Porządki po zimnej wojnie (Frederick Forsyth, „Fałszerz”)

forsyth
Pamiętam czas, kiedy z niecierpliwością czekałem na kolejne książki Fredericka Forsytha, mojego ulubionego autora powieści sensacyjnych, wyrastającego w moim mniemaniu ponad MacLeana, Folletta czy Ludluma; mistrza splatanych misternie wątków, który jak nikt pokazywał, co działo się za kulisami zimnowojennej rywalizacji. Z czasem urok zbladł, ale pozostał wielki sentyment i kilka tomów z wypisanym charakterystyczną czcionką nazwiskiem autora.

Kończy się zimna wojna. Władze brytyjskie dostrzegają to i postanawiają wycofać ze swoich placówek ludzi, którzy przez poprzednie dekady prowadzili walkę z „imperium zła”; ich doświadczenie i umiejętności zostają uznane za nieprzydatne w nowych czasach odprężenia. Na pierwszy ogień ma iść Sam McCready, najpierw agent terenowy w Europie Wschodniej, od lat osiemdziesiątych szef nowej jednostki wywiadu zwanej Wydziałem Kamuflażu. McCready dostaje do wyboru: albo obejmie jakieś zupełnie nieciekawe stanowisko, albo odejdzie na emeryturę. Podczas procesu odwoławczego od tej decyzji kolega Sama przedstawia gronu decydentów, do których należy ostateczne rozstrzygnięcie losów McCready’ego, cztery jego najbardziej spektakularne akcje z ostatniego dziesięciolecia, by udowodnić w ten sposób jego przydatność do dalszej służby.

Forsyth kojarzył mi się zawsze z fabułami tkanymi w licznych wątków, które prędzej czy później zaczynały się perfekcyjnie łączyć w jedną, zapierającą dech w piersiach historię. W „Fałszerzu” wątła fabuła jest jedynie pretekstem do zamieszczenia czterech obszernych opowiadań, z których dwa: „Duma i krańcowe uprzedzenie” oraz „Wiano panny młodej” zdradzają rękę mistrza. To pełne napięcia i utrzymane w równym tempie historie szpiegowskie z dramatycznymi zwrotami akcji. „Ofiara wojny” nie ma już takiego klimatu, a „Podaruj mi trochę Sunshine” jest zaledwie zręczną opowiastką kryminalną rozgrywaną w tropikalnej scenerii (idealnie by pasowała do zbioru „Czysta robota”). Bohaterowie charakteryzowani są skrótowo, kilkoma cechami; o jednym McCreadym dowiadujemy się więcej, na tyle, żeby poczuć do niego sympatię i kibicować mu we wszystkich działaniach. Poza nim agenci wywiadu są mniej lub bardziej bystrzy, lepiej lub gorzej zbudowani; major KGB jest zimną suką, a dziwka jest nieczuła i przewrotna. Dekoracje jak w filmie: oglądamy fasady; tylko karaibska wyspa w „Podaruj mi trochę Sunshine” wypada mniej blado, choć i tu koloryt lokalny jest dość sztampowo odmalowany.

forsyth2Kiczowata okładka swoimi złoceniami i tłoczeniami (które okropnie się fotografuje) ewidentnie nawiązuje do czasów, kiedy takie poligraficzne bajery uwodziły wygłodniałego polskiego czytelnika, gotowego zapłacić naprawdę spore pieniądze za zachodni bestseller. Tamte lata przeminęły, ja sam z powieści sensacyjnych wyrosłem dawno temu, ale „Fałszerza” przeczytałem z przyjemnością, chociaż bez straty dla czytelnika książka mogłaby być krótsza. Zdecydowanie jednak nie jest to klasa „Dnia szakala” czy „Negocjatora”. Wiele razy łapałem się na tym, że przewiduję ciąg dalszy wydarzeń. Okazało się jednak po głębszym namyśle, że to nie wynika z miałkości fabuły i mojej doskonałej znajomości chwytów pisarskich typowych dla gatunku, ale po prostu z tego, że już kiedyś czytałem „Fałszerza”.

Frederick Forsyth, Fałszerz, tłum. Zdzisław Kusiak, AmerCom 2009.

(Visited 709 times, 17 visits today)

41 thoughts on “Porządki po zimnej wojnie (Frederick Forsyth, „Fałszerz”)

  1. Ja to tylko „Dzień szakala” i „Psy wojny” bo to już nawet w PRL-u wydano :-). Czytałem „Szakala … ” parę lat temu i niczego podejrzanego nie zauważyłem. Nie wiem jak teraz wyglądają książki sensacyjne ale Forsyth, Follet, MacLean i Ludlum na pewno swoimi najlepszymi książkami zawiesili poprzeczkę wysoko.

    • W PRLu wydano, tylko się ponoć tłumacz i wydawca mocno gimnastykowali, wycinając niepożądane wątki. Ponoć szczególnie w „Psach wojny”. Chociaż to akurat jedyny Forsyth, który mi nie wszedł, nuda, panie tego. O współczesnych sensacjach też nic nie wiem, tyle co okładki mi w oko wpadną, ale to na pewno już nie to :D

        • Wiesz, ja Psów wojny słuchałam. Pierwszy audiobook jaki wyszedł w kolekcji GW Mistrzowie słowa. I po przesłuchaniu się dziwiłam, dlaczego w książce nie dopatrzyłam się wątków, o których była mowa w streszczeniu. Dopiero później porównałam ile powieść liczy stron, a ile czasu trwało nagranie. Może gdyby Englert czytał z prędkością karabinu maszynowego, to by tak długą powieść przeczytał w tak krótkim czasie, ale on czytał pięknie, powoli, starannie. I wspomnianych w streszczeniach wątków o ZSRR ani śladu tam nie było.

  2. Pamiętam, jak w pierwszej klasie liceum dorwałam się do biblioteczki rodziców koleżanki, w której pobłyskiwały (ach, te złocenia!) cztery, lśniące nowością, tytuły. Wtedy najbardziej podobały mi się „Akta Odessy”, a teraz to już chyba tylko „Dzień szakala” się broni. Najbardziej zaś męczą mnie właśnie zimnowojenne klimaty.
    Swoją drogą, właściciele Ambera chyba na początku lat dziewięćdziesiątych dochrapali się jakiejś fortuny, bo te książki sprzedawały się na pniu.
    PS. I mam rozumieć, że teraz u Ciebie już zawsze będę losowo wybranym obrazkiem? Zgłaszam reklamację!

    • Wgrałem taki dynks, że ponoć każdy sobie może wgrać własny obrazek, żeby nie być domyślnym. U mnie zadziałało.
      „Akta” były najsłabsze wg mnie, no może przed „Czystą robotą”. Mój absolutnie ulubiony jest „Negocjator”, do dziś pamiętam, gdzie go kupiłem i za ile. A właściciele Ambera, owszem, zbili fortunę, którą potem stracili na nietrafionych inwestycjach i załamaniu rynku.

      • Pewnie gdybym teraz zabrała się za lekturę Akt, pewnie zmieniłabym zdanie. Wolę więc pozostać przy dobrym wspomnieniu. A „Negocjatora” mam w domu, zdaje się zresztą, że nigdy go nie czytałam, więc może w jakiejś chwili słabości się skuszę.
        I nie wiem gdzie jest ten dynks, najwyraźniej dobrze ukryty. Nie wiem również, gdzie jest subskrypcja komentarzy, ale rozumiem, rozumiem, trzeba zwiększać ruch na stronie:P

          • Z sensacji bardziej od Forsytha kusi mnie teraz Le Carre, którego jeszcze żadnej książki nie czytałam. A mam nawet w domu taką jedną, którą kupiłam z zamiarem natychmiastowego przeczytania. Było to sześć lat temu…
            (Mi teraz nawet obrazki zniknęły, ale może to chwilowe. I rzuć może jakąś łopatologiczną wskazówką, gdzie szukać tych dynksów, np. idź na lewo, a potem strzałką w dół, czy coś w tym rodzaju).

            • Przez Le Carrego chyba nie przebrnąłem i nie będę próbował :P
              Nic Ci łopatologicznie nie pokażę, bo ja to widzę od strony administratora; u mnie wszystko teoretycznie działa :P Ale postaram się jutro obadać sprawę z innego komputera, żeby sobie popatrzeć z innego punktu widzenia :P
              Subskrypcja działa?

              • Działa, chyba (tzn. pojawiło się okienko, a czy zadziała, dowiem się po opublikowaniu komentarza), dzięki! Zmieniły Ci się też linki do blogów – jeszcze przed chwilą były ustawione alfabetycznie, a teraz są chronologicznie. No, i pojawił się teatrzyk cieni zamiast obrazków, a także te okropne emotikony w tekście (koniec z uśmiechami!) Fajna sprawa taka własna domena – ileż zabawy!

                • Dobrze, że choć jedno działa :P Linki do blogów teoretycznie ustawiają się wg świeżości wpisów, ale ten dynks się akurat często zacina, niestety. Emotikony to nie ja, też mi się nie podobają, to spróbuję je wyłączyć. Z awatarami wciąż walczę :( Kupa zabawy, kupa!
                  PS. Emotki powinny się wyłączyć.

        • Pamiętam jak książki na stołach wystawionych na krakowskich ulicach, kusiły tymi złoceniami. W ogóle Amber stawiał na barok czy to w sensacji czy w fantasy :) Też oczywiście czytałem (acz ominęła mnie maklejnioza) i z uśmiechem na twarzy oglądałem ekranizacje Bourne’a przypominając sobie ile miałem frajdy czytając kolejne części. Toż to było lepsze niż Rambo z wideło :P

  3. Pingback: Warto zajrzeć 36 – Angol, Rosjanin i znowu ten Angol | Tramwaj nr 4 książki i...

  4. Zaczytywałam się kiedyś FF. Ciekawe jak teraz by się sprawdził. Dziś nie pamiętam już nic, poza Dniem szakala. Oczywiście mam te same wydania z Amberu, ta czarna okładka ze złotym pająkiem-czachą na Negocjatorze podobała mi się wtedy :D – Fałszerza też mam błyszczącego.
    Wydaje mi się, że z posiadanych (poszłam pooglądać odpowiednią półkę ; ) nie czytałam Ikony.

    Testuję czy mam swój obrazek, czy nie :)

    • Masz obrazek :D Gratulacje.
      „Ikona” ukazała się już po porzuceniu przeze mnie FF. Na półce pokutuje nieczytana „Pięć boga”, nie wiem, czy się zdecyduję. Pająk z Negocjatora robił wrażenie, nie tylko złoceniami, ale i ceną, dałem za niego chyba 35 tysięcy zł :P

      • Dziękuję – jestem z siebie dumna ; ) tym bardziej, że u Janka mi się nie udało…

        Pięść boga czytałam (chyba), w każdym razie oba tomy wyglądają na czytane, z tym, że wtedy czytałam to razem z tatą i pożyczaliśmy znajomym, więc nie jest wykluczone, że jednak tylko mi się wydaje, że przeczytałam. Ale okładki ma paskudne -pomimo, że nic błyszczącego … ;-)

        • U Janka chyba nie ma takiej sprytnej opcji, ale może go szkaluję :P
          Pięść mam w jednym tomie, ohydnie zielonym, brr :D Jak nie mam pewności, czy coś czytałem, to zaczynam i gdzieś koło połowy pojawia się drobiazg, który mi przypomina, że faktycznie już czytałem. A wtedy to już szkoda rzucać i doczytuję do końca :D

  5. Bazylu, skończył się nam szereg komentarzy, gupi wordpress :( Myśli, że nie próbowałem podjazdów w stylu „A może byś w dwóch zdaniach napisała, czemu ta książka taka fajna?” Gdyby wzrok mógł zabijać, moje dzieci byłyby sierotkami …

  6. Słuchałam tego i tak po prawdzie to zapamiętałam tylko o co w całości chodziło, czyli zwalniają gościa a on wspomina swoje dawne numery. Czyli ogólnie nie zachwyciło mnie. Pewnie dlatego, że Negocjator był wcześniej, a tę powieść pokochałam miłością wielką i chyba dozgonną. I jak na razie porównywalną miłością darzę Kobrę… z tymi samymi bohaterami, tylko naście lat później.
    Piszesz, że najpierw Ci się powieść znajomą wydała, a potem zorientowałeś się, że już raz to czytałeś… Może wcześniej trafiłeś na wersję, w której tytuł był przetłumaczony jako Dezinformator? Takie trudne słowo ;-) a moim nieskromnym dużo bardziej pasujące do fabuły i do profesji głównego bohatera niż Fałszerz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *