Świat bez kolorów (Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Preparator”)

Słuchamy wyznań pomywacza trupów, kazirodcy i mordercy? Poznajemy krwawe szczegóły zbrodni? Kulisy procesu? Nie. Słuchamy wyznań człowieka głęboko nieszczęśliwego, pozbawionego miłości, otoczonego przez sieć zakazów, odartego z własnych marzeń. Człowieka, który w przypływie rozpaczy posuwa się do ostateczności. A może słuszniej byłoby napisać, że został do tej ostateczności doprowadzony?

„Preparator” ukazał się w serii, która ma przedstawiać „sfabularyzowane historie głośnych zbrodni”. Nastawiłem się więc na rekonstrukcję wydarzeń, może sprawozdanie z procesu. Dostałem rekonstrukcję życia i sprawozdanie z życia, składane przez anonimowego bohatera anonimowemu reporterowi czy dziennikarzowi, który zadaje krótkie pytania i wywołuje strumień zdań, nieprzerwany wręcz strumień słów, układających się w przygnębiający obraz. Typowa rodzina: matka, ojciec, brat i siostra. Mieszkanie w bloku. Chłód emocjonalny.

Moja matka była osobą smutną. Nie pamiętam uśmiechu na jej twarzy. […] Jej oczy pełne nieokreślonego bólu, żalu. A dziecko widzi, czuje. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było. Być może nie była szczęśliwa z moim ojcem. Być może ojciec nie był szczęśliwy z nią. Być może całe to ich małżeństwo było wielką pomyłką.

Syna zawsze odpychała, wolała córkę. Ojciec też nie okazywał uczuć ani żonie, ani dzieciom. Stłamszony przez żonę, ożywiał się rzadko, przy przygotowywaniu wędek. To były też jedyne chwile bliskości z chłopcem, nie licząc wspólnych wizyt u fryzjera, które bohaterowi kojarzyły się z niemal mistycznym przeżyciem.

Bohater zawsze czuł się inny, niechciany, bezwartościowy. Niezbyt zdolny, stale porównywany z wzorową siostrą, brutalnie przestawiany na używanie prawej ręki. Miłość dawali mu jedynie dziadkowie, o miłości ojca przekonał się zbyt późno, zresztą była ona nieudolna, koślawa, jak sam ją określił. Miał nieszczęście spotkać ludzi, którzy zniszczyli jego poczucie wartości i marzenia: matkę, bo „miała talent do psucia najpiękniejszych chwil”, poznaną latem Czeszkę, przez którą doznał miłosnego zawodu i z którą porównywał później wszystkie kobiety, małostkowego fotografa, który z zawiści przekonał zdolnego, ale niepewnego siebie chłopaka, że jego zdjęcia są nic niewarte. Odebrali mu nadzieję i szansę na znalezienie dla siebie oparcia, rzeczy, z której mógłby czerpać siłę, bo przecież „marzenia trzeba mieć. Gratisowa inwestycja. Większość marzeń się nie spełnia, co wcale nie znaczy, że trzeba przestać marzyć, marzyć trzeba nawet dla tego jednego procenta, który się spełnia”. Możemy się tylko domyślać, jak potoczyłoby się życie bohatera, gdyby mógł zająć się fotografią, odnosić sukcesy, zyskać uznanie. Miał na to szansę, miał swoją wizję: jeśli fotografia, to czarno-biała, bo „ma dużą przewagę nad kolorową. Jest prawdziwsza, choć oddaje świat bez kolorów. Niektórzy mówią, że świat, ten, w którym przyszło nam żyć, tak naprawdę jest właśnie czarno-biały. Jest prawda i kłamstwo, a to, co pomiędzy, to nieprawda, to są właśnie kolory”.

Znalazł dla siebie inny azyl, miejsce, które dawało mu spokój i wolność – cmentarz. Znalazł pracę preparatora, potrzebną, choć pogardzaną przez większość: przygotowywał zwłoki do pogrzebów. Założył rodzinę, próbował normalnie żyć, ale nie było mu dane. Gromadząca się latami frustracja, rozczarowania, chory układ, w którym tkwił, brak nadziei doprowadziły do ostatecznego wybuchu.

Preparator to nie tylko zawód bohatera, ostatnia posługa oddawana zmarłym. On też dla nas wypreparowuje swoje życie, rozkłada je na czynniki pierwsze, pokazuje fragment po fragmencie. Odsłania rzeczy przykre, wstydliwe, mroczne, ale wskazuje też nieliczne jasne punkty, gasnące szybko. Mówi beznamiętnie, przechodząc płynnie od dygresji na tematy bieżące do swoich wspomnień, od rozważań o życiu w ogóle do analizy własnej egzystencji. Poznajemy człowieka, który wreszcie może opowiedzieć o sobie komuś, kto ma chęć go zrozumieć, kto nie chce oceniać czy potępiać. Jest więc boleśnie szczery, nie widzi powodu, żeby coś ukrywać czy przeinaczać, podkolorowywać. Najwyraźniej w odniesieniu do własnej biografii też stosuje zasadę, że czerń i biel są prawdziwsze niż kolory. Bohaterowi można współczuć, można się identyfikować z częścią jego przeżyć; jego poglądy mogą się wydawać naiwne, może nawet śmieszne, ale czasem trudno im odmówić słuszności i pewnej wnikliwości. Zapadają w pamięć, podobnie jak jego słowa i emocje, jakie wzbudza jego historia. Długo też pamięta się duszną, klaustrofobiczną atmosferę „Preparatora”.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Preparator, Od Deski do Deski 2015.

(Visited 417 times, 17 visits today)

29 komentarzy do “Świat bez kolorów (Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Preparator”)

  • 2 stycznia 2016 o 16:30
    Permalink

    Zainteresowała mnie ta seria już wcześniej, ale jakoś o niej zapomniałam. To nie jest dla mnie lektura na teraz, ale za jakiś czas penie sięgnę.

    Odpowiedz
  • 2 stycznia 2016 o 17:24
    Permalink

    Bardzo podoba mi się styl w jakim pisze Hubert. Ma u mnie miejsce w pierwszej piątce współczesnej prozy polskiej.
    Udanego, dobrego nowego roku życzę Ci tak przy okazji.
    :-D

    Odpowiedz
    • visage
      2 stycznia 2016 o 17:26
      Permalink

      Nie znałem go wcześniej, ale Preparatorem wbił się do czołówki, już sobie zebrałem parę innych jego książek.
      Dziękuję za życzenia i nawzajem, najlepszego :)

      Odpowiedz
      • 2 stycznia 2016 o 18:21
        Permalink

        Ja znam tylko „Bornholm, Bornholm”. Przeczytałam tę książkę z oczarowaniem, krzywiąc się jedynie przy kilku scenach, kiedy autor przesadnie długo jak na mój gust opisywał czynności fizjologiczne. Gdybym miała taką władzę, kazałabym pisarzowi te sceny wykreślić :) W tamtej książce też panowała duszna atmosfera i bohater miał toksyczną matkę.

        Odpowiedz
        • visage
          2 stycznia 2016 o 18:24
          Permalink

          Być może duszność i toksyczne matki to znak rozpoznawczy autora, zamierzam to dogłębnie sprawdzić, liczę jednak, że nie będzie aż tak monotonnie.

          Odpowiedz
          • 2 stycznia 2016 o 20:40
            Permalink

            W „Wariacie” jest kilka opowiadań. Toksycznej matki tam nie zauważyłam.

            Odpowiedz
          • 16 marca 2016 o 12:01
            Permalink

            Przeczytałam. Dzięki Twojej recenzji. Książka jednocześnie mnie fascynowała i odpychała i w sumie jeszcze nie wiem, jaką ocenę jej postawię. Muszę się jeszcze zastanowić :)
            Bohater tłamszony najpierw przez matkę, potem przez żonę. Słaby psychicznie, wstydliwy, nie walczył o swoje, można powiedzieć, że cierpiał w milczeniu. Ale frustracja w nim rosła, w końcu musiał nastąpić wybuch. Wobec żony preparator nie był w porządku. Widział w niej jedynie grubą, nieapetyczną „hipopotamicę”. Ale nie potrafił powiedzieć jej, żeby schudła, zadbała o siebie i zaczęła wychodzić z domu…

            Odpowiedz
            • visage
              16 marca 2016 o 13:47
              Permalink

              Miło mi, że Cię skłoniłem do lektury. To faktycznie książka, która może wywoływać mieszane uczucia. Ja chyba czułem głównie fascynację.
              Co do bohatera, to jak miał żonie zwrócić uwagę, skoro nie był nauczony wyrażania uczuć i opinii? W ogóle był nauczony, że nic nie znaczy, tak samo jak jego życzenia. Wątpliwe, by się mógł sam z siebie przełamać.

              Odpowiedz
  • 5 stycznia 2016 o 09:10
    Permalink

    Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Właśnie po południu idę do biblioteki szukać czegoś miłego, słonecznego i z happy endem do wyrzygu. Muszę się odtruć po bagienku z „Mr Pebble ..” :P

    Odpowiedz
    • visage
      5 stycznia 2016 o 09:13
      Permalink

      Eee, jakim bagienku z Pebble’a? Te tam trochę rozliczeń to jeszcze nie bagienko. A jak Ci się podobała wielka scena z elektrownią wiatrową?

      Odpowiedz
  • Odbicie: To już piąty rok | Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: