Czarny Sfinks (Kazimierz Nowak, „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”)

Zmarł w wieku 40 lat. Niedoceniony, nienagrodzony, znany nielicznym i wreszcie na długie lata zapomniany. Kazimierz Nowak, poznański urzędnik, fotograf i podróżnik amator, który w 1931 roku wraz ze swym rowerem ruszył w kierunku Afryki, by przemierzyć ten kontynent z północy na południe i z południa na północ. Sam, dysponując skromnymi środkami, dokonał rzeczy, która i dziś, w dobie niezliczonych ułatwień i udogodnień, dałaby mu sławę i rozgłos.

Miał stary rower, strzelbę i aparat fotograficzny. Koszty opłacał, wysyłając relacje do polskiej prasy i robiąc po drodze zdjęcia na zamówienie; korzystał z gościnności misjonarzy i życzliwych ludzi, w tym spotykanych Polaków. Kiedy rower się rozsypał albo warunki nie sprzyjały, przesiadał się na wielbłąda, konia, do łódki lub szedł pieszo. Wszystko to w upale, przy braku wody, wśród chmar owadów i napadów paraliżującej gorączki. Parł naprzód mimo tych znojów i braku sił. Co miał w zamian? Jak sam napisał, „ciszę puszcz i pustyń”, „bajkę lasu podrównikowego”, „czar pustyni”, noce upajające „niczym haszysz zażywany przez Tuaregów na Saharze”. Wreszcie swobodę, którą opłakiwał po zakończeniu wyprawy:

Powrót wydaje mi się nie nagrodą, a więzieniem, które nakazuje ubrać się tak, jak wszyscy, jeść to, co wszyscy. Trzeba będzie znów żyć w ciasnocie murów, a zamiast spoglądać w błękit niebios czy na usiany gwiazdami granat stropu niebieskiego, patrzeć będę w sufit.

Niespieszna podróż pozwoliła Nowakowi na zerknięcie za zasłonę spowijającą „czarnego Sfinksa”, na poczynienie obserwacji i doświadczenie Afryki na własnej skórze: jej klimatu, przyrody, chorób, ale też stylu życia i problemów społecznych i politycznych. W licznych korespondencjach barwnym stylem opowiada o swoich przejściach, niekiedy migawkowo, niekiedy przedstawiając dokładniej jakiś epizod czy anegdotę. Jest w tym podziw dla potęgi i różnorodności natury i wiele gorzkich słów pod adresem ludzi. Afryka to bowiem kontynent wyzysku, rasizmu i zbrodni. Tak wychwalany cywilizacyjny wpływ białych to tylko propagandowa zasłona dla rabunku i chciwości, to pretekst do narzucania religii, podatków, niewydolnej biurokracji, likwidowania odrębności plemiennych i kulturalnych, ujarzmiania i niszczenia przyrody poprzez choćby rabunkowe polowania i eksploatację surowców:

Dzisiejsza Afryka traci urok egzotyczny, Murzynów zapędzono w rezerwaty, zgrupowano we wsiach koszarach. Znikły malownicze wioski, stroje fantastyczne zastąpiono tandetą japońską czy starymi frakami i inną odzieżą zebraną na śmietnikach Zachodu. […] Nawet florę i faunę modernizuje się, nagina do woli wygodnych ludzi XX wieku […].

Nowak dostrzega ciężkie położenie lokalnej ludności, piętnuje postępowanie białych wobec niej, ale nie idealizuje Murzynów. Jego relacje pełne są barwnych opisów zwyczajów, fryzur, tatuaży, strojów, sposobów przygotowywania jedzenia, ale też nędzy i ucisku – jak choćby w opowiadaniu o slumsach Afryki Południowej. Wielokrotnie jednak podkreśla również lenistwo tubylców, żarłoczność, zaniedbanie, uleganie jedynie brutalnej sile i krzykowi. Dziś brzmi to niepoprawnie politycznie, ale pewnie tak samo podróżnik opisywałby inne nacje, gdyby zetknął się wśród nich z podobnymi przypadkami. Te cechy w pewnym stopniu pewnie usypiały czujność białych kolonizatorów, Nowak natomiast, sam z kraju, który niedawno odzyskał niepodległość, słusznie wieszczył, że pewnego dnia nastąpi zemsta:

Zdaje się nam na ogół, że ludy tubylcze nie mają swojej cywilizacji, żyją w stanie zwierzęcej pierwotności i nieświadomości. Tak jednak nie jest! Ludy tubylcze czekają. Murzyn przelał obficie swą krew, uległ przemocy, poddał się i czeka… Tak, czeka na chwilę polowania na tych, którzy go zamknęli do złotej klatki. Pozornie złotej…

Przywrócenie pamięci o Kazimierzu Nowaku jest zasługą Łukasza Wierzbickiego, który przez wiele lat wyszukiwał teksty rozproszone w prasie i fotografie z afrykańskiej ekspedycji, przygotowując do druku kolejne, coraz obszerniejsze zbiory reportaży poznaniaka. Ukazało się dotąd siedem wydań książki, co już jest fenomenem na naszym rynku. A jeszcze doszły do tego książka dla dzieci czy wielki projekt wyprawy śladami podróżnika. Wydaje się, że wreszcie, niemal 80 lat po śmierci Kazimierza Nowaka jego dorobek na trwale wszedł do naszej świadomości. Poznajemy nie tylko niestrudzonego wędrowca, ale i wnikliwego reportera oraz znakomitego pisarza (i takiegoż fotografa). Relacje warto smakować powoli, zwracając uwagę na detale i barwny, lekko niedzisiejszy język, trochę może miejscami zbyt egzaltowany jak na nasz gust, ale urozmaicony – poetycki w opisach przyrody, konkretny i dosadny wręcz w opisie realiów.

Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931–1936, oprac. Łukasz Wierzbicki, Sorus 2013.

Z Nowakiem wędrowali też AnnRK i Bazyl.

(Visited 428 times, 2 visits today)

47 thoughts on “Czarny Sfinks (Kazimierz Nowak, „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”)

  1. Rzeczywiście, ogromny wyczyn. W dodatku dawniejsze rowery to nie to co dzisiejsze, które – mówię oczywiście o tych droższych – niemal same jadą i można jechać i jechać bez zmęczenia. Skoro książka nie tylko ciekawa, ale i napisana ładnym i niedzisiejszym językiem, a taki lubię, trzeba będzie przeczytać. „Bajka lasu podrównikowego” – ładne to :)

    • Rower, jak widać na zdjęciach, w typie radzieckiej Ukrainy i chociaż nie był nowy, to jednak sporo przetrwał, póki się nie rozsypał. Ponoć resztki leżą gdzieś jeszcze w Afryce.
      Czytając, kiwałem głową nad jakością wykształcenia Nowaka, bo na pewno miał talent literacki, ale też nauczono go pisać, stosować rozmaite środki stylistyczne. Bardzo polecam.

      • @koczowniczko nie przesadzałbym z tymi nowoczesnymi, samojeżdżącymi rowerami, bo jednak nadal pcha je tylko siła ludzkich mięśni. Dodatkowo ludzie jeżdżący przez pustynie upraszczają maksymalnie sprzęt, bo jednak im więcej bajerów, tym więcej szans na to, że zdechnie coś, co w krajach afrykańskich czy azjatyckich jest po prostu nie do dostania/naprawienia. „Ukraina” może i jednobiegowa, ale maksymalnie prosta w obsłudze i raczej łatwa w serwisowaniu :)
        @ZwL Mnie za to podobała się prostolinijność Nowaka. Nie owijał chłop w bawełnę :)

        • Bazylu, chyba rzeczywiście trochę przesadziłam. Latem miałam okazję jeździć rowerem, który kosztował 5000, i miałam wrażenie, że ten rower „sam jedzie”. Ale oczywiście ja jeździłam sobie po drodze rowerowej, gdybym jechała po pustyni, pewnie narzekałabym na zmęczenie :-)

  2. W ’31 Afryka traciła egzotyczny urok :-) ciekawe, co by teraz powiedział. Nowak i tak miał szczęście bo chyba reminiscencje z podróży żadnego z Polaków, którzy byli w Afryce nie cieszyły się taką popularnością jak jego listy.

  3. Ale przecież Tarkowski junior zachowałby swój pszenno-buraczany typ urody i przodków także by się nie wypierał, skoro jednak jego płowa grzywka wychynęła już spoza mazowieckich pól to może by tak pójść z postępem i otworzyć się na świat? :-)

  4. Ostatnio znów powtarzałam z dziećmi „Afrykę Kazika” i znów obiecywałam sobie, że sięgnę po wersję dla dorosłych. Póki co jednak chyba się na to nie zanosi. Za to „W pustyni i w puszczy” będziemy czytać już wkrótce, a jakże:P

    • O, żyjesz :) Wersja dla dorosłych to jednak jest trochę czytania, ale w krótkich kawałkach, można do śniadania. W pustyni to chyba i moja córka nie zmogła, chociaż miała szczere chęci. Zdaje się, że ma to nadal na liście lektur, więc pewnie i tak będzie musiała.

      • Nie wiem czy żyję, na razie dostałam tylko przepustkę z zaświatów:P
        Czytanie w krótkich kawałkach to coś dla mnie. Długie kawałki nie mieszczą mi się w tych pięciu minutach jakie ostatnio upływają od momentu, w którym biorę książkę do ręki do momentu, w którym zasypiam.
        Starszego staram się nie straszyć czekającą go lekturą. Na razie podniecił się faktem, że będzie czytał egzemplarz, który jego własna babcia dostała pod choinkę prawie 60 lat temu, więc może nie zauważy tej strasznej treści?

          • Na razie – jak to na przepustce – rzuciłam się zachłannie na wszystko inne. Nowak musi poczekać.
            Zdaje się, że są tam jakieś ryciny, ale pokoleniu obrazkowemu może to nie wystarczyć. Z drugiej strony, dzielnie przeczytał Chłopców z Placu Broni, w wersji pozbawionej choćby malutkiego obrazeczka, więc może i tym razem da radę?

            • U nas jakoś nie widzę parcia na Chłopców z Placu Broni, a szkoda, bo osobiście uwielbiam. Za to ostatnio weszła cała Ania Shirley, niektóre tomy już po dwa razy, czyli jednak są lektury poza Harrym Potterem :)

              • U nas Harry Potter nie wywołał najmniejszego zainteresowania, wobec czego dla pocieszenia sama przeczytałam całość. Ale Starszy jest dla mnie czytelnikiem-zagadką. W ciemno mogę dawać mu tylko komiksy, przy całej reszcie staje się kapryśny niczym primadonna.
                Widząc szczere zainteresowanie Starszego, sama postanowiłam sobie przypomnieć”Chłopców z Placu Broni” (pamiętam niewiele). Niestety, na razie nie zmieścili mi się w grafiku.

                • Harry’ego cała rodzina może w kółko i na okrągło czytać. Czekamy jeszcze aż Młodsza podrośnie i będziemy urządzali maratony filmowe :)
                  Starsza właśnie z okazji ferii kazała sobie wyciągnąć różnych staroci z półek, jest szansa, że może chociaż kilka przeczyta, a nie tylko kolejnego Riordana.

                  • A wiesz, że ja do tej pory nie obejrzałam nawet jednego malutkiego filmiku o Harrym Potterze? I jakoś nie czuję żalu.
                    Na Riordana już parę razy patrzyłam, ale jakoś słabo mnie przekonuje. Zamiast tego wolę zaatakować Starszego kolejną Ożogowską, która do tej pory zawsze chwytała.

      • Ja od „Afryki Kazika” zaczęłam – syn i ja byliśmy zafascynowani. Potem, za namową przyjaciół, sięgnęłam po „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. Rzeczywiście warto przeczytać.

  5. Na poznańskim dworcu głównym znajdowała się swego czasu tablica pamiątkową, którą w 2006 roku odsłaniał Ryszard Kapuściński. Niestety, centrumhandlyzacja dworca i przepoczwarzenie go w obecną formę wyniosło tablicę gdzieś na Łazarz. A szkoda.

  6. Niezwykła wydaje mi się odwaga Kazimierza Nowaka. Wcześniej słyszałam już o jego wyczynach i za każdym razem jeży mi się włos na głowie. Swojego czasu fascynowały mnie podróże dookoła świata (ostatnio tak samo fascynują mnie wyprawy wysokogórskie), chyba nawet skrycie marzyłam o tym, aby rzucić wszystko i tak po prostu pojechać. Ale relacje z tych podróży, z problemów, chorób, niebezpieczeństw, a także niektóre zakończenia tych historii (oczywiście nie wszystkie) napawały mnie ogromnym przerażeniem. A przecież teraz mamy samochody, komórki, komputery, internet, leki prawie na wszystko, rozmaite środki, aby podróż odbyła się bezpiecznie i jeszcze te utarte afrykańskie szlaki, na które prowadzone są masowo wycieczki. To wszystko wydaje się, że gwarantuje 100% bezpieczeństwa. Oczywiście nic bardziej mylnego.

    Wydaje mi się wręcz, że ten prawdziwie dziki kontynent, taki jakim zastał go Kazimierz Nowak na swym rowerze był o wiele bardziej przyjazny i bezpieczny niż obecna skomercjalizowana, skorumpowana rzeczywistość.
    Smutne, ale prawdziwe.

    A książka bez wątpienia fascynująca.

    • A wiesz, że jak teraz sobie przypominam, to on chyba nic nie pisze o strachu? O tęsknocie za Polską, za rodziną, o własnej słabości, irytacji, nerwach, zachwytach, ale nie o strachu. Może poczucie wolności, jakie mu dawała ta wyprawa, przeważało nad strachem.
      I wtedy Afryka nie była idealnym miejscem, trudno oceniać, czy lepszym, czy gorszym niż dziś. Ale chyba zmiany dosięgły i tych miejsc poza utartymi szlakami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *