Gadające głowy (Ivy Compton-Burnett, „Dom i jego głowa”)

20150709_063342

Spotkałem się z poglądem, że najlepsze książki składają się z samych dialogów. Żadnych rozwlekłych opisów przyrody, które trzeba przekartkowywać, żadnych głębokich rozważań, przez które trzeba się przedzierać, poziewując. Dialogi. Czysta, skondensowana informacja, wymiana zdań i akcja pędzi dalej. Zwolennik tej teorii nie czytał chyba Ivy Compton-Burnett.

„Dom i jego głowa” to właściwie same dialogi. Wymiana banalnych grzeczności, równie banalnych złotych myśli, opinii, domysłów, plotek, przytyków, aluzji, złośliwostek. Czytelnik czuje się trochę jak ślepiec na przyjęciu: gwar głosów dochodzi z każdej strony, słowa krzyżują się w powietrzu, zagłuszają nawzajem, znoszą. Czasem czegoś nie dosłyszymy, czasem ktoś ściszy głos, widząc, że obcy nadstawia ucha. Wrażenie kakofonii, szumu wydaje się z początku nieznośne, ale po jakimś czasie przywykamy, uczymy się odróżniać rozmówców, z dobiegających zdań rekonstruujemy opowiadane historie, z tonu i treści wypowiedzi, sposobu reakcji dowiadujemy się też wiele o samych uczestnikach konwersacji. Możemy stać się w ten sposób mimowolnym uczestnikiem maglowych plotek albo – jak u Compton-Burnett – rodzinnego dramatu.

Edgeworthów poznajemy przy bożonarodzeniowym śniadaniu. Głowa domu, Duncan, jest despotą, oczekującym, że wszyscy mu się podporządkują. Zahukał całkiem swoją żonę, dwie córki i bratanek próbują czasem choćby werbalnie mu się przeciwstawić, ale są od Duncana zależni finansowo. Stosunki rodzinne objawiają się nam stopniowo, a ujawniana prawda budzi odrazę. Edgeworth, tyran i skąpiec, zamienił w piekło życie potulnej Ellen i nawet w obliczu jej choroby nie potrafił zdobyć się na żadne ludzkie uczucia. Dbał zawsze tylko o siebie, inni mieli mu jedynie służyć, wbrew swoim przekonaniom i protestom. Wokół niego kręcą się wszyscy inni; wyróżnia ich tylko mniej lub bardziej uległa postawa wobec despoty. Życie rodzinne jest walką, w której najsłabsi, tacy jak Ellen, zostają zdławieni, podporządkowani, a energiczni i śmiali mają szansę wybić się na niezależność.

Ivy Compton-Burnett, około 1955 roku.
Ivy Compton-Burnett, około 1955 roku.

Jest więc „Dom i jego głowa” studium stosunków rodzinnych. I szerzej – międzyludzkich, bo Edgeworthowie funkcjonują wśród sąsiadów, w parafii. Znajomi (to cała galeria typów) z zapamiętaniem komentują ich sprawy, prezentując szeroki wachlarz opinii i poglądów. Plotki aż huczą, wszyscy płoną z ciekawości, odwiedzają się pod byle pozorem, żeby wymienić nowiny; równocześnie starają się zachowywać pozory, że kieruje nimi jedynie ludzka życzliwość, a nie pospolite wścibstwo. Książka dostarcza też ciekawych obserwacji obyczajowych. Duncan pogardza swymi niezamężnymi córkami, zresztą w ogóle do kobiet ma stosunek lekceważący. Swej drugiej żonie nie pozwala zajmować się ich dzieckiem, gdyż nie uważa jej za osobę odpowiednią do tego. Obowiązkiem matki jest znaleźć właściwą niańkę i pozostawić sprawy w jej rękach. Nie do pomyślenia jest, by dziecko, czy w ogóle jakieś sprawy gospodarstwa powierzyć mężczyznom. Same kobiety odsuwają od nich takie kwestie. Kiedy jeden z bohaterów chce przenieść kawałek materiału, wzbudza damskie protesty: „A flanela to nie pańska domena. Jak tak dalej pójdzie, to zechce pan przewijać swego siostrzeńca”.

Sposób pisania Compton-Burnett wymaga skupienia. Rozplątujemy nici dialogów, odtwarzamy obraz wydarzeń, a chwila nieuwagi sprawia, że musimy zaczynać niemal od początku. Kluczowe niekiedy wydarzenia są wspominane jedynie mimochodem, drobne wzmianki, łatwe do przeoczenia, okazują się mieć zasadnicze znaczenie. Trochę to wydawało mi się męczące. Zamierzałem skończyć stwierdzeniem, że autorka „Domu” bez wątpienia ma dar obserwacji i głęboką znajomość ludzkiej psychiki, ale nie porwała mnie swoim sposobem opowiadania. Kiedy jednak teraz kartkowałem książkę, by odświeżyć sobie to i owo, złapałem się na tym, że dostrzegam coraz to nowe zdanie, które mi wcześniej umknęło, jakąś celną, lapidarną ripostę czy uwagę, że mam ochotę ponownie wejść między bohaterów i znowu zacząć ich podsłuchiwać. Być może dzięki temu lepiej zrozumiałbym historię już przeczytaną, a kto wie, może w ogóle odtworzyłbym tę historię inaczej. Albo stworzył zupełnie nową. Nie miałem tego w planach, ale wiem, że spróbuję.

Ivy Compton-Burnett, Dom i jego głowa, tłum. Jolanta Kozak, W.A.B. 2014.

(Visited 555 times, 1 visits today)

45 komentarzy do “Gadające głowy (Ivy Compton-Burnett, „Dom i jego głowa”)

  • 14 lipca 2015 o 19:36
    Permalink

    Tak naprawdę nie ma prawideł i wytycznych. Dobra książka, powinna być dobrze napisana. Truizm, no —ale cóż? :)

    Odpowiedz
      • 23 lipca 2015 o 21:00
        Permalink

        Jak uznasz to za spam, to możesz skasować, nie mam żadnego interesu w tym żeby coś reklamować. Dla osób zainteresowanych kupnem egzemplarza tej książki informuję, że Publito ma dziś promocję 50% taniej. Pozdrawiam.

        Odpowiedz
  • 14 lipca 2015 o 19:41
    Permalink

    Pewnie nagram coś na vloga jeszcze, ale tak mi się przypomniało, że “Legion” Cherezińskiej też mnie początkowo dziwił nagromadzeniem dialogów, w których nie mogłam się połapać. Szybko się jednak człowiek przyzwyczaja i wsiąka.
    Przy “Domu…” bardzo drażniło mnie kompletne pominięcie informacji o tym, gdzie toczy się dialog. Wciągałam się w rozmowę toczącą się w salonie i po chwili łapałam się na tym, że to już całkiem gdzieś indziej. Dużo skupienia trzeba…

    Odpowiedz
    • visage
      14 lipca 2015 o 19:43
      Permalink

      Ano właśnie, strasznie autorka czytelników przerzuca w czasie i miejscach. Ja zacząłem to czytać wyluzowany jako przyjemny retro obyczaj, a potem się okazało, że mus napinać uwagę. Warunki nie sprzyjały, dlatego chyba przeczytam to ponownie przy pierwszej okazji.

      Odpowiedz
      • 16 lipca 2015 o 08:30
        Permalink

        Ja w elektronicznej wersji I tomu opowieści meekhańskich spotkałem się z przerzucaniem akcji z miejsca w miejsce i z czasu w czas, przy pomocy nie dzielenia akapitem. Drażniło okrutnie i mimo, że po paru zdaniach już wiedziałem co i jak, to jednak nie chce mi się walczyć z czymś podobnym u Compton :)

        Odpowiedz
        • visage
          16 lipca 2015 o 08:58
          Permalink

          W moim ebooku jest tak samo, ale zakładam, że to niechlujne przygotowanie pliku, a nie celowy zamiar pisarza. Wkurzało okropnie.

          Odpowiedz
          • 16 lipca 2015 o 09:02
            Permalink

            Też podejrzewam e-chochlika i aż mnie korci, żeby sprawdzić w papierze przy pierwszej okazji :) To teraz mi powiedz czy u Compton efekt jest podobny? :P

            Odpowiedz
              • 16 lipca 2015 o 13:12
                Permalink

                Co byłoby logiczne, bo nie widzę w tym akurat tekście potrzeby zastosowania takiego zabiegu. Całe szczęście mam wprawę w rozkminianiu takich udziwnień po lekturze “Miasta ślepców” Saramago i paru innych :P

                Odpowiedz
      • 14 lipca 2015 o 22:04
        Permalink

        No dobra, niech będą obrazki z dialogami, ale oczywiście bez przesady :-)

        Odpowiedz
              • 14 lipca 2015 o 22:15
                Permalink

                Ja za to lubiłem komiks o Janosiku, bo to i ilustracje rysował Skarżyński, jeden z moich ulubionych ilustratorów, a autor tekstów, już nie pamiętam kto, był bardzo oszczędny :-)

                Odpowiedz
                  • 14 lipca 2015 o 22:22
                    Permalink

                    Żałuj, pamiętałem go bardzo dobrze bo biegałem od kiosku do kiosku żeby kupić kolejne numery, które zresztą chyba też i mój Tata podczytywał :-) to był szał bo chyba mniej więcej w tym samym czasie puszczono serial. Oprócz tego pamiętam jeszcze “Pilota śmigłowca” i Relaxy, w których chyba był Thorgal.

                    Odpowiedz
                    • visage
                      14 lipca 2015 o 22:24
                      Permalink

                      W Thorgala się nigdy nie wciągnąłem, za to lubiłem komiksy na podstawie von Danikena.

                    • 14 lipca 2015 o 22:27
                      Permalink

                      Thorgala lubiłem ale bez szału, jednak klasyka nie do przebicia to były Żbiki i Kloss :-)

    • 23 lipca 2015 o 21:03
      Permalink

      nooo…
      Można by było pomyśleć, że…Czcionka_mi_się_zarumieniła.
      A poza tym, co przerzucamy się na pismo obrazkowe?
      :)

      Odpowiedz
    • 14 lipca 2015 o 22:34
      Permalink

      U mnie jakoś bokiem przemknął, ale to dlatego, że Świat młodych udawało mi się kupić tylko od wielkiego dzwonu a i zawsze byłem rozczarowany tym, że to takie krótkie odcinki, prawie jak historyjki w “donaldówach” :-)

      Odpowiedz
      • visage
        14 lipca 2015 o 22:41
        Permalink

        Miałem Świat Młodych odkładany po znajomości, więc zebrałem sobie niemal komplet odcinków Złota Alaski z Kleksem:) A wydania książkowe są u moich rodziców do dzisiaj.

        Odpowiedz
        • 14 lipca 2015 o 22:47
          Permalink

          Parę lat temu na fali nostalgii przejrzałem kilka odcinków Żbika i Klosa – to już nie to, nie to. W dzisiejszych czasach wiadomo, że nie zawojują czytelników. Było – minęło. Gorzej, że moje próby zaszczepienia syna przygodami Tytusa spełzły na niczym.

          Odpowiedz
          • visage
            14 lipca 2015 o 22:56
            Permalink

            U nas dzięki Tytusowi Starsza zaczęła czytać sama, więc to pewnie kwestia indywidualna. Z żalem stwierdzam, że księgi powyżej XVIII to już chłam okropny jest.

            Odpowiedz
            • 16 lipca 2015 o 08:39
              Permalink

              Starszy znów wpadł w komiksowy szał, na czym niestety cierpi beletrystyka, ale cóż … Wyczytał po raz kolejny Tintiny, a wczoraj podrzuciłem mu sporo Baranowskiego z biblio. Złapał bakcyla i “Ależ wodzu …” już zagościło wśród domowych tekstów :D

              Odpowiedz
                • 16 lipca 2015 o 13:32
                  Permalink

                  Baranowski pełen jest świetnych gier słownych i tekstów do zaadaptowania.
                  Figiel Migiel: Napiję się teraz czarnej kawy, a potem wezmę w łazience czarny tusz. Oj, chyba znowu widzę na różowo!
                  Szambelan: Zaraz szczelniej zaciągnę czarne kotary, panie.
                  Figiel Migiel: Nie o to chodzi! Wygląda na to, że już straciłem swój czarny humor. Szambelanie! Sprzedaj czarne perły na czarnym rynku, pakuj do kufra czarny kawior na czarną godzinę, wyruszamy im z pomocą!
                  Szambelan: A za kogo się przebieramy?
                  Figiel Migiel: Jak zwykle. Za Świętych Mikołajów. Szykuj latającą filiżankę!

                  Odpowiedz
        • 16 lipca 2015 o 08:35
          Permalink

          Ja miałem prenumeratę ŚM. Do dziś pamiętam emocje jakie towarzyszyły chwili, w której pani kioskarka wyciągała z tekturowej teczki, z moim nazwiskiem, kolejny numer :) A Janosika też nie kojarzę. Wszystkie pozostałe czytałem :) Pamiętam też sensacyjne w typie “Skradzionego skarbu” :)

          Odpowiedz
  • 15 lipca 2015 o 14:00
    Permalink

    Pierwsze spotkanie z IB-C nie zachwyciło mnie zbytnio (przeszkadzała mi koturnowość języka w “Teraźniejszości i przeszłości”), ale po lekturze “Kochając” Greena przekonałam się, że same dialogi potrafią lepiej opisywać bohatera niż szczegółowy monolog wewnętrzny tegoż. Czasami ten drugi jest po prostu nieznośny.;( Oby “Dom…” to było to!

    Teraz przypomniało mi się, że w tej samej serii WAB ukazała się inna, bliższa naszym czasom rzecz również utrzymana w “gadanej” konwencji czyli “Co na kolację” Schuylera.

    Odpowiedz
    • visage
      15 lipca 2015 o 20:31
      Permalink

      Czytałem Twoją opinię o “Teraźniejszości”, “Dom chyba wypada lepiej. Tłumaczenie jest bardzo dobre, stylizacja na język wiktoriański widoczna, ale tylko stylizacja, niezbyt ciężka. O Schuylerze nie słyszałem, nie wiem, czy mam ochotę na kolejną “gadaną” książkę.

      Odpowiedz
  • 15 lipca 2015 o 20:40
    Permalink

    To fakt, Ivy trzeba czytać z czujkami czytelniczymi ustawionymi na pełen odbiór, tylko tak można docenić walory jej stylu. A Dom i jego głowa to chyba najlepsza z jej powieści wydanych po polsku.

    Odpowiedz
    • visage
      15 lipca 2015 o 21:59
      Permalink

      Męcząca ta czujność momentami, ale warto się pomęczyć. W posłowiu jest wychwalany humor powieści, czy tylko ja go dostrzegłem tylko w rzadkich przebłyskach?

      Odpowiedz
  • 18 lipca 2015 o 20:29
    Permalink

    Najlepsze sztuki Szekspira z samych dialogów i monologów się składają.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: