Przyjaciel numer 37 o Witkacym

Witkacy, Portret wielokrotny, 1915-1917 (źródło).

Witkacy, Portret wielokrotny, 1915-1917 (źródło).

Kiedy pod koniec liceum przechodziłem fazę Witkacego, zastanawiałem się, czy czytam dzieła geniusza i wizjonera, czy zgrywusa, który robił wszystkich w konia, wypisując, co mu fantazja i używki podsunęły. Nigdy tej kwestii nie rozstrzygnąłem, a lekturę Witkacego w końcu zarzuciłem. Na pewno była to jednak postać barwna, nietuzinkowa i niejednoznaczna, co przyznają chyba zgodnie wszyscy świadkowie epoki, nawet ci, którzy nie cenili wysoko jego twórczości – tak jak Antoni Słonimski, którego wspomnienie zamieszczam niżej. Typowa dla Witkacego atmosfera skandalu i tajemnicy nie rozwiała się nawet po jego śmierci, by wspomnieć pogłoski o tym, że samobójstwo było sfingowane, i sprowadzenie do Polski zwłok nieznanej kobiety, którą pochowano w Zakopanem pod nazwiskiem Witkiewicza. Witkacy popełnił samobójstwo 76 lat temu, 18 września 1939 roku. 

WITKACY. STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ. Na okładce powieści Witkacego Pożegnanie jesieni widnieje motto: „Czymże jest, o naturo, twych pocieszeń mowa Wobec żądz, które budzisz twym mrocznym obszarem. Antoni Słonimski.” W przedmowie pisze Witkacy: „Pomieszczam jako motto urywek z wiersza jednego z najprzykrzejszych moich «wrogów», Antoniego Słonimskiego, nie dlatego, żeby pozować na fałszywy obiektywizm, tylko po prostu dlatego, że mi się ten wiersz bardzo podoba i jest jako motto odpowiedni. Jednak muszę zaznaczyć, że w sądach moich o sztuce nie kieruję się ani osobistymi względami, ani polityką, ani niczym innym, oprócz tego, czy uważam daną rzecz za artystycznie dobrą czy złą. Niestety muszę stwierdzić, że ten stosunek do dzieł sztuki jest u nas rzadkością.”

Witkacy, Autoportret, 1924 rok (źródło)

Witkacy, Autoportret, 1924 rok (źródło)

A więc wróg czy przyjaciel? Zwracam uwagę, że słowo „wróg” opatrzone jest cudzysłowem. Zwalczaliśmy się, godzili i rozchodzili, ale zawsze, gdy przyjeżdżałem do Zakopanego, bawiliśmy się razem wybornie, gdyż Witkacy był osobą niezwykle atrakcyjną. O mojej Wieży Babel wystawionej przez Schillera w Teatrze Polskim pisał: „Możliwe jest, że uda mi się załatwić z Wieżą Babel w trzech, czterech skróconych felietonach, ale może napiszę o niej piętnaście, o ile mnie nie wyleją za to z pisma, w którym mam przyjemność pracować.” Wyleli. W „Przeglądzie Wieczornym”, gdzie dzięki wstawiennictwu Boya objął stanowisko recenzenta, mimo trzech nowych premier, pisał wciąż o Wieży Babel. Może i dobrze się stało, bo szkoda byłoby tego „demona zakopiańskiego” na warszawskiego dziennikarza. Po recenzji z Wariata i zakonnicy, którą rozpocząłem zdaniem: „Każda wielka sztuka deformuje życie, nie znaczy to jednak, aby każda deformacja była sztuką” — Witkacy przysłał mi formalne zawiadomienie, iż na liście przyjaciół przeniesiony zostałem z miejsca numer 4 na miejsce numer 37, to znaczy poniżej Chwistka.

Niestety, przyznać muszę, iż nie zmieniłem moich poglądów na twórczość Witkacego. Malarzem był manierycznym, a trzeba pamiętać, że malował w najświetniejszej epoce Młodej Polski. Dowolność całkowita, którą ożywiał swój teatr, powodowała nie ożywienie, ale martwotę. Nigdy nie byłem zaskoczony tym, co się w jego sztukach działo, bo tam, gdzie wszystko jest możliwe, nic nie dziwi. Witkacy minął się ze swoją epoką, nie zrobił kariery za życia, bo czas odzyskania niepodległości nie tworzył podatnego klimatu dla „bebechowych kataklizmów”. Zwyżkował na zasadzie światowej bessy teatru tradycyjnego, na wyczerpaniu się sceny nonkonformistycznej, walczącego teatru Ibsena i Shawa. Ktoś powiedział, że pesymista to człowiek, który wygrywa wszystkie zakłady. Pisał sztuki bezsensowne i czas bez sensu dał mu uznanie. Zastanawiają się dziś krytycy, czemu Boy popierał Witkacego, a namiętnie go zwalczał Irzykowski. Wydawałoby się przecież, że mniej pasował do gustów i światopoglądu Boya, a bliższy był metafizycznym dociekaniom Irzykowskiego. Wytłumaczenie tego paradoksu wydaje mi się bardzo proste. Irzykowski nie miał poczucia humoru, a to, co Boya i nas, jego przyjaciół, łączyło z Witkacym, to był właśnie jego diaboliczny humor. Nie był wielkim artystą, ale był osobowością na pograniczu genialności.

Witkacy, Autoportret z samowarem, 1917 rok (źródło).

Witkacy, Autoportret z samowarem, 1917 rok (źródło).

Trudno nie wspomnieć o jego wspaniałym aktorstwie i maestrii reżyserowania zdarzeń zakopiańskich. „Demon Zakopanego”, bo tak sam siebie nazywał, był nie mniejszą osobliwością lokalną niż Giewont czy Morskie Oko. Mój przyjaciel Antoni Sobański opowiadał mi bardzo zaintrygowany: „Ciekawe, kto to mógł być? Pan o cienkich nóżkach, sporym brzuszku i pięknej głowie, który w łaźni śpiewał kobiecym głosem angielskie piosenki.” — „Za łatwe mi zadajesz pytanie — odpowiedziałem. — Oczywiście, to mógł być tylko Witkacy.” Gdy przyjeżdżałem do Zakopanego, Witkacy wręczał mi tak zwany plan sytuacyjny: „Jeżeli będziesz siedział z Rytardami, to Malczewscy się nie przysiądą. Kopucha nie gra z Kornelem. Tymon nie siada z Pimkiem.” Na drzwiach swojej pracowni wypisał Witkacy: „Gościu won! W razie gdyby, mnie nie było w jadalni, jestem w kuchni.”

Jednym z piękniejszych wyczynów Witkacego była pierwsza próba wprowadzenia filmu mówionego. Wiadomo było, że już na świecie są kina dźwiękowe, a u nas za parawanem przygrywała na pianinie anonimowa paniusia. Byliśmy z Guciem Zamoyskim wszyscy trzej lekko pod gazem. Poszliśmy do kina. Witkacy objął w filmie rolę kobiecą i wykrzyknął piskliwie: „Ryszardzie, czy stłamsisz mnie i porzucisz z dzieckiem?” — „Nigdy — odpowiedziałem basem — nie porzucę cię, póki nie zgnije najdrobniejszy korzonek mego drzewa ginekologicznego.” Prowadziliśmy dłuższą chwilę ten pełen napięcia dialog, gdy wreszcie zrobiła się awantura. Pani zza parawanu oświadczyła: „Albo ja, albo ci panowie.” Wyproszono nas z kina przy czynnej pomocy miejscowego policjanta. Już przy wyjściu Witkacy nagle postawił sprawę na gruncie towarzyskim: „Pan się nam nie przedstawił.” Policjant stuknął obcasami i oznajmił, że nazywa się Pieniążek. Witkacy mruknął: „Witkiewicz”, Gucio dodał: „Zamoyski”, a ja, by nie obniżyć lotu, przedstawiłem się: „Sienkiewicz”. Policjant był zgorszony i zasmucony: „To panowie mają u nas własne ulice, a nie potrafią się zachować w bioskopie.”

Witkacy, Autoportret, 1931 rok (źródło).

Witkacy, Autoportret, 1931 rok (źródło).

Wiele było wróżebności w sztukach Witkacego, a jego formizm i polemiki na ten temat prowadzone z Chwistkiem nie straciły do dziś na aktualności. W pamiętnikach Lechonia znalazłem powiedzenie Franca Fiszera, który zwalczając ówczesny formalizm propagowany przez Wacława Grubińskiego, zgodził się z jego punktem widzenia, dodając: „A więc dobrze. Na twoim grobie napiszemy: «Tu leży forma całkowicie pozbawiona treści».”

Nie wiem nawet, gdzie jest grób Witkacego, zmarłego tragiczną śmiercią samobójczą. Nie będzie zapomniany. Napisać by chyba można na jego grobie, że była to treść dynamiczna, która rozsadzała wszystkie formy i kanony sztuki, której był samotnym, nie uznanym za życia prekursorem.

Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, s. 256–259.

(Visited 555 times, 6 visits today)

32 thoughts on “Przyjaciel numer 37 o Witkacym

  1. Świetna ta anegdota o bioskopie – jak to u Słonimskiego. Zamierzam coś tam skrobnąć o jego pierwszym tomie „Kronik”, ale nie wiem, czy to ma sens, bo tak czy owak wpis wypadnie blado – najlepiej by było, gdyby składał się z samych cytatów.

    Też się do tej pory prześlizguję obok Witkacego, może dlatego, że na wielu fotografiach wygląda tak, jakby zaraz miał kogoś zamordować, a już zwłaszcza wszystkich ignorantów, którzy nie zrozumieli jego twórczości…

  2. Fascynację Witkacym do dzisiaj uważam za jeden z przyjemniejszych młodzieńczych feblików.;) Na pewno wiele było w nim z kabotyna, pozera itp., ale jednak był też artystą, i to nieprzeciętnym. Być może – jak pisze AS – wyprzedzał swoją epokę, tacy np. „Szewcy” brzmią dzisiaj nadal aktualnie.
    Ciekawi mnie, jak odnalazłby się w dzisiejszych czasach.

    • Moim zdaniem Witkacy czułby się u nas jak ryba w wodzie, a Pudelek miałby o czym pisać. Niech się schowają skandale z Witkowskim i duetem Dunin-Karpiński.
      Dojrzewam powoli do powtórek, wybór dramatów od dłuższego czasu leży na wierzchu.

  3. Fantastyczny tekst i cieszę się, że go przypomniałeś (właściwie zapoznałeś mnie z nim). Mi należy się jedynka do dzienniczka z uważnego czytania, bo czytam i czytam i „mój przyjaciel Antoni Sobański” i nagle się orientuję, że to wielki cytat jest z kogoś innego, wstyd :D

    A „622 upadki Bunga” wielką powieścią są moim skromnym zdaniem.

  4. „Na liście przyjaciół przeniesiony zostałem z miejsca numer 4 na miejsce numer 37, to znaczy poniżej Chwistka” — to chyba zasługuje, żebym wreszcie użyła tego znaczka: <3

    Mnie uznanie dla Witkacego jak dotąd nie przeszło (i nie przeszkadza mi to "geniusz czy szarlatan", bo w tym przypadku wydaje mi się, że obaj na raz i sobie tam wcale nie przeszkadzają). Najlepiej do dzisiaj mam obczytane jego sztuki, ale czaję się na garść powieści, których nie znam. Marzy mi się, żeby ktoś napisał powieść o tym, co robił Witkacy po 18 września, jeśli samobójstwo było sfingowane.

    • Ja miałem szmery w podświadomości w związku z tą dwoistością. Jako młodemu aspirującemu inteligentowi jakoś nie podobała się myśl, że facet być może robił sobie kpiny, a ja mam się zachwycać? Niesłychana rzecz :D Ale jakiś czas temu postanowiłem wrócić, wyciągnąłem tom dramatów i czekam na impuls.
      Teza o sfingowanym samobójstwie została z hukiem obalona, ale jako motyw dla powieści byłaby całkiem niezła. Witkacy jako autor propagandowych rysunków w podziemnych gazetkach, a po wojnie prowadzący zakład fotograficzny na prowincji. Obawiam się jednak, że w rzeczywistości podzieliłby los Boya-Żeleńskiego.

      • Właśnie chyba zawsze miałam słabość do takich typów, co to nie wiadomo, czy są na serio, czy jednak cały czas przybierają kolejne pozy (w literaturze rzecz jasna ;)). Natomiast z tą powieścią — właśnie, właśnie, bo moim zdaniem taka w klimacie Quentina Tarantino by była cudowna: taka, która oddaje sprawiedliwość, jakiej po prostu nie było.

        • Pozerzy są u mnie spaleni, literaccy też :) A co do powieści, to aż dziw, że życie Witkacego nikogo nie zainspirowało do napisania takiej historii, nawet luźno opartej na faktach. Wydawałoby się, że tak barwa postać aż się prosi o wykorzystanie.

  5. Dzisiaj Witkacy mógłby wyrzucić znajomych z fejsbuka. O ile by na nim był, ale pewnie tak. Literacko nigdy mnie nie pociągał; próbowałam coś czytać, ale jakoś nie czułam klimatu. Nie wiem czy dzisiaj jestem już na tyle walnięta, żeby spróbować ponownie:P
    Wspomnienie z bioskopu fantastyczne! Nie wiem czy o to chodziło, ale chyba dzisiaj wieczorem poczytam sobie Słonimskiego:)

  6. Poza Polską Witkacy jest znany jako fotograf. Jego twórczość (poza dramatami) można odczytywać jako manifest wobec sztuki, przeczuwał to, co się właśnie stało, czyli ową komercję, na którą się nie zgadzał.
    Mówi się, że przeżył jedną wojnę (uczestnicząc w walkach) a druga go zabiła.
    To fantastyczna i trudna postać, owiana nie jedną legendą.
    Ojciec despota, który zwykł mawiać „Najważniejsza w życiu jest wolność, pamiętaj o tym, ale jak nie będziesz mnie słuchał, to źle skończysz”. To ja dziękuję za taką wolność… Ale matka też nie była lepsza (wtrącała się do jego życia uczuciowego).
    Chociaż znany jest epizod taki, gdy Witkiewicz zdecydował się wyjechać z Zakopanego to sprawdzał, czy matka może bezpiecznie wyskoczyć przez okno domu w razie pożaru (góralskie drewniane budownictwo) wiedział, że musi sama na siebie liczyć.
    Zdumiewa fakt, że o niej, mało się mówi. Tak jak o problemach socjalizacyjnych Witkiewicza (edukacja domowa, specyficzna, zważywszy na warunki i otoczenie w jakim przyszło mu żyć) no i oczywiście samobójstwo narzeczonej….
    Temat rzeka…
    Pozdrawiam,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *