„Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła” („100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”, pod red. Mariusza Szczygła)

Gdyby miał tę antologię polskiego reportażu XX wieku określić jednym słowem, to nie użyłbym przymiotnika „znakomita”.
Ani „rewelacyjna”.
Ani „wybitna”.
Nie „nowatorska”, „odkrywcza”, bynajmniej nie „wiekopomna”.
Użyłbym słowa „inspirująca”.
Czytywałem w życiu różne antologie, w tym również reportażu, ale żadna nie sprawiła, że wypisywałem na kartce kolejne nazwiska i tytuły do zdobycia i przeczytania. Może to być, rzecz jasna, kwestia skali przedsięwzięcia Mariusza Szczygła, który postanowił zebrać setkę najlepszych reportaży z ubiegłego stulecia. W takim zbiorze trudno o rzeczy przypadkowe. W każdym razie już wśród pierwszych dziesięciu tekstów, tych sprzed 1918 roku, trzy pierwsze trafienia. O ile o reporterskim zacięciu Reymonta miałem pojęcie, o tyle Konopnicka i Rodziewiczówna nieco mnie ogłuszyły – szczególnie ta ostatnia napisała tekst stylem odległym od poetyzowania w „Lecie leśnych ludzi”, rzeczowym, konkretnym, a równocześnie barwnym i poruszającym. Napisałbym, że „męskim”, ale niekoniecznie byłby to dla autorki komplement, szczególnie gdyby zestawić ją z pompatycznym reportażem Żeromskiego lub wyrafinowanym stylistycznie, ale zwyczajnie nudnym Parandowskim.
Pod wpływem antologii wyciągnąłem z półek zebrane niegdyś reportaże…
Rodziewiczówna (opis rozbicia magazynu ze spirytusem):

Przy spirytusie była już wojskowa władza – tłum pomimo to rzucał się do rowu, kędy ciekł strumień ognisty. Pod groźbą kul chłeptał i czerpał. Zaczęto zarzucać gnojem i ludzkimi ekskrementami – bezskutecznie – jeszcze był pożądany i smaczny. Kto nie docisnął się, by pić, ten przesiąkłą płynem ziemię ssał i połykał. Przy oświetleniu pochodni obraz był ciekawy jako studium ludzkości z XX wieku. Homo sapiens używał. Wracając, zajrzałam do mych pszczół. Kłębami całymi osiadły puste ściany swych siedzib, otulając swymi ciałami matkę, do śmierci wierne, karne, przywiązane.

A to Żeromski o zamku w Malborku (wybrałem najciekawszy fragment tekstu):

Po zwiedzeniu go zostaje wrażenie nudy i pustki. Nie ma tam ani jednego dzieła sztuki, a to, co zostało wskrzeszone z ruiny zamczyska, z ruiny, w którą je pogrążył wandalizm Fryderyka II, zostało odrestaurowane na życzenie Wilhelma II z taką starannością, że jest pomnikiem nie tyle kultury, obyczajów i czasu Krzyżaków, ile monumentem manii wielkości i krzyżackich gustów ekscesarza. Cały ów zamek i znaczna większość dawnej twierdzy ma nowe czerwone lub zielone dachy, nowe podmurowania i łuki przyporne, zaopatrzony jest w chodniczki, opatrzony drzewkami, wyszorowany, wymieciony, wyświechtany i wypucowany z pruską dokładnością, jak stary szyszak, który by się chciało wsadzić sobie na głowę. Wiekowa zbójecka czatownia na Litwiny, Prusy i Słowiany, która w ruinie taiła w sobie z pewnością dziką poezję dzikich rycerzy z nad Nogatu, dziś daleko bardziej niż zamek w Kwidzynie jest jak gdyby przechowywaną w wacie i dydaktycznie wydobywaną na pokaz z zamczystego pudełka. „Cokolwieczek zanadto tu jest czysto” – jakby powiedział rosyjski pisarz Szczedryn.

…ale też zaopatrzyłem się w kilka nowych tomów.
Duże wrażenie robią reportaże międzywojenne – według mnie najciekawsze są te poświęcone sprawom społecznym: biedzie, bezrobociu, przestępczości. Plejada wielkich nazwisk, ale też autorów znanych tylko historykom prasy albo miłośnikom reportażu. Z jednej strony Nałkowska, Szelburg-Zarembina, Krzywicka, Uniłowski, Słonimski, Wańkowicz, Pruszyński, z drugiej zaś fenomenalny Konrad Wrzos odmalowujący pogrążone w kryzysie Zawiercie, Tadeusz Staniewski odtwarzający historię strajku szkolnego we Wrześni czy Tadeusz Dębicki piszący o sytuacji w Kongu („I aby utrzymać swój autorytet, biali uczą się, jak należy bić krajowców. Ja sam otrzymałem również wskazówki w tym zakresie. Głowy, plecy i karki mają twarde, uderzenia tam wymierzone mijają się z celem. Skutecznie za to jest bić kijem w łydki i pod kolana. Przewracają się od razu na ziemię. Trzciną lepiej jest bić po rękach i po twarzy. Kto wie, czy świat cywilizowany nie wyda kiedyś podręcznika o tym, jak należy bić Murzynów? Wszak idziemy ciągle naprzód”). Tematów do reportaży nie brakowało, ale nawet przy chwilowej posusze „dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. Tak twierdził Józef Moszyński, reprezentowany przez błyskotliwy drobiazg o wpływie radia na życie Polaków.
W moich notatkach co jakiś czas pojawiają się wykrzykniki przy kolejnych nazwiskach (Perec Opoczyński! Dąbrowska! Brandys! Strońska! Łopieńska! Mularczyk! Kąkolewski!) albo lakoniczne uwagi (Roszko – bdb, Redliński – „kupić reportaże!”, Nawrocki – bdb, Krall – „rewelacja”, Miller – „świetny”, Pietkiewicz – „takie sobie”, Lipiński – „rewelacyjny!”). W całym tym bogactwie zdarzają się też teksty, które odbierałem gorzej, tematy mniej interesujące, styl i konstrukcja, które do mnie nie przemawiały. Wspomniałem już o Parandowskim; irytujący był Lovell, nudzili Święch, Giełżyński i Jagielski.
Tak wyglądają moje notatki z lektury.
Mistrzostwem samym w sobie są wstępy Mariusza Szczygła do poszczególnych tekstów: minieseje składające się na fascynującą historię polskiego reportażu:

A więc przy oczywistych autorach – nieoczywiste teksty. A poza tym – mnóstwo autorów nieoczywistych. Z jednej strony ci, którzy zupełnie się z reportażem nie kojarzą, jak Maria Rodziewiczówna czy Michał Ogórek. Z drugiej – wspaniali reporterzy z różnych powodów zapomniani. Są tu autorzy wyłącznie jednej książki, a czasem tylko jednego reportażu. Jeden był dyrektorem szkoły, inny architektem, jeszcze inny pilotem, a wielu, zwłaszcza przed wojną, było pisarzami.

Szczygieł jednak wskazuje nie tylko na bogactwo biografii, zawodów, życiowych doświadczeń. Pokazuje też różnorodność definicji reportażu – wielu twórców definiowało ten gatunek na swój użytek. Każdy miał własne podejście do tematu, do swoich bohaterów. Jedni wysuwali siebie na pierwszy plan, inni starannie trzymali się w cieniu. Jedni komentowali i oceniali, inni pozostawiali to czytelnikom. Jedni poruszali sprawy poważne i zasadnicze, innym wystarczał drobny epizod. Ta rozmaitość jest wielką zaletą polskiego reportażu, chociaż wzbudzała też głosy krytyki:

Nigdy nie byłem entuzjastą reportażu impresyjnego, lubującego się w drobnych incydentach, nic nieznaczących wydarzeniach i wypadkach – a gdzie coraz częściej reporterzy szukają schronienia przed ważnymi problemami. Zaczęło się to od słynnego Buszu po polsku Ryszarda Kapuścińskiego. Książki naprawdę pięknej i wzruszającej, ale składającej się jedynie ze świetnie napisanych impresji. A tymczasem przy impresyjnym ukazywaniu problemu reporter wymiguje się od jednoznacznego osądu i wzięcia zań odpowiedzialności. (Jerzy Lovell; jego reportaż, chociaż poświęcony wstrząsającej sprawie, pisany jest w nieznośnej manierze, a sam autor feruje wyrok tonem nieznoszącym sprzeciwu)

Hanna Krall zasługuje na oddzielne zdjęcie. I porządną powtórkę.

Mierzi mnie atmosfera nabożeństwa wokół pisania i czytania reportaży. Teoretyków będzie niebawem więcej niż praktyków, a praktyków więcej niż napisanych przez nich tekstów. Gatunków i rodzajów, w których nie umiem się połapać, więcej niż tytułów. Dawanie mleka jest powinnością krowy, jak powinnością reportera jest pokazywanie życia. Jeżeli tego nie robi, jeżeli jego bohaterowie szeleszczą papierem, a konflikty śmieszą czytelników – należy po prostu zwolnić z pracy, a nie budować teorię o jeszcze jednym, nowym, kreatywno-interwencyjno-psychologiczno-neoklasycystycznym gatunku reportażu. […] Czytelnik znajduje w gazetach wiele artykułów mówiących o tym, jak powinno być. I tylko jeden mówiący jak jest. To reportaż właśnie. (Andrzej Krzysztof Wróblewski)

W reportażach wybranych przez Szczygła bohaterowie nie szeleszczą papierem, a ich konflikty nie wydają się trywialne. Natomiast bez wątpienia teksty te spełniają zasadniczy warunek postawiony przez Wróblewskiego: pokazują życie. W całym bogactwie jego przejawów, we wszystkich barwach.
A ci autorzy zapewne znajdą się w edycji reportaży XXI wieku…
PS. Antologię zacząłem czytać 7 czerwca, skończyłem wczoraj. Czytałem zrywami, po kilka tekstów, z dłuższą przerwą pomiędzy tomami. Taki tryb zupełnie nie przeszkadza w odbiorze; zresztą zbiór można czytać według dowolnie wybranych kryteriów. Z bólem serca zrezygnowałem z kupna wersji papierowej, poprzestając na e-booku (przekonany przez Kasię.Eire) – i był to niegłupi pomysł. Wielkość papierowych tomiszcz ogranicza możliwość czytania do wygodnego fotela, dzięki czytnikowi natomiast miałem książkę zawsze pod ręką: nieoceniona rzecz dla kogoś, kto musi wykorzystywać na czytanie każdą chwilę i każde miejsce. Chociaż nie pogniewałbym się, gdyby ktoś umeblował moją bibliotekę również dwoma imponującymi tomami.
100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku, t. 1-2, red. Mariusz Szczygieł, Czarne 2014.
(Visited 515 times, 9 visits today)

58 komentarzy do “„Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła” („100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”, pod red. Mariusza Szczygła)

  • 23 listopada 2014 o 09:05
    Permalink

    Miałam taki sam pomysł ze zdjęciem notatek do tekstu o „Księgach Jakubowych” Tokarczuk ;-)
    Cytat z Rodziewiczównej świetny, dla niej samej już chciałabym sięgnąć po antologię, a przecież wstępy Szczygła są same w sobie wystarczającą rekomendacją :) A ponieważ ostatnio jakoś tak czytam same opasłe tomiszcza to nawet te parę miesięcy czytania nie odstrasza ;P

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 09:41
      Permalink

      Porządna książka wymaga porządnych notatek :) W przeciwieństwie do innych grubych książek, tę spokojnie da się czytać na raty, to duży plus i jaka wygoda :P

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 19:35
      Permalink

      Załamujecie mnie tymi notatkami. Ja nawet założyłam sobie onegdaj kajecik, ale po odnotowaniu wrażeń z pierwszych dziesięciu lektur sklęsłam i teraz nie mam ochoty wpisywać tam nawet przeczytanych tytułów. Nie wiem czy to lenistwo, czy brak czasu, czy po prostu obawa przed uczynieniem z lektury przyjemności do tej, jaka towarzyszy odrabianiu lekcji:P

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 20:00
      Permalink

      No weź, żeby nie te skrótowe bazgroły na odwrotach kopert to bym po dwóch dniach nie pamiętał co i o czym czytałem. Proteza taka. Zawsze możesz przylepiać kolorowe karteczki albo mazać na marginesach, chociaż na czytniku to raczej trudno :P
      A wrażeniach odcyfrowane z notatek zamieszcza się na blogu :)

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 20:00
      Permalink

      No weź, żeby nie te skrótowe bazgroły na odwrotach kopert to bym po dwóch dniach nie pamiętał co i o czym czytałem. Proteza taka. Zawsze możesz przylepiać kolorowe karteczki albo mazać na marginesach, chociaż na czytniku to raczej trudno :P
      A wrażeniach odcyfrowane z notatek zamieszcza się na blogu :)

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 20:55
      Permalink

      Czemu Wy wszyscy tak podwójnie piszecie? O czymś nie wiem?:P
      Jak na skrótowe bazgroły to całkiem sporo Ci się tego uzbierało. Ja też niestety nie pamiętam i owszem, właśnie dlatego próbowałam robić notatki, ale za bardzo mnie to męczy. Poza tym ostatnio czytam wyłącznie w łazience podczas robienia makijażu, tudzież układania fryzury, więc sam rozumiesz;)
      Mazać po marginesach? Natychmiast by mi mażąca ręka uschła!

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:02
      Permalink

      Ja tam nic podwójnie nie piszę. Na kartce mam: „bohaterka idiotka”, a na blogu pisam: „bohaterka nie poraża inteligencją”. Na kartce mam: „kiepskie”, na blogu – „powieść z pewnością nie należy do najwybitniejszych dzieł literackich” :P
      Nie mam wielkiego oświadczenia z makijażem, ale czy nie wymaga on raczej patrzenia w lustro niż w książkę?

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:07
      Permalink

      Hm, to może dlatego ostatnio niektórzy mówią mi, że źle wyglądam? Czytanie szkodzi na urodę, jak widać:P

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 11:42
    Permalink

    Tekst Rodziewiczówny rzeczywiście napisany jest z o wiele większą werwą i plastyczniej niż Żeromskiego. Jeśli to jest najciekawszy fragment z Żeromskiego, aż strach myśleć, jakie były te słabsze :)

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 11:46
      Permalink

      Reszta Żeromskiego podobna w stylu, tylko mniej wyrazista. Mnie się kojarzył z „Na tropach Smętkach” Wańkowicza, brakowało napięcia, same okrągłe zdanka. Słuszne i prawdziwe, ale nudne.

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 14:12
      Permalink

      Z tego wynika, że Żeromski był jednak lepszy w powieściach niż w reportażach. Pamiętam, że jego „Dzieje grzechu” czytałam kiedyś z wielką ciekawością, niecierpliwie przewracając kartki. Napięcia w tej książce było bardzo dużo :)

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 14:15
      Permalink

      Może mu się u schyłku życia tak zrobiło, bo jakby się uprzeć, to z jego dzienników młodzieńczych dałoby się pewnie wykroić coś w rodzaju reportażu :)

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 12:01
    Permalink

    Jakoś nie mogę nabrać przekonania do reportaży, owszem dobrze się je czyta w tygodnikach w pociągu, ale mają przez to dla mnie bardzo efemeryczny charakter i szybko tracą na aktualności.

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 12:14
      Permalink

      Spora część ma walory literackie, część spokojnie można czytać jak opowiadania. Nie wspominając o walorze poznawczym – jako źródło historyczne są cenne, uwielbiam rozmaite smaczki z dawnych czasów. Tygodników nie czytam, więc wszystko ma posmak świeżości :)

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 12:57
    Permalink

    Właśnie – określenie „reportaż” jest b. pojemne, co widać zwłaszcza w sytuacji, gdy czyta się teksty z różnych, b. odległych dekad. Czasami zastanawiam się, czy niektórzy autorzy nie byliby zdziwieni, widząc swoje dzieła w tej antologii, bo przecież pisali do prasy głównie artykuły albo relacje.;)
    Odkładając na bok kwestię definicji, trzeba przyznać, że taki przegląd przez jeden wiek to przedni pomysł.

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 13:02
      Permalink

      Na pewno by się zdziwili. Tekst Iłłakowiczówny jest fragmentem listu, a Dąbrowskiej – notatkami z dziennika. Ale to chyba dzięki pojemności definicji ten zbiór jest tak różnorodny i ciekawy. Ja już czekam na trzeci tom, który ponoć jest w jakiejś wstępnej fazie.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 09:13
      Permalink

      Na pewno różnorodność formy dobrze robi antologii i przede wszystkim daje pogląd na to, jak pisano dla prasy np. 100 lat temu. Czytając niedawno „Wspomnienia i reportaże” Iłłakowiczówny, byłam lekko zaskoczona formą – dzisiaj wszystkie teksty z tego zbioru uznalibyśmy za wspomnienia. Gatunek się zmienia, co również jest ciekawe.
      Trzeci tom? Nie miałam pojęcia.

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 13:01
    Permalink

    Rodziewiczówna naprawdę mocna. I zaskakujący Dębicki o instrukcjach jak bić Murzynów.
    Mojej Hannie Krall przydałaby się nie tyle powtórka, co eksploracja.

    Niesamowicie barwny przekrój ubiegłego wieku – poleciłbyś komuś, kto reportażami nigdy się nie interesował?

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 13:12
      Permalink

      Dębicki jest znakomity, z sarkazmem odnosi się do wyższości białej rasy, co odbija od reportażu bodajże Goetla o Gandhim, bo ten jest z kolei protekcjonalny wobec krajowców.
      Nie wiem, czy początkującego nie przerazi ogrom tego materiału; może lepiej zacząć od mniejszej antologii albo od zbioru tekstów jednego autora, albo po prostu książkowego reportażu. „Gottland” wydaje się idealny na początek

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 16:42
    Permalink

    No dzięki ZWL, moja Rodzina już CIę klnie :P bo zażyczyłam sobie Antalogii w prezencie :P

    Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 18:49
    Permalink

    Cytat z Rodziewiczównej powala. Czytalam parę jej powiesci w epoce podlotka, i raczej nie spodziewalabym się czegos tak naturalistycznego po tej autorce. Zdecydowanie zachęciles mnie do lektury antologii!

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 20:03
      Permalink

      Raz w życiu chyba jej się tak udało. Może była tak zajęta i wstrząśnięta wydarzeniami, że nie miała siły dopisywać tych wszystkich koroneczek i ozdobniczków.

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 20:58
    Permalink

    A ja przestałam czytać, niestety. Rozmiar antologii mnie najwyraźniej przytłoczył, zwłaszcza że w czasie tej lektury meandrowanie jest nieuniknione. Natomiast w pełni się zgadzam, że to co w tych reportażach (a czasem nie-reportażach) najbardziej wartościowe to tło społeczne. Pewnych rzeczy nie uda się odtworzyć na podstawie solidnych zapisków najsolidniejszych historyków; tu trzeba ucha i oka, a niektórzy z antologijnych twórców niewątpliwie takie mieli.

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:06
      Permalink

      Może zamiast meandrować, spróbuj jakoś bardziej prostolinijnie? Pomeandruję sobie teraz, wybierając wg nastroju z tych wszystkich nagromadzonych dodatkowych tomów.
      Co do tła społecznego – czy nie odniosłaś wrażenia, że wbrew temu, co napisał wyżej Marlow, wiele z tych tekstów społecznych jest wciąż aktualnych? Taka Wasilewska i jej relacja z poradni świadomego małżeństwa na przykład…

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:10
      Permalink

      Nie da rady, gdyż natychmiast zapomnę co chciałam przeczytać i żeby sobie przypomnieć, będę musiała przeczytać Antologię jeszcze raz:P
      A jeśli chodzi o tło społeczne, tak, odniosłam takie wrażenie. Wasilewskiej jeszcze nie czytałam, ale parę razy w czasie lektury albo miałam skojarzenia ze współczesnością, albo pomyślałam, że teraz, dzięki historycznemu światełku, lepiej rozumiem to, co wydarzyło się później, lub też nawet to, co dzieje się aktualnie.

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:20
      Permalink

      Wasilewską polecam, nie jest długa, za to widać i wrażliwość, i zmysł obserwacji, i dobre pióro.
      I cieszę się, że się zgadzamy w kwestii aktualności :)

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:20
      Permalink

      Wasilewską polecam, nie jest długa, za to widać i wrażliwość, i zmysł obserwacji, i dobre pióro.
      I cieszę się, że się zgadzamy w kwestii aktualności :)

      Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 21:29
      Permalink

      Kusisz, kusisz… Muszę umyć dzisiaj włosy, to może i przeczytam przy okazji suszenia?:) (jeśli muszę, to włączę echo, ale może dosłyszysz za pierwszym razem. Blogger szwankuje, czy to kolega taki niecierpliwy i wciska guziki po dwa razy?)

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 20:55
      Permalink

      Gdybym miała włosy do pasa, pewnie zdążyłabym przeczytać ze dwa reportaże, a tak starczyło (z trudem) tylko na Wasilewską:) Faktycznie zaskakująca, niestety poniekąd aktualna (choć chyba z inną wymową niż ta, o którą jej chodziło). Pióro przyzwoite, ale – by obracać się w tych samych klimatach – wolę Krzywicką z jej emocjonalnym subiektywizmem niż suchą Wasilewską.Tak czy siak, nie przypuszczałam, że lektura twórczości Wandy Wasilewskiej może być tak bezbolesna.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:03
      Permalink

      Zapuszczaj więc pukle, to będzie z korzyścią dla Twojego oczytania. Wasilewska sucha? Ja ten tekst odebrałem jako dość emocjonalny, co autorka skrzętnie ukryła za beznamiętnością relacji.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:08
      Permalink

      Z puklami nie da rady, muszę opracować inny plan:P
      No nie, emocjonalne to nie było, właśnie przez tą beznamiętność. Ale umiejętności obserwacji nie można jej odmówić.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:29
      Permalink

      Mnie po dotyczących niemal tego samego, tyle że wiele lat później, tekstach Ostałowskiej, doprawdy niewiele już rusza.
      Doczepianie pukli strasznie drogie (nie żebym się nie dowiadywała), wolę wydać na książki. Tudzież sukienki:P

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:32
      Permalink

      To ja Ostałowskiej nie znam więc mogę się ekscytować Wasilewską:P
      Skoro nie chcesz doczepiać pukli, to może chociaż jakieś smarowidło na szybszy porost zastosuj – w końcu tyle książek czeka na przeczytanie :D

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:49
      Permalink

      Kończąc spór o to, która z wzmiankowanych pań dostarcza mocniejszych wrażeń, należy się jednak głęboko zasmucić, że ciągle tkwimy niemal w tym samym miejscu. Mimo że tacy niby postępowi jesteśmy.
      Smarowidło trzeba by wcierać, a ja strasznie niesystematyczna jestem. Pozostaje mi liczyć na to, że jednak kiedyś los się odmieni i zacznę czytać książki także poza łazienką. I nie mam na myśli ubikacji.

      Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 21:56
      Permalink

      Tkwimy, niestety. A ja do dziś pamiętam, jaki aktualny wydawał mi się Boy czytany do wtóru sejmowej debaty w sprawie aborcji :(
      To może coś do łykania, jakieś skrzypy? Ja tam w łazience nie umiem i nie mogę czytać, to już wolę z doskoku po parę stron podczas dobranocki.

      Odpowiedz
  • 23 listopada 2014 o 22:44
    Permalink

    Dwa razy chciałam promocyjnie kupić i dwa razy się nie zdecydowałam. Za trzecim razem kupię!

    Odpowiedz
    • 23 listopada 2014 o 22:47
      Permalink

      Jak promocja, to nie ma się nad czym zastanawiać. Będzie jak znalazł na długie zimowe wieczory. Chociaż u Ciebie chyba nie ma długich zimowych wieczorów? :D

      Odpowiedz
  • 24 listopada 2014 o 09:38
    Permalink

    Marzyłam o tej antologii od kiedy tylko ją zobaczyłam. Chciałam wersję elektroniczną książki, jednakże mając ją tylko przez chwilę w ręce w księgarni zakochałam się w wersji papierowej.

    I teraz już mam. Własne grube dwa tomy, zakupione na Targach Książki w Krakowie, jako nagroda za kilka godzin wcześniej zdany egzamin. Jeszcze nie czytałam. Na razie leżakują w moim domu rodzinnym, w torbie, którą otrzymałam do kompletu, w fabrycznej folii. Na razie nęcą mnie wizualnie.

    Czytając Twoje wrażenia uśmiech nie schodził z mej twarzy. Każde Twoje zdanie, ba, każde słowo jest potwierdzeniem tego, iż ten zbiór jest właśnie dla mnie. Trochę żałuję, że nie będę mogła go mieć zawsze ze sobą, na czytniku, ale z drugiej strony nie mogę doczekać się powolnej celebracji reportaży w domowym zaciszu, w czeluści ulubionego fotela, z kubkiem gorącej Earl Gray na podorędziu.

    Muszę zaopatrzyć się tylko w jakiś uroczy notatnik :)

    Odpowiedz
    • 24 listopada 2014 o 10:02
      Permalink

      Szczęśliwi, którzy mogą celebrować w fotelu z earl greyem :) Ja przezornie nie oglądałem zbyt dokładnie papierowej wersji, żeby jednak nie przedłożyć tych dwóch tomów nad poręczność ebooka. W każdym razie przyjemnej lektury:)

      Odpowiedz
  • 25 listopada 2014 o 16:35
    Permalink

    Całkiem niczego sobie ten blog jak na prowadzonego przez faceta. Zastanawiam się tylko jaki sens męczyć się z książką przez kilka miesięcy. Jak nie idzie to nie idzie, są w końcu inne zajęcia dla facetów. Chyba że ktoś żadnych zajęć nie umie sobie wymyślić. Rodziewiczówna to autorka którą na nowo odkryłam. To była kobieta cud.

    Odpowiedz
    • 25 listopada 2014 o 17:10
      Permalink

      Bóg zapłać za łaskawe słowo, mimo iż jestem facetem. Nie wydaje mi się, żebym pisał coś o męczeniu się nad tą książką, to nieuprawniona nadinterpretacja. Choć faktycznie, zamiast czytać, mogłem kopać rowy i orać pola :P

      Odpowiedz
    • 4 grudnia 2014 o 11:54
      Permalink

      I gnój rozrzucać! :P A literatura faktu kapryśną jest. Raz wchodzi, że mało się oczu nie pogubi, a raz nie lzia. Ja utknąłem w biografii ojca dyrektora i jak stanąłem na reklamówkach z kasą, tak ruszyć nie mogę. Za to kończę opowieść graficzną Eisnera i mi się bardzo podoba :)

      Odpowiedz
    • 5 grudnia 2014 o 07:15
      Permalink

      Nie jestem widać targetem. Może za 30 lat będzie mnie to bardziej jarać :P

      Odpowiedz
  • 28 listopada 2014 o 12:00
    Permalink

    Miałam to samo: mnóstwo notatek z nazwiskami, o które trzeba poszerzyć lekturę reportaży :)

    Odpowiedz
  • Odbicie: Obrazki z podróży (Maria Konopnicka, „Na normandzkim brzegu”) | Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: