Pozornie oderwane obrazy (Janusz Domagalik, „Zielone kasztany”)

 

Powieści Janusza Domagalika nigdy do mnie szczególnie nie przemawiały – jeżeli były choć trochę podobne do „Zielonych kasztanów”, to wcale mnie to nie dziwi. Nie jest to bowiem ten typ opowieści, który lubiłbym jako kilkunastolatek. Sięgnąłem po nią teraz dzięki wpisowi Jeżanny, który sporo obiecywał – i muszę przyznać, że się nie zawiodłem.

Co można wiedzieć pewnego o tych pozornie oderwanych obrazach, myślach, które nie układając się nawet w pojedyncze słowa, zdania, wymykają się niepostrzeżenie, zawsze jednak chyba zostawiając ślad. I jeśli kiedyś złożą się w jakąś konstrukcję, czy potrafię wtedy odkryć, w jakiej postaci i w jakim momencie pierwszy raz się z nimi zetknąłem?

Takie rozważania snuje Marek, wspominając wydarzenia ostatnich miesięcy, próbując rozumieć, co działo się wokół niego i co działo się z nim samym. Czytelnik nie jest tylko obserwatorem nastoletnich rozterek, staje się ich uczestnikiem, gdy próbuje wraz z bohaterem poukładać w całość okruchy wydarzeń, migawki, retrospekcje, aluzje, napomknienia. Już wydaje się, że zrozumieliśmy, że złapaliśmy sens wydarzeń, gdy autor dorzuca nowy detal i każe nam zmieniać koncepcję. Obraz rekonstruujemy w ogólnych zarysach: konflikt Marka z kolegą z drużyny piłkarskiej, relacje rodzinne: z dziadkiem, siostrą, matką, znajomość z Kaśką. Świat Marka znienacka się komplikuje; chłopak musi podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje; jego decyzje wpływają też na los innych.
Gdyby Janusz Domagalik zdecydował się napisać historię kilkunastoletniego Marka od początku do końca, od wprowadzenia w rodzinno-szkolno-uczuciowe perturbacje przez detale tychże perturbacji do ich rozwiązania, dostalibyśmy pewnie niezłą, ale chyba niczym się niewyróżniającą powieść młodzieżową. Za pomocą jednego zabiegu konstrukcyjnego Domagalik sprawił jednak, że jego książka wyłamała się z tego schematu; zaciekawiała i intrygowała, skłaniała do snucia własnych hipotez, wypełniania luk w narracji poprzez odwoływanie do własnych doświadczeń – Marek stawał się przez to kimś bliskim. W pełni zgadzam się z Jeżanną, że to „świetne remedium na chwilowe kryzysy związane z upływem czasu dla pokolenia 30+ i starszego”, nie należy jednak przypuszczać, że „Zielone kasztany” mają wyłącznie wartość sentymentalną: realia (których zresztą nie ma wiele) trochę spłowiały, sama jednak istota książki – zmagania z coraz bardziej skomplikowanymi relacjami z najbliższymi i światem – pozostały aktualne.

Janusz Domagalik, Zielone kasztany, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1982.

(Visited 612 times, 27 visits today)

37 thoughts on “Pozornie oderwane obrazy (Janusz Domagalik, „Zielone kasztany”)

  1. Miałam podobny problem z Domagalikiem. Czytałam go (z braku laku) dużo, ale nie mogłam nigdy utożsamić się z bohaterami, nie potrafię do dzisiaj tego rozgryźć. Najlepiej pamiętam „Koniec wakacji” pokazywany w TVP prawie co roku swego czasu.;(

    • „Końca wakacji” nie trawiłem nawet w telewizji, chyba jednak u Domagalika było za dużo psychologii i rozmyślań, a za mało akcji – to nie były moje klimaty. Po „Kasztanach” jednak nabrałem ochoty, żeby uzupełnić braki. Podobny problem jak z „Końcem wakacji” miałem z „Szaleństwami Majki Skowron” – ani serial, ani książka do mnie nie przemawiały, blokada jakaś kompletna.

    • O tak, rozmyślania przenoszone na ekran bardzo raziły. Jak się człowiek przyzwyczaił do ekranizacji powieści Bahdaja, to domagalikowe były jakieś bezbarwne. Zbyt wydumane jak na moje ówczesne oczekiwania.;( „Majki Skowron” autentycznie nie cierpiałam, tam nie było nic/nikogo do lubienia.;(

    • Uf, bo już myślałem, że coś ze mną było nie tak:) To nawet nie chodziło o lubienie, ja po prostu nie wiedziałem, o co im chodzi, chyba za dużo psychologicznych subtelności, a za mało wprost było mówione:P

  2. A mnie „Szaleństwo Majki Skowron” się podobało (mówię o książce). Ogólnie bardzo lubiłem książki Minkowskiego, z „Krzysztofem” na czele. Jeśli chodzi o Domagalika, to czytałem chyba tylko „Koniec wakacji” i chyba nie wywarł na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale też nie odrzucał. Słabo już pamiętam.

  3. Niedawno trafiłem na wywiad Joanny Papuzińskiej w „Rzeczpospolitej” – powiedziała ciekawą rzecz, zastrzegam że oddaję tylko myśl tak jak ją zrozumiałem, o ile książki dla dzieci generalnie przetrzymały próbę czasu, znacznie gorzej jest z książkami dla młodzieży, wg niej to książki pokoleniowe, które mają swój czas, po którym ich atrakcyjność się kończy. Gdy przeglądam teraz książki ze swojego dzieciństwa i wcześniej młodości to trudno jej nie przyznać racji i w tej regule mieści się też Domagalik.

    • Migał mi ten wywiad w różnych zajawkach, ale nie znalazłem chwili, żeby poczytać. W każdym razie podobał mi się tytuł, że Bahdaj stał się autorem elitarnym:)
      A co do książek młodzieżowych, to jednak mam wrażenie, że pewne typy problemów są uniwersalne i może nie jest tak źle. Chociaż z drugiej strony, jeśli porównać, jak o pierwszej miłości pisano 50 lat temu, a jak się pisze teraz, to faktycznie może to być mało atrakcyjne współcześnie.

    • Może miałeś więcej szczęścia bo ja co młodzieżowego wziąłem na tapetę, to rozczarowanie: Siesicka, Nienacki, Niziurski, Jackiewiczowa, Szklarski a to dla mnie były kultowe nazwiska więc nie dziwię się, że popadają w zapomnienie, choć, co tu dużo mówić, żałuję :-).

    • Bo może stawiasz tym książkom i autorom za wysokie wymagania:) Mnie czasem mgła sentymentu wzrok zamgli, a i o „prawdzie czasów’ pamiętam, więc wprowadzam korekty na bieżąco. Nie wybaczam kiepskiego stylu i źle skonstruowanej fabuły, no i jeszcze może nachalnego dydaktyzmu.

    • Wiadomo, że ogląd zmienia się z wiekiem ale specjalnie wybieram autorów, do których książek mam sentyment – natomiast nie mam rozczarowań z książkami dla dzieci, z tamtych lat, choć dostrzegam ich czasami zupełne oderwanie od dzisiejszych realiów, choć i tu zdarzają się rozczarowania, jak w przypadku „Króla Maciusia Pierwszego”.

    • Być może sentyment to zły doradca w Twoim wypadku:) A co do realiów, to nieuchronnie wszystkie powieści współczesne płynnie przechodzą do kategorii powieści historycznych. Albo do ramot z lamusa, zależy jak patrzeć:) A mimo to trwają te wszystkie Anie z Zielonego Wzgórza i Chłopcy z placu Broni, chociaż tak samo nie przystają do dzisiejszych realiów teraz, jak nie przystawały pół wieku temu :)

    • Przymierzam się właśnie do „Chłopców … ” ale po wstrząsie jaki przeżyłem przy okazji „Króla Maciusia” boję się, że znowu okaże się, że król jest nagi :-).

    • Mną końcowa scena z Nemeczkiem wstrząsa od zawsze, w przeciwieństwie do Króla Maciusia, który mnie wynudził strasznie, miałem jakieś 10 lat i już wtedy uznawałem cały ten Korczakowski koncept za przesadnie naciągany.

    • Dlatego właśnie, że bardzo przeżywałem zakończenie „Chłopców” obawiam się trochę konfrontacji i rozczarowania, no i jeszcze też wybór: stare czy nowe tłumaczenia :-). Co do Korczaka, to jako dziecko pamiętałem „Króla Maciusia” tylko jako smutną książkę ale teraz gdy próbowałem czytać ją dziecku jestem zszokowany jej archaicznością i nieporadnością stylistyczną.

    • Nowe tłumaczenie szału nie robi, za to grunt, żeby były ilustracje Leonii Janeckiej:) Co do Maciusia, to Korczak się wczuwał w odbiorcę i styl nie jest nieporadny, tylko raczej dopasowany do odbiorcy. Tyle że dzieci przez te parę lat zrobiły się dojrzalsze od przedwojennych rówieśników, stąd to wrażenie :)

  4. A miało pokazać podobno nową twarz „Chłopców” :-) to już chyba zostanę przy wersji Konopnickiej.
    Dojrzałość, dojrzałością ale są kawałki, które „przetwarzam” bo co prawda rozumiem, że tekst z założenia jest prosty ale prostota niekoniecznie obejmuje nieustające powtórzenia, która aż zgrzytają w uszach.

    • Moim zdaniem nowej twarzy nie pokazało, co najwyżej uzupełniło pominięte przez Mortkowiczową detale. Nie będę kruszył kopii o styl Korczaka, wydaje mi się, że jego inne książki są pod tym względem lepsze, choć zawsze jest to styl bezpośredniej gawędy – on opowiadał przygody Maciusia dzieciom na dobranoc, może to stąd te wady.

  5. Nie znam zupełnie. I ze wstydem przyznaję, że tak jest z większością rzeczy, o których tak ładnie sobie rozmawiacie, przerzucając się tytułami i nazwiskami. Proszę sobie jednak nie przeszkadzać, bo choć głosu nie mam jak zabrać, to czytać Wasze rozmowy strasznie lubię :P

  6. Chcemy wpis! Gdzie jest wpis!
    Chcemy wpis! Gdzie jest wpis!
    Chcemy wpis! Gdzie jest wpis!
    Gdzie jesteś autorze? Czy może porzuciłeś bloga na stałe? Nie pozostawiaj nas osieroconych i porzuconych w bólu !
    I w BULÓ tyż!

  7. A ja po przeczytaniu kilku postów na tym blogu, a trafiłam tu zupełnie niedawno i mam wrażenie, że zostanę na dłużej, nabrałam ochoty na powrót do ulubionej młodzieżowej lektury. To chyba z Musierowicz i od razu zaznaczam, że nie jest to cytat dokładny, ale z całą pewnością coś w nim jest „wciąż czytam książki nowe, a dla starych przyjaciół brakuje mi czasu”

  8. Kochałam „Koniec wakacji” nieprzytomnie. Do dziś nie wiem, co się stało z okładką. Czytałam tyle razy, że chyba tylko cudem wszystkie strony pozostają na miejscu.
    Zastanawiam się, jak mógł mi umknąć ten wpis. Nie do wiary. Pędzę szukać książek Domagalika. Jejku, jak dobrze, że zawsze można przejrzeć archiwalne wpisy! :D :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *