Nie zna życia, kto nie służył w marynarce (Karol Olgierd Borchardt, „Kolebka nawigatorów”)

DSC_0244

Życiorysem kapitana Karola Olgierda Borchardta można obdzielić kilka osób. Urodzony w Wilnie, w wieku piętnastu lat brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Ukończył Szkołę Morską w Tczewie i pływał na polskich transatlantykach, by po uzyskaniu stopnia kapitana żeglugi wielkiej objąć dowództwo żaglowca szkolnego „Dar Pomorza”. W czasie wojny brał udział m.in. w kampanii norweskiej i został ranny, gdy zatopiono jego okręt. Po wojnie skupił się na kształceniu przyszłych marynarzy i pisaniu.

Materiału do snucia opowieści Borchardtowi więc nie brakowało. Z wielką swadą przedstawiał własne dzieje, kreślił sylwetki swych kolegów, przyjaciół, współpracowników, omawiał historię statków – okraszając wszystko detalami i ciekawostkami, a także refleksjami o życiu i szerokim tłem historycznym. „Kolebka nawigatorów” opowiada o początkach marynarki II Rzeczpospolitej, szczególnie o dziejach żaglowca „Lwów”, na którym szkolili się studenci Szkoły Morskiej w Tczewie.

"Lwów" na równiku, 1923 rok (źródło).

„Lwów” na równiku, 1923 rok (źródło).

Zbiór otwiera opowieść o polskiej flocie, począwszy od czasów Zygmunta I Starego, po czym autor przechodzi do organizowania marynarki w niepodległej Polsce – a nie wszyscy wtedy rozumieli konieczność posiadania nowoczesnych okrętów i wykształconych marynarzy. Mimo to szkoła w Tczewie i „Lwów” stały się tytułową „kolebką nawigatorów”. Borchardt wspomina dzieje szkolnej jednostki, w tym jej egzotyczny rejs do Brazylii, życie codzienne, wypełnione nauką i pracą, trudem, ale i radością młodych ludzi (którzy prześcigali się w popisach zręczności na rejach kilkadziesiąt metrów nad pokładem, co szczurom lądowym podnosi włosy na głowie); przedstawia sylwetki oficerów i swych kolegów, „pochodzących z trzech zaborów i z różnych środowisk społecznych, bez żadnych tradycji morskich, ze zróżnicowanym pojęciem dyscypliny i stopniem wrażliwości”, którzy przekształcili się w pierwszorzędnych marynarzy. To wszystko przeplatane jest historycznymi ciekawostkami, na przykład historią gwizdka bosmańskiego czy chronometrów i obliczania długości geograficznej.

Borchardt nie ogranicza się jednak tylko do czasów „Lwowa”. Opowiada też przypadki ze swej pracy na polskich transatlantykach, wojenne i powojenne, gdy pływał w Amazonii, a potem uczył przyszłych nawigatorów i rybaków. Znakomita jest historia o przewozie orzechów z Brazylii do Nowego Jorku, z opisem starań o utrzymanie ładunku w jak najlepszym stanie. Interesujący jest bardzo obszerny „Suchy dok”, w którym autor dzieli się swoimi przeżyciami z pobytów w szpitalach w różnych okresach życia; na wesoło i na poważnie przedstawia wydarzenia i poznanych wówczas ludzi. Sporo miejsca poświęca też nauczaniu w Szkole Rybołówstwa Morskiego w Gdyni, a nawet własnym zmaganiom z nauką hieroglifów.

Borchardt jest wielkim erudytą, kopalnią wiadomości o dziejach marynarki, ze szczególnym uwzględnieniem nawigacji, i znakomitym gawędziarzem o barwnym, lekkim stylu. Potrafi tworzyć miniatury skrzące się humorem lub pełne dramatyzmu. Widać to też w „Kolebce nawigatorów”, chociaż obok wielu zalet tom ma też wady – zdarzają się powtórzenia, niekiedy w dwóch sąsiednich tekstach, autorowi zdarza się zaplątać w opowieści albo napisać coś nudniejszego; nużący może też być tu i ówdzie nazbyt kwiecisty styl. Przygodę z opowieściami Borchardta zdecydowanie lepiej zaczynać od klasycznego już „Znaczy kapitana” lub „Szamana morskiego”, które pozbawione są tych słabości.

Karol Olgierd Borchardt, Kolebka nawigatorów, Bernardinum 2010.

(Visited 526 times, 12 visits today)

12 thoughts on “Nie zna życia, kto nie służył w marynarce (Karol Olgierd Borchardt, „Kolebka nawigatorów”)

  1. Jedyną jego książką, którą przeczytałam, była „Znaczy kapitan” – wspominam ją wyjątkowo dobrze, a trzeba wziąć poprawkę na to, że byłam wtedy smarkulą bezczelną i mocno niedojrzałą, pochłaniającą wszystko, co znalazła na domowych i bibliotecznych półkach. Chyba nie wiedziałam też, kim jest Borchardt i niezbyt mnie to interesowało. Ale jak się to czytało!…

  2. Już nie pomnę w której z czytanych książek i czy na pewno kapitan Borchardt, ale jeśli skleroza nie myli, to chyba on, przepraszał za styl, bo on nie pisarz. I ja mu za świetną, mimo potknięć (bo i te wymienione na końcu tekstu nie są od nich wolne), lekturę, z tego miejsca, dziękuję serdecznie. A aferę ogórkową, kołduny i handszpaki „pałami”, to pamiętam jak dziś :D

      • Może podejdź do tego w ten sposób, że nawet najlepszemu gawędziarzowi zdarza się wracać do ulubionych historyjek (vide wuj, co to setny raz przy obiedzie zaczyna, jak on tę wujnę po raz pierwszy zobaczył). Ja pewnie mam wyższą tolerancję na takie błędy, a u Ciebie zadziałało zboczenie. Zawodowe, rzecz jasna. Słowem, nie grymasić tylko czytać trzeba :D

  3. Mój tata czytał sporo Borcharda, na jego półce do dziś stoi kilka jego książek. Może więc i ja sięgnę, bo przyznaję, że nie przeczytałam ani jednej. A temat mi bliski:)

  4. Czytając czy raczej słuchając Kolebki nawigatorów odniosłam wrażenie, że Borchardtowi lepiej opowiadało się o ciekawych osobowościach niż o samym morzu, statkach, własnej pracy i historii statków. W tym drugim przypadku owszem nie raz daje popis erudycji… niestety, popisy te dla laika mogą okazać się cokolwiek nudne i męczące. Rekompensuje to jednak tym, że w tych wszystkich wywodach czuć jego miłość, jego fascynację morzem i okrętami.

    • Faktycznie i Borkowski, i Stankiewicz to były typy, o których pewnie pisało się bez wysiłku, ale nie zgodzę się z tym do końca, że lepiej mu wychodziły osobowości. Opowieści z Krążownika spod Somosierry są świetne, a dotyczą, o ile pamiętam, głównie właśnie losów okrętów. Kolebka chyba po prostu zbiera teksty z jakiegoś nienajlepszego okresu i trochę mało selekcji wydawca wprowadził.

      • Albo nie tyle z nie najlepszego okresu, co wcześniej przez autora odrzucone, jako zbyt słabe.
        No, a do osobowości to warto jeszcze dodać Pacewicza, któremu wprawdzie Borchardt nie poświęcił osobnej powieści, ale dużo o nim jest w Szamanie Morskim.
        I bardzo, bardzo polecam prozę Borchardta (zwłaszcza Znaczy Kapintana i Szamana Morskiego) w wersji audio w interpretacji Adama Szyszkowskiego. On rewelacyjnie czyta teksty wypowiadane przez każdego z ww. kapitanów. A że to, co pisał Borchardt ja określam jako morskie opowieści, to uznałam, że warto posłuchać jak ktoś snuje te opowieści. Zwłaszcza jak w tle słychać morza szum i skrzek mew…

        • Niestety wydawca nie raczył opatrzyć Kolebki żadną notą edytorską. Niemożliwe jednak, żeby chodziło o rzeczy odrzucone jako zbyt słabe, bo jest tu kilka znakomitych tekstów. Być może wersja autorska byłaby poprawiona w stosunku do pierwodruków prasowych.
          Do audiobooków mam dość ambiwalentny stosunek, bo zwykle albo nie mogę się skupić, albo przeszkadza mi cudza interpretacja, ale skoro mewy i fale, to poszukam jakiegoś kawałka na próbę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *