak, istnieje cały taki dział „literatury”, przy którym ponoć słynne „50 twarzy Greya” jest kawałem dobrej powieści);
f) planów literackich, które mnożą się jak Łurzowe Kłuliki, a ich realizacja zajmie Ałtorce najbliższe kilkanaście lat (w wersji optymistycznej). W każdym razie wielbiciele „Dożywocia” dostali potwierdzenie, że kontynuacja będzie;
g) miłości do romantyzmu – tu Marta jako prawdziwa miłośniczka epoki popłynęła, a słuchacze wraz z nią (ręka do góry, kto nabrał ochoty, żeby poczytać Słowackiego czy Mickiewicza pod kątem klimatów wampiryczno-horrorycznych).
Poza tym było o wybuchach natchnienia dopadających Ałtorkę przy bliskim kontakcie z wodą i o sposobach utrwalania pomysłów w środowisku wilgotnym oraz o praniu ręcznym jako niezawodnym źródle inspiracji. Konkurs na najciekawsze pytanie z sali wygrało pytanie o to, dlaczego papuga z „Nomen omen” nazywa się Roy Keane. Przy tej okazji Marta przyznała się do oglądania meczy piłkarskich i sympatii do Manchesteru United. Zdradziła też kulisy powstania swoich pierwszych opowiadań oraz postaci Łurzowego Kłulika zwiastującego Zagładę.
 

Wierne fanki w pierwszym rzędzie.

Wreszcie nadejszła wiekopomna chwila i Ałtorka zaczęła wypisywać dedykacje w swoich książkach, a ogon po autograf wił się długi, cętkowany, kręty i rozgadany. Na sali zauważono: Agnieszkę z „Książkowa”, Kasię z „Mojej pasieki” oraz Inwentaryzację Krotochwil. Ktoś jeszcze ujawni się w komentarzach?
 

Ałtorka, jak widać, dokonała zupełnie niepotrzebnej samokrytyki.

Po części oficjalnej, która przedłużyła się ogromnie, uniemożliwiając punktualne zamknięcie księgarni, część zebranych udała się na pogaduchy w ściślejszym gronie, by spiskować w celu przejęcia władzy nad światem. O terminie nadciągającej apokalipsy powiadomimy w osobnym komunikacie.

PS. Ruszyła oficjalna strona ałtorska: martakisiel.pl

(Visited 126 times, 1 visits today)

33 komentarzy do “Łurzowy Kłulik zwiastujący Zagładę, czyli o spotkaniu z Martą Kisiel

  • 13 kwietnia 2014 o 10:11
    Permalink

    Fenomenalna i bardzo wyjątkowa relacja! ;D Jako wierna fanka potwierdzam i nie zaprzeczam, że wydarzyło się powyższe, a ponadto i w szczegółach nawet lepiej! ;-) Teraz będę szczerzyć kolejną propagandę, co by ludzkość czytała Martę Kisiel ;-) Trzeba w końcu wspierać Matrasa w udowadnianiu co jest bestsellerem, a co nie.. ;)

    Odpowiedz
    • 13 kwietnia 2014 o 19:56
      Permalink

      No wiem! Poważnie przez jakąś godzinę rozważałam wyprawę do Warszawy. :)

      Odpowiedz
    • 13 kwietnia 2014 o 20:57
      Permalink

      Bardzo możliwe :) Gdyby tak Pendolino z Przemyśla do stolicy śmigało, eh…
      Ale wcale nie jestem pewna, czy przyznałabym się, że ja to ja ;)

      Odpowiedz
    • 13 kwietnia 2014 o 21:10
      Permalink

      Pod groźbą pogrzebacza to można się przyznać do bardzo wielu tożsamości, nie tylko swojej własnej :)

      Odpowiedz
  • 13 kwietnia 2014 o 10:43
    Permalink

    O żabie z temperówką to chyba i Ty byś napisał z palcem w nosie:).

    Odpowiedz
  • 13 kwietnia 2014 o 11:05
    Permalink

    Ależ Pani MK zmieniła imidż. Na dożywocie już się cieszę, mam tylko nadzieję że nie będzie to o rodzince człekodrzewek, za to chętnie przyjęłabym zmaterializowanie się Panicza ;)

    Odpowiedz
  • 13 kwietnia 2014 o 20:54
    Permalink

    No wlasnie, ja DOMAGAM się powrotu Panicza. Dobrze, ze altorka stronę ma, to ją mogla będę nawiedzic i się podomagac. Ale Wam zazdroszczę! A ja tu wsród zakapturzonych procesji bez krzty wyobrazni, o poczuciu humoru zapomnij…

    Odpowiedz
    • 13 kwietnia 2014 o 20:59
      Permalink

      No ja nie wiem, czy Ałtorka da radę zaspokoić rozpasane żądania wszystkich czytelników, ale pewnie będzie się usilnie starać. Skoro nie dane Ci było spotkanie z Martą, to chociaż postaraj się mieć odrobinę radości z tych ponurych procesji :P

      Odpowiedz
  • 14 kwietnia 2014 o 10:57
    Permalink

    Wciórności! Zazdrość mnie zżera. I piwo ponoć było. Ech! :(

    Odpowiedz
  • 14 kwietnia 2014 o 18:45
    Permalink

    No niestety, spóźniłam się o dzień… Dotarłam na warszawskie śmiecie dopiero nazajutrz, czyli the day after:-) Ale powieść czytalam i moje krytyczne oko zostało dopieszczone tym razem. Recenzja w pisaniu :-)

    Odpowiedz
    • 15 kwietnia 2014 o 08:36
      Permalink

      „Dożywocie” podobało mi się znacznie mniej niż „Nomen omen” – co nie znaczy, że w ogóle mi się nie podobało. Nie ma już tego, co mi zgrzytało w debiucie (np. niedopracowana konstrukcja i przesycenie śmiesznostkami – poczatkowo fajne, pod koniec już męczące), fabuła została fantastycznie rozpisana, jest narastające napięcie, a styl się wygładził i stonował. Dla mnie rewelacja :-)

      Odpowiedz
  • 15 kwietnia 2014 o 14:55
    Permalink

    Nie zdążyłam dotrzeć, a sama ciekawość blogerskiej braci była dużym wabikiem, bo książek i ałtorki nie miałam przyjemności, jednakowoż zabawiałam na wystawie w MNW, a kiedy z niej wyszłam pędziłam coś zjeść i do Teatru. Warszawa jest stanowczo nazbyt atrakcyjna kulturalnie – trzeba się rozrywać pomiędzy kilka równie ciekawych propozycji

    Odpowiedz
    • 15 kwietnia 2014 o 16:10
      Permalink

      Być tak blisko i się nie ujawnić, no ja nie mogę! Ale mam nadzieję, że bawiłaś się choć w połowie tak dobrze jak my :)

      Odpowiedz
  • Odbicie: „Migotliwa wiązka potencjalnych elementów” (Jan Zieliński, „Słowacki. Szatanioł”) – Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: