Z literatami u wód, czyli skutki uboczne wojaży

Widok z Trzech Koron w deszczu.
Widok z Trzech Koron w deszczu.

Mogła Konopnicka z wojaży pisać reportaże o normandzkich rybakach, mogę i ja napisać parę zdań o wakacyjnych tropach literackich. Albowiem zabrałem małżonkę swą i drobne dziatki do wód szczawnickich. Niekoniecznie by zrujnowane zdrowie polepszać popijaniem na czczo z leczniczych źródeł. Wspinaczek mało męczących nam się zachciało, szumu potoków i jodeł na gór szczycie oraz rozległych panoram pienińskich.

Potok w Wąwozie Homole.
Potok w Wąwozie Homole.

Pragnienia te zostały zaspokojone w stopniu, w jakim pozwalała wytrzymałość nieletnich turystek, które radziły sobie zaskakująco dobrze, włącznie z wejściem na Trzy Korony w deszczu, chociaż początki każdej trasy były trudne. Zwykle jednak wystarczały żelkowe dopalacze, żeby podnieść ducha w narodzie.

Któreś podejście. Albo zejście.
Któreś podejście. Albo zejście.

Zdobyliśmy liczne szczyty, co udokumentowały pamiątkowe medale, spłynęliśmy przełomem Dunajca i zakosztowaliśmy innych górskich rozrywek. Z rozrywek sanatoryjnych ograniczyliśmy się do popijania szczawów oraz próbowania lokalnych lodów, nakładanych łyżkami i ważonych!

Obowiązkowy dowód zdobycia szczytu.
Obowiązkowy dowód zdobycia szczytu.

Rzecz jasna, do pijalni wód i lodów należało dojść, uprawialiśmy więc spacery po kurorcie. Szczawnica modernizuje się na każdym kroku, chociaż obok nowych i odrestaurowanych budynków niszczeją urokliwe, stare budynki sanatoryjne czy pensjonatowe; może jednak i nimi ktoś się w końcu zajmie. Plac Dietla z pijalnią prezentuje się bardzo stylowo; Park Dolny budził entuzjazm dzieci stawem ze złotymi karpiami; gdzieniegdzie zachowała się góralska chata w niezłym stanie, taka zabudowa chyba jednak nie jest tu w wielkim poważaniu i zastępują ją bezstylowe i pseudogóralskie domy, charakteryzujące się dużą pojemnością – jednostką jest tu turysta na metr kwadratowy.

Pijalnia wód leczniczych przy pl. Dietla.
Pijalnia wód leczniczych przy pl. Dietla.

Ulica Główna obwieszona jest niezliczonymi reklamami, szyldami, tablicami i banerami oraz obstawiona kramami i budami pełnymi pamiątek, a promenada nad potokiem Grajcarkiem świeżo została zmodernizowana we wszechpolskiej estetyce kostki bauma. Na szczęście niewiele to ujmuje uroku temu miejscu.

Zdrój Waleryi, nieco wybrakowany.
Zdrój Waleryi, nieco wybrakowany.

Ale wracając do spacerów, to miały one również niespodziewane skutki uboczne. Czujne oko mimochodem wypatrywało bowiem tropów książkowych (a nuż trafi się jakaś górska tania książka!) i literackich. Książki, niestety, reprezentowane były przez przewodniki i kioskowe romanse. Plus dwa regały w sklepie papierniczym Gminnej Spółdzielni (wzruszyła mnie ta nazwa na szyldzie) z przekrojem nowości, lektur szkolnych i kolorowanek. Lepiej było ze śladami literackimi. Przy ulicy Zdrojowej stoi niewysoki pomnik Henryka Sienkiewicza, upamiętniający jego pobyty w Szczawnicy w latach 1868, 1879 i 1909 roku. Rzecz to świeżej daty, odsłonięta w 2008 roku.

Sienkiewicz zadumany.
Sienkiewicz zadumany.

O pierwszej wizycie Sienkiewicza, wówczas studenta, niewiele wiadomo. Podczas drugiej poznał swoją przyszłą żonę Marię Szetkiewiczównę, sam kurort zaś nie wzbudził w nim entuzjazmu: „Wszystko tak jak było – tylko się ku starości pochyliło. Zaczynam list mój ze Szczawnicy od tych słów, albowiem 10 lat upłynęło od czasu, jak tu byłem. Drzewa na Miedziusiu [Park Dolny w Szczawnicy] porosły wprawdzie i utworzyły park dość gęsty. Przybyło kilka nowych domów, wybudowanych na stary sposób – też lepione ściany, szyby różnobarwne. Zdziwiło mnie to wszystko tym bardziej, we Lwowie bowiem słyszałem ze wszystkich stron, że Szczawnica upiększyła się, wyrosła i stała się jednym z pokaźniejszych miejsc kąpielowych. Niestety, niewiele w tym prawdy […]”.

Takie piękne budynki popadają w ruinę.
Takie piękne budynki popadają w ruinę.

Trzydzieści lat później też narzekał; szukał spokoju, aby pisać „Wiry”, ale niebacznie rozgłosił swój przyjazd. „W Szczawnicy jesteśmy od kilku dni i nie bardzo z niej radzi. Dom leży w parku, gdzie mnóstwo ludzi się kręci po całych dniach, a przy tym zbudowany jest niemądrze, gdyż frontem na północ, a że tuż przed oknem rosną gęste drzewa, więc w pokojach mało słońca. Każemy palić w piecu, gdyż inaczej byłoby zimno jak w piwnicy. A co do spokoju, to tak jak we wszystkich polskich wodach. Rozgłosiłem wszystkim, że przyjeżdżam do pracy… tymczasem pierwszego dnia przyszli studenci z prośbą, bym miał odczyt o Słowackim…”.

Widok na Trzy Korony z Dunajca.
Widok na Trzy Korony z Dunajca.

O wiele lepsze wrażenia wywiozła ze Szczawnicy Maria Konopnicka. Lekarz skierował ją tu na leczenie gardła. Z braku pieniędzy wynajęła skromną kwaterę daleko od centrum. Dziś w miejscu, gdzie stała chałupa, w której lipiec i sierpień 1875 roku spędziła poetka, znajduje się pamiątkowa tablica.

Tablica upamiętniająca wizytę Marii Konopnickiej.
Tablica upamiętniająca wizytę Marii Konopnickiej.

Po trzynastu latach tak w listach do swego stryja pisała o tamtym okresie: „Nie znam Krynicy, ale znam pokrewną jej i podobno piękniejszą co do widoków na Pieniny, Szczawnicę. One to góry podały mi po raz pierwszy pióro do ręki, bo tak w duszę mnie ten świat górski uderzył, jak laska Mojżeszowa w skałę. Cudna, cudna tam przyroda”. „Same te prześliczne widoki, zwłaszcza jeśli na nie patrzą oczy wrażliwe na piękno, muszą oddziaływać ożywczo na bieg myśli i na usposobienie. Przypominam sobie, że sama będą kiedyś w Szczawnicy budziłam się co rano jakby z niedowierzaniem, że jestem w tak cudnym, tak uroczym otoczeniu”. Napisany tam cykl wierszy „W górach” pochwalił sam Henryk Sienkiewicz („prawdziwy talent, który prześwieca przez wiersze jak promienie świtu przez mgłę”), co zachęciło Konopnicką do dalszej pracy literackiej.

Widok na Dunajec z Sokolicy.
Widok na Dunajec z Sokolicy.

Pod moją chatą Dunajec biały
Dziwną pieśń śpiewa, bijąc ze skały.
Srebrne jej tony po żwirze pieszczą,
Mienią się w tęczę – jak w harfę wieszczą
O siedmiu strunach wiązanych zlotem.
Od brzegu fale biją z łoskotem,
A dalej płaczą – a dalej mgleją,
Aż w toń najgłębszą rozbłękitnieją.
I cicho… ciszej… wtóry pochwycą,
Patrząc się w niebo modrą źrenicą.

Willa "Marta".
Willa „Marta”.

W samym centrum Szczawnicy położona jest natomiast willa „Marta”. Jak głosi umieszczona na budynku tablica, w latach trzydziestych zjeżdżał do niej Witkacy, by prowadzić dyskusje filozoficzne i literackie z profesorem Juliuszem Kleinerem, historykiem i teoretykiem literatury. Profesor prowadził w willi własny salonik, którego gośćmi, poza Witkiewiczem, byli też inni pisarze i poeci, na przykład autor opowiadań o wywoływaniu duchów Stanisław Wasylewski czy Adolf Nowaczyński. Gospodarzem innego saloniku był zapomniany dziś pisarz Jan Wiktor; pojawiali się u niego Władysław Orkan i „Czwartacy”, literaci skupieni wokół Emila Zegadłowicza.

Upamiętniająca Witkacego tablica na willi "Marta".
Upamiętniająca Witkacego tablica na willi „Marta”.

Na tym jednak nie koniec literackich tropów szczawnickich. Wiadomo, że w kurorcie bywali Aleksander Fredro cierpiący na podagrę (przywiózł sobie z kuracji dwa małe owczarki); Adam Asnyk, który przeżył tu wielką miłość do Anieli Grudzińskiej; Bolesław Prus czy Kazimierz Przerwa Tetmajer. Przy ulicy Jana Wiktora wznosi się Willa pod Kraszewskim z medalionem z głową pisarza. Kraszewski swe obserwacje z pobytu w Szczawnicy i Krynicy wykorzystał w powieści „Wielki nieznajomy”.

Willa pod Kraszewskim.
Willa pod Kraszewskim.

Część domów w Szczawnicy oznaczona jest malowanymi tablicami z nazwą budynku. „Pod siekierkami” mieści się popularna jadłodajnia, a „Pod Opatrznością Bożą” swój dom prowadzą siostry opatrznościanki. Ale nie mogło zabraknąć i tu jakiegoś literata:

Aleja Parkowa nr 7.
Aleja Parkowa nr 7.

Jako żywo nic nie wiadomo, by wieszcz zabłądził w Pieniny, w przeciwieństwie do paru innych kolegów romantyków, ale widać uhonorowano go z potrzeby serca.

PS. Wrzucenie na fejsbuka tablicy z willi „Marta” przyniosło informację, że dają tam pyszne lody. Rodzinna degustacja wykazała, że chociaż bogactwo oferowanych rodzajów i ich spora egzotyka (piwne, słonecznikowo-dyniowe) robią wrażenie, to smak pozostawia wiele do życzenia i zdecydowanie należy poprzestać na sprzedawanych niemal naprzeciwko lodach na wagę od Jacaka.

Wykorzystałem informacje:
– o pobycie Sienkiewicza: Sienkiewicz w Szczawnicy, „Tygodnik Podhalański”.
– o Konopnickiej: Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, IBL 2005.
– o życiu kulturalnym Szczawnicy: Barbara Alina Węglarz, Spacerkiem po Starej Szczawnicy i Rusi Szlachtowskiej, Rewasz 2011; Bogdan Mościcki, Beskid Sądecki, Rewasz 2012.

(Visited 473 times, 8 visits today)

31 komentarzy do “Z literatami u wód, czyli skutki uboczne wojaży

  • 19 sierpnia 2015 o 15:40
    Permalink

    Od paru lat jesteśmy w Szczawnicy regularnie, ale w ferie zimowe. Różnica w liczbie turystów w porównaniu z latem jest olbrzymia. Kramów też nie wiele – raptem na parkingu przy dolnej stacji kolejki na Palenicę. Ale nietypowych lodów w związku z porą roku nie próbowaliśmy (za to mamy najlepsze w Polsce lody w Przemyślu! ;), no i złotych rybek w lutym też w fontannie nie było.
    Na szczęście nie wszystkie XIX wieczne domu popadają w ruinę. Warto zwrócić uwagę na działalność Dworku Gościnnego, który został przed spadkobierców pięknie odbudowany i obecnie oferuje bardzo ciekawe imprezy kulturalne.
    http://www.dworekgoscinny.pl/pl/o-nas/historia

    Odpowiedz
    • visage
      19 sierpnia 2015 o 20:01
      Permalink

      Z braku umiejętności narciarskich góry zimą odpadają:) A choćby tylko dla lodów warto przyjechać latem. Chociaż skoro jesteście fanami lodów bliżej domu, to pewnie jest to słaby argument.
      W całym mieście wisiało mnóstwo ogłoszeń z różnymi imprezami w Dworku, niestety nie zabłądziliśmy nigdy w pobliże, ale rozmaitość działań budziła podziw.

      Odpowiedz
      • 19 sierpnia 2015 o 20:14
        Permalink

        Ja na nartach też nie, ale moje chłopaki całkiem, całkiem. A mamunia wtedy ze słuchawkami na długie spacerki wzdłuż Grajcarka, a ludzi malutko. Ale mi dobrze było :-)
        Zamiast lodów delektowaliśmy się naleśnikami bądź szarlotką w kawiarni Eglander. :)

        Odpowiedz
          • 19 sierpnia 2015 o 20:30
            Permalink

            No tak, tylko wtedy po urlopie musiałabym garderobę wymienić ;) Ja musiałam znaleźć „moje” słuchawki, no i właściwe zajęcie – audiobooki sprawdzają się na dłuższych spacerach i przy niewymagających pomyślunku pracach domowych typu sprzątanie, prasowanie. Ale i tak czytanie uszami jest u mnie w mniejszości.

            Odpowiedz
            • visage
              19 sierpnia 2015 o 20:47
              Permalink

              Audiobooki to zupełnie nie dla mnie, wyłączam się po pierwszych zdaniach i budzę się w środku akcji, o której nic nie wiem :) Mogę słuchać tylko tych książek, które i tak znam na pamięć i mogę się włączać w dowolnym momencie.

              Odpowiedz
              • 19 sierpnia 2015 o 21:05
                Permalink

                Ja usypiałam – dosłownie… Dlatego nie mogę słuchać audiobooka w łóżku, czy jadąc samochodem (nawet jako pasażer, bo jako kierowca to w ogóle odpada ;-) – muszę ze słuchaniem łączyć jakąś niepozwalającą zasnąć czynność. :D

                Odpowiedz
  • 19 sierpnia 2015 o 20:43
    Permalink

    Bardzo mi się Twoja relacja – z nieodległych stron – podobała. Jakieś dalsze plany na literackie podróże po Małopolsce? Skutek uboczny: przypomniałeś mi o Orkanie, którego wreszcie powinnam cokolwiek przeczytać, z przyczyn lokalno-patriotycznych :)

    Odpowiedz
    • visage
      19 sierpnia 2015 o 20:48
      Permalink

      Dzięki. Urlop się skończył, więcej podróży w tym roku nie będzie:)
      Szukałem śladów Orkana w Szczawnicy, bo Komorników od dawna chcę przeczytać, ale nie znalazłem. I dopiero pisząc ten wpis, sprawdziłem, że on to z Gorców był w zasadzie, więc nic nie znajdę.

      Odpowiedz
      • 20 sierpnia 2015 o 14:38
        Permalink

        A jakże, z Gorców, tak jak ja :). U nas co druga instytucja nosi imię Orkana. Szanowna matka pisarza pieszo chodziła z Poręby Wielkiej do Krakowa, żeby zaprowiantować syna pobierającego nauki w gimnazjum. Pewnie boso chodziła, a buty wkładała dopiero na rogatkach miasta – tutaj nie jestem pewna, czy to wiem (to o butach), czy sama wymyśliłam, ale wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Niestety przez 12 lat mojej edukacji w lokalnych szkołach żaden z nauczycieli nie zaproponował uczniom zapoznania się z choćby jednym utworem Orkana, choć samo jego imię sławione było wielce. Cóż, trzeba będzie w wieku dojrzałym nadrobić zaległości z młodości ;) A jeśli chodzi o ślady Orkana, to postaram się wybrać do Orkanówki jesienią (i zamieścić o tym wpis na blogu).

        Odpowiedz
        • visage
          20 sierpnia 2015 o 14:45
          Permalink

          Zwykle tak jest, że za nazwami placówek nie idzie głębsza znajomość dzieł patrona. Kto zresztą w ogóle czyta dziś Orkana? Ci Komornicy ponoć szalenie naturalistyczni, więc liczę, że będzie dobrze.
          Wycieczka do Orkanówki zapowiada się ciekawie, może będzie tam wyjaśnione, czemu druga zona Orkana tak bardzo nie lubiła tego domu?

          Odpowiedz
  • 20 sierpnia 2015 o 10:56
    Permalink

    Wędrowanie literackimi szlakami to dla mnie jedno z milszych wędrowań. Podłączyłam się pod wasze eskapady i cichutko podążałam z wami. Zawsze ujmuje mnie to tropienie czyichś śladów w odwiedzanych miejscowościach.

    Odpowiedz
    • visage
      20 sierpnia 2015 o 10:59
      Permalink

      Miło nam, że Ci się podobało. Ja nie byłem nastawiony na tropienie śladów, więc do pomnika Sienkiewicza i do tablicy Konopnickiej wracaliśmy specjalnie, bo nie przyszło mi do głowy, żeby od razu robić zdjęcia:) Pomniczka Mickiewicza w Krościenku ostatecznie w ogóle nie sfotografowałem i teraz żałuję bardzo.

      Odpowiedz
  • 21 sierpnia 2015 o 16:00
    Permalink

    Ze dwadzieścia lat temu byłam w Pieninach i uważam,że to są najpiękniejsze góry, jakie widziałam. Pamiętam, że przed jednym ze szlaków był na krzyżu przydrożnym napis: A teraz stań i podziękuj Bogu za to, że masz oczy. Przepięknie tam jest. Szczawnicę też pamiętam i te lody nakładane łychą i ważone. Nadal jest tam ta stara waga z takimi kilogramowymi odważnikami czy się przerzucili na elektroniczne?
    Na Trzy Korony nie wlazłam i na Sokolicę też nie, bo mam lęk przestrzeni, ale te wąwozy, polany…ech…ja tam kiedyś wrócę.

    Odpowiedz
    • visage
      21 sierpnia 2015 o 21:33
      Permalink

      Krzyż wciąż stoi przy szlaku z Krościenka na Trzy Korony, napis też jest. W lodziarni wagi elektroniczne, więc nie jest to pewnie takie efektowne jak waga z odważnikami.
      Szlak na Sokolicę to taki bardziej klaustrofobiczny jest, bo lasem, a na szczyt wychodzić nie ma przymusu:) Ja mam lęk wysokości, więc przy tych wszystkich barierkach dostawałem zawału, ale czego się nie robi dla dzieci :P

      Odpowiedz
  • visage
    21 sierpnia 2015 o 22:44
    Permalink

    Nie byłam w tych rejonach jako żyję, ale widzę, że wielem straciła. Ilość literackich śladów niewiarygodna – jakiś strasznie kulturalny ten lokalny PTTK, aż mam ochotę ich uściskać:)
    A zdrój Wal [w] ryj boski!:)

    Odpowiedz
    • visage
      21 sierpnia 2015 o 22:46
      Permalink

      PTTK lokalnemu należą się pochwały, bo tych tablic jest trochę, niekoniecznie literackich. Szkoda tylko, że nie poprosili kogoś o korektę przed ich wykonaniem, przecinki są wstawiane nader fantazyjnie.
      Zdrój pokochałem od pierwszego wrażenia, żałuję, że nie ma tam choćby najmniejszej tabliczki informacyjnej.

      Odpowiedz
      • visage
        23 sierpnia 2015 o 20:57
        Permalink

        Czepiasz się, doprawdy. Zapewniam Cię, że sukcesem będzie jeśli turyści w ogóle dostrzegą, że a) są tablice, b) dotyczą pisarzy. Na przecinki na pewno nikt nie zwróci uwagi.
        A jeśli chodzi o tablicę przy zdroju – oczekiwałbyś informacji kto wali i w czyj ryj, czy też jakiejś innej?:P

        Odpowiedz
        • visage
          23 sierpnia 2015 o 21:25
          Permalink

          Taki już ze mnie wredny gramatyczny nazista:P Przy zdroju by mię interesowało, kim była nadobna Waleryja i na co pomagają wody jej zdroju, poza tym, że wprawiły mnie na cały dzień w dobry nastrój nazwą :P

          Odpowiedz
  • 25 sierpnia 2015 o 09:14
    Permalink

    Te rozpadające się, niszczejące budynki sanatoryjne, to chyba cecha charakterystyczna wszystkich polskich zdrojów. Też obserwowaliśmy. Do Szczawnicy wrócę, jak wyleczę młodzież z lenistwa marszowego :P

    Odpowiedz
      • 25 sierpnia 2015 o 09:19
        Permalink

        A to różnie. Ostatnio, na rowerku ze Starszym, pomogło info o orlenowskim hot dogu. Tak, wiem, wiem :P

        Odpowiedz
          • 25 sierpnia 2015 o 11:29
            Permalink

            Bardziej prymitywne, to byłyby jagódki z krzaczka przy drodze. Żelki to pełen wypas i szczytowe osiągnięcie spożywczej chemii :D

            Odpowiedz
              • 26 sierpnia 2015 o 11:03
                Permalink

                A u mojego Młodszego nastąpił przełom i Babcia Krysia nie musi już produkować bułeczek bez owocowej wkładki. I szarlotki bez jabłek :P Starszy jest owocożerny i woli wciągnąć pół kilo winogron niż żelki :D

                Odpowiedz
  • 25 sierpnia 2015 o 17:21
    Permalink

    Nostalgicznie… Dla mnie te okolice ro dzieciństwo, młodość, macierzyństwo itd. Wracam tam chętnie. Najpiękniejszy – dla mnie- teren Pienin to nie ta część z Sokolicą i Trzema Koronami, ale po drugiej stronie Dunajca, do wąwozu Homole czy po słowackiej stronie- tam z reguły pusto. A lody to za dworcem autobusowym ? kiedyś właścicielem był pan Jacak (chyba), do tych lodów to cały rok się tęskniło

    Odpowiedz
    • visage
      25 sierpnia 2015 o 21:38
      Permalink

      Na słowacką stronę nie dotarliśmy, ale Homole jest piękne, chociaż zatłoczone. Lody za dworcem dalej są Jacaka, już za nimi tęsknię:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: