Księgozbiory polskie, cz. 2: Gabinety lektury


Kilka słów o historii prywatnych wypożyczalni i czytelni warszawskich. Bez względu na okres czytelnicy bardzo nie lubili zwracać pożyczonych książek. Tekst dotyczy Warszawy, więc dla równowagi ilustracje z innych miast i miasteczek, gdzie również rozwijały się podobne instytucje.

Zwyczaj płatnego wypożyczania książek rozpowszechnił się w XVIII wieku we Francji. W Warszawie pierwszą wypożyczalnię zwaną czytelnią, albo gabinetem lektury (z francuskiego cabinet de lecture) założył w 1768 Michał Gröll; „posiadając w swej Księgarni na Marywilu niezmierny zasób dzieł ówczesnej beletrystyki zagranicznej — jak pisze jego biograf — pierwszy u nas ożywił czytelnictwo przez wprowadzenie wypożyczania książek”. Wśród wypożyczanych książek były nie tylko romanse i powieści, ale również dzieła naukowe, o czym świadczą zamieszczane w prasie spisy „książek wypożyczonych i po upływie kilku lat nie oddanych, o zwrot których księgarz przez pisma publiczne usilnie upraszał”. 

Dużym powodzeniem cieszył się otwarty w 1778 r. „gabinet lektury” przy księgarni Józefa Lexa, początkowo na Długiej, później na Senatorskiej, a następnie na Lesznie.
 

Dziesięć lat później w 1788 r. Fryderyk Pfaff, sąsiad Grölla z Marywilu, otworzył wypożyczalnię dzieł obcojęzycznych francuskich, a zwłaszcza niemieckich. Jednak interes Pfaffa szedł kulawo z powodu braku czytelników („Niemcy osiadli w Warszawie dla rzemiosł swych — pisał autor Podróży Inflantczyka Fryderyk Schulz — mają co innego do roboty aniżeli czytanie”). […] 

Inny charakter miała czytelnia Jana Potockiego. Była to czytelnia w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Jej opis zostawił F. Schulz: „Jan Potocki urządził u siebie czytelnię dla wszystkich otwartą. Kazał wyporządzić trzy piękne obszerne pokoje w bocznym skrzydle swego pałacu, opatrzył je w krzesła, stoły, potrzeby do pisania i mnóstwo krajowych i zagranicznych gazet, broszur. Paru jego ludzi zawsze stało w pogotowiu i można było z rana lub po obiedzie w pewnych godzinach jakiś czas tu spędzić”. […]
 

Jakie były warunki wypożyczania książek? Zachował się prospekt gabinetu do czytania krakowskiego księgarza Jana Maja z r. 1791: „Wolno będzie abonowanym brać książki do siebie — czytamy w nim — ale pod kondycją, żeby je często oddawali i niechaj się nikt nie uraża, że bez względu na osobę każdy biorący książkę będzie musiał jej wartość zostawić dopóty, dopóki jej nie odda. Nie będzie zaś wolno nikomu dłużej nad wymówiony sobie czas książki trzymać, a to dlatego, żeby drudzy na tym nie cierpieli…” […] 

Abonenci rekrutowali się niemal wyłącznie z warstw oświeconych. Wypożyczano przede wszystkim książki obcojęzyczne. „Księgarze — pisze prof. K. Świerkowski — ogłaszali drukiem katalogi swych wypożyczalń. Na katalogach niemieckich figurował napis «Leihbibliothek», na francuskich «cabinet de lecture». Kiedy zrodził się popyt na książki polskie… wraz z zapożyczeniem innych terminów francuskich przetłumaczono „«cabinet de lecture» na «czytelnię», nie zaś na «wypożyczalnię, o którą właśnie chodziło. I tak już zostało. Terminologia ta przetrwała dłużej niż wiek cały”. […]
 

W r. 1802 prasa doniosła o otwarciu przy księgarni Walentego Nawarskiego na Świętojańskiej „gabinetu czytania”, w którym za odpowiednią opłatą można było „czytać na miejscu książki francuskie i polskie oraz prasę krajową”. Ale księgarnia Nawarskiego została zamknięta w 1803 r. Podobnie kilka innych wypożyczalni uruchomionych w początku ubiegłego wieku nie przetrwało dłużej niż dwa, trzy lata. […] Na ogół jednak w czasach Królestwa Kongresowego powstaje niewiele nowych czytelni […].

Pewne ożywienie następuje w latach trzydziestych po likwidacji Towarzystwa Przyjaciół Nauk i zaniknięciu Uniwersytetu. Wobec zastoju na rynku wydawniczym i zmniejszonej sprzedaży książek niemal przy wszystkich księgarniach prowadzone są wypożyczalnie. […] Z czasem jednak w miarę ożywienia koniunktury i rozwoju większych przedsiębiorstw księgarsko-wydawniczych, wypożyczalnie odgrywają coraz mniejszą rolę. Tak np. znany księgarz-wydawca S. Orgelbrand otwartą w 1840 r. czytelnię książek polskich zamyka w r. 1851. Najdłużej, bo ponad siedemdziesiąt lat czynna była wypożyczalnia przy księgarni Sennewalda.
 

W latach osiemdziesiątych coraz częściej zaczynają się pojawiać w Warszawie wypożyczalnie jako placówki samodzielne, nie związane z księgarniami. Wtedy też wchodzi w użycie nazwa „wypożyczalnia”. Po raz pierwszy użyła jej ponoć w swym katalogu Maria Dzierżanowska dopiero w r. 1886. […] W stosunkowo krótkim czasie „wypożyczalnia” zdobywa prawo obywatelstwa, nie wypierając jednak dawnej „czytelni”. […] Owe prywatne wypożyczalnie czy czytelnie odgrywają dużą rolę w życiu kulturalnym Warszawy. Z roku na rok rośnie ich liczba.
 

Największą popularnością cieszyła się na przełomie wieków „Czytelnia Powszechna” sióstr Marii i Jadwigi Zaborowskich na ul. Mazowieckiej 11. Właścicielki — jedne z pierwszych kobiet w Polsce z wyższym wykształceniem — potrafiły zgromadzić ok. 20 tys. książek w sześciu językach i stworzyć księgozbiór, który poza beletrystyką obejmował dzieła naukowe z różnych dziedzin. Nic więc dziwnego, że oprócz normalnej klienteli szukającej nowości beletrystycznych z czytelni sióstr Zaborowskich korzystali dziennikarze, literaci i elita intelektualna Warszawy. Czytelnię sióstr Zaborowskich wspominają niemal wszyscy autorzy pamiętników. Ostatnio przypomniał ją prof. Tatarkiewicz w Zapisach do autobiografii. Wygląd czytelni na Mazowieckiej i nastrój w niej panujący opisała w drugim tomie wspomnień o dawnej Warszawie Jadwiga Dmochowska: „Czytelnia mieściła się w drugiej poprzecznej oficynie głębokiego podwórza… Prowadziły do niej wąskie schody… Lokal składał się z dużych, ale niskich pokoi. W pierwszym była kancelaria, gdzie załatwiało się sprawy zapisu, kaucji, opłat miesięcznych i gdzie na stołach leżały drukowane co parę lat katalogi, podzielone na «działy» i «języki». Na osobnym stoliku leżały nie objęte katalogiem «nowości»… W pokojach zastawionych półkami panował zawsze półmrok… Oświetlały je początkowo lampy naftowe, z czasem wprowadzono elektryczność, ale słabe żarówki, ocienione stereotypowym zielonym krążkiem z blachy nigdy nie rozpraszały cienia”.
 

Wypożyczalnie prywatne przez szerzenie czytelnictwa w średnio zamożnych warstwach społeczeństwa, zwłaszcza wśród inteligencji — odegrały ważną rolę w życiu kulturalnym miasta. […]

Olgierd Gustawski, Echa minionej Warszawy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1989, s. 79-83.

(Visited 98 times, 4 visits today)

23 komentarzy do “Księgozbiory polskie, cz. 2: Gabinety lektury

  • 14 września 2014 o 19:24
    Permalink

    Gdzieś w czasach podstawówki też próbowałam uruchomić prywatną wypożyczalnię. Wykonałam stempel biblioteczny z gumki, karty książek z zeszytu w linie i ruszyłam. Interes niestety padł. Wówczas myślałam, że dlatego, iż moi czytelnicy też nie lubili zwracać książek. Teraz jednak myślę, że to powodu braku pałacu ze skrzydłem:)
    Kryzys twórczy, jak widzę, ma się dobrze?:P

    Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:28
      Permalink

      Jaki kryzys? Pacz pani, jaka kreatywna notka, z ilustracjami nawet :) Oszczędzam jedyną recenzję, jaką udało mi się ostatnio popełnić, na czarną godzinę :P
      Pałac jest nieodzowny, jeśli chce się mieć wypożyczalnię. Moja też chyba padła z tego powodu:) A owinęłaś książki szarym papierem?

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:41
      Permalink

      Do kreatywności notki nic nie mam, piękna wielce. Też takie piszę, jak nie chce mi się pisać:P
      Szarego papieru nie było, bowiem żywię wstręt do wszelkich okładek. Poza tym zdaje się, że wówczas występowały braki w papierze.

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:44
      Permalink

      Znalezienie tych stempli zabrało mi tyle czasu, że spokojnie napisałbym tekst. Gdybym odczuwał wenę, rzecz jasna:)
      U nas szarego papieru było pod dostatkiem, o ile pamiętam, bo ja z kolei mam fetysz okładek i bardzo szybko przerzuciłem się na folię do okładania książek.

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:45
      Permalink

      Nie mów, że szukałeś stempli we własnych zbiorach?
      Folia do okładania książek? Brr, wrrr i zgrrroza!

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:51
      Permalink

      U mnie by trwało. Niczego nie mogę znaleźć, łącznie z książkami, które tydzień temu miałam oddać do biblioteki:(
      A myślałeś kiedyś jak byś się czuł, gdybyś musiał na co dzień paradować z foliowym workiem na głowie? Zobaczysz, kiedyś padniesz ofiarą książkowej zemsty. Stos runie, albo co!

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:54
      Permalink

      Zapłacisz karę, bo drudzy na tym cierpią!
      Nic mi nie runie, książki dzięki okładkom mają się dobrze i wyglądają nieźle nawet po latach, stosy zaś właściwie już nie istnieją :)

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 19:59
      Permalink

      Ja też cierpię, bo bardzo chciałabym je znaleźć, ale nijak nie mogę.
      I cosik za prosta ta Twoja recepta na wieczną młodość. Uwierz mi, że gdyby wystarczyła foliowa okładka, już dawno byłby to najnowszy hollywoodzki trend!

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 20:01
      Permalink

      Książkom folia wystarcza, niektórym gwiazdom natomiast pomógłby wyłącznie przeszczep mózgu od dawcy niespokrewnionego :P

      Odpowiedz
    • 14 września 2014 o 20:53
      Permalink

      Hm. A już szukałam w internecie okładek na twarz. Poczekam na promocję:P

      Odpowiedz
  • 15 września 2014 o 09:38
    Permalink

    A ja korzystając z tego, że mieszkałem nad biblioteką mogłem się czasem w bibliotekarza pobawić. Oczywiście pod czujnym okiem siły fachowej :) Swoich książek nie miałem na tyle, a kolekcja komiksów rozeszła się po ludziach i nie wróciła co mówi, że dobrze zrobiłem nie puszczając w obieg tych pierwszych :)

    Odpowiedz
  • 18 września 2014 o 19:00
    Permalink

    Mój świętej pamięci dziadek zebrał całkiem pokaźny zbiorek, a ponieważ co chwila ktoś książek nie oddawał i się wypierał, że nie pożyczał to dziadek jako cżłowiek przedsiębiorczy skombinował skądś (zapewne z jakiejś biblioteki) czyste karty biblioteczne i zaczął prowadzić katalog. Trzymam sobie przy komputerze jedną taką kartę. Autor: K. May, Tytuł: Winnetou t. I, Nr czytelnika: Basia K., Data wypożyczenia: 17.02, Data zwrotu: 29.04 – i wszystko jasne.

    Odpowiedz
    • 18 września 2014 o 19:17
      Permalink

      Dziadek lubił czytać, ale był zatwardziałym wrogiem fantastyki, więc jeszcze to przemyśl ;)
      Ja po dziadku odziedziczyłam instynkt katalogowania, ale nie mam kart bibliotecznych tylko zgodnie z duchem czasu plik w excelu :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: