„Chcieliśmy wsiąść do pociągu zwanego śmiercią” (Gong Ji-young, „Nasze szczęśliwe czasy”)

Para głównych bohaterów to życiowi rozbitkowie. Yun-su pochodzi z patologicznej rodziny, z ojcem alkoholikiem, bez matki, która odeszła z domu. Przeżywa bicie i głód, musi opiekować się młodszym bratem, tuła się z nim po ulicach, sierocińcach, poprawczakach, dokonuje pierwszych przestępstw, aż wreszcie po morderstwie i gwałcie oczekuje w więzieniu na wykonanie wyroku śmierci. Yu-jeong wywodzi z zupełnie innego środowiska, ale jest taką samą outsiderką, gniewną, niepogodzoną z matką, rodziną i własną przeszłością. Po kolejnej próbie samobójczej, zamiast uczestniczyć w terapii, ma towarzyszyć swej ciotce zakonnicy w odwiedzinach u więźniów. Wtedy poznaje Yun-su. Niechciany obowiązek staje się dla dziewczyny życiowym przełomem. Zresztą nie tylko dla niej.

Wykolejeniec i eksgwiazda pop, morderca i gwałciciel oraz ofiara: oboje samotni i tęskniący za matkami i odrobiną ciepła. Jemu nie zapewniła go rozbita rodzina, jej – sztywne formy i hipokryzja najbliższych. Oboje przepełnia gniew, który Yun-su zmusza do łamania prawa i krzywdzenia innych, a u Yu-jeong jest skierowany przeciwko samej sobie. To wszystko ich zbliża. W zimnej, ponurej sali, pod stałym nadzorem, zaczynają powoli rozumieć siebie, zaglądają pod maski, jakie sobie nałożyli, odkrywają i w sobie, i w tej drugiej osobie, człowieka.

„Nasze szczęśliwe dni” to powieść o pogodzeniu się ze sobą, odzyskaniu człowieczeństwa i przebaczeniu. To również historia o poszukiwaniu oparcia i nadziei, które w ostatecznym rozrachunku daje wiara. Główna bohaterka tak mówi o tym, co połączyło ją z Yun-su:

Oboje w pewnym momencie naszego życia chcieliśmy wsiąść do pociągu zwanego śmiercią – jedno z nas zostało do tego zmuszone, drugie z własnej woli. W chwili, kiedy decydujesz się wsiąść do tego pociągu, wszystko się miesza i plącze. Rzeczy, o których sądziłeś, że są ważne, już się takie nie wydają, a sprawy, które uznawałeś za nieistotne – zyskują na znaczeniu. Kiedy myślisz, że chcesz umrzeć, pewne rzeczy ulegają zniekształceniu, a inne zaczynasz widzieć niezwykle wyraźnie.

Młodzi ludzie zmuszeni więc zostali do rozplątania swoich emocji, wyprostowania poglądów na to, co się naprawdę liczy. Jedno z nich, by móc dalej żyć bez pokusy ucieczki w samobójstwo, drugie – by móc odejść w spokoju, bez gniewu. Gong Ji-young znakomicie pokazuje przemiany swoich bohaterów, skupiając się na Yu-jeong, która jest narratorką. Chłopaka poznajemy z jej relacji; odczucia dziewczyny uzupełniają spisane przez więźnia autobiograficzne „niebieskie karteczki”, bardzo lakoniczne, ale głęboko poruszające.

Poza tą parą mamy doskonałe portrety ciotki Moniki, opiekunki więźniów, głęboko zatroskanej ich losami, niosącej im pociechę i ukojenie; niezłomnej, wiernej swemu powołaniu mimo brzemienia lat, oraz małego Eun-su, brata Yun-su – obraz wielkiej, choć niełatwej braterskiej miłości. Yu-jeong przedstawia też swoją matkę i resztą rodziny, analizując wzajemne relacje: pokazuje skostniały system wartości, w którym liczą się pozory, a nie miłość i zaufanie. Do tego dochodzi kilka drugoplanowych, chociaż wyrazistych i odgrywających ważne role postaci: więziennego strażnika czy matki dziewczyny zabitej przez Yun-su.

Gong Ji-young stworzyła powieść bardzo uniwersalną, co – paradoksalnie – początkowo wydawało mi się jej wadą. Sięgając po literaturę z zupełnie nieznanego kręgu kulturowego spodziewałem się bowiem większej egzotyki, jakiegoś specyficznego sposobu opowiadania, nasycenia tekstu opisami i detalami przybliżającymi Koreę i jej społeczeństwo. Tymczasem historia Yu-jeong i Yun-su mogłaby się właściwie rozgrywać wszędzie: ich biografie, problemy, łącząca ich więź odnalazłyby się w każdym innym otoczeniu. Być może na mój odbiór wpłynęły też silne elementy chrześcijańskie – a chrześcijaństwa z Koreą raczej bym nie połączył. Tymczasem szybkie poszukiwania wykazały, że katolicyzm i inne wyznania chrześcijańskie dynamicznie się w tym dalekowschodnim kraju rozwijają. Głęboko zakorzenione w koreańskim społeczeństwie są też silne podziały klasowe, sztywna hierarchia, posłuszeństwo i szacunek wobec starszych, a wszystkie te elementy odcisnęły głębokie piętno na bohaterach Gong. W tekście kryją się też obserwacje dotyczące kondycji koreańskiego (acz nie tylko) społeczeństwa i kierunku jego przemian: rozpadu więzi międzyludzkich, narastającej przemocy, coraz większego rozziewu między bogatymi a biednymi – i nie są to spostrzeżenia krzepiące. Tak więc mimo swego uniwersalizmu „Nasze szczęśliwe dni” okazały się też mocno „lokalne”, choć w mniej oczywisty sposób, niż oczekiwałem.

Gong Ji-young, Nasze szczęśliwe czasy, tłum. Marzena Stefańska-Adams, Kwiaty Orientu 2013.

(Visited 273 times, 13 visits today)

26 odpowiedzi

  1. Cieszę się, że, jak można wywnioskować z Twej opinii, książkę oceniasz pozytywnie.
    A to dlatego, że ją mam więc czując się zachęcona szybko po nią sięgnę.

  2. Od tej uniwersalności czasem chyba nie da się uciec. To podobnie jak z tym, że „wszystko w literaturze już było”. Ludzki uczucia i przeżycia są uniwersalne, a kultura/kraj/miejsce może jedynie nadać im nieco innego kolorytu.

    A co do samej książki – mam w planach na ten rok przeczytać coś z Azji, a to wydaje się być pozycja warta czasu i zachodu.

  3. Ostatnio mam na oku jedną książkę koreańską, w pierwszej chwili myślałam nawet, że to ta (po nazwisku jakoś jeszcze nie rozróżniam), ale moja to kryminał. Właśnie tej egzotyki bym się spodziewała, wręcz łaknęła, takich antropologicznych smaczków, różnic w postrzeganiu świata. Zapamiętuję jednak, bo może klimaty koreańskie mnie wciągną.

  4. Ponieważ pogubiłam się w imionach bohaterów (nie żartuję), obawiam się, że mogłabym pogubić się i w treści.
    Ale widzę, że kolega rozwija się artystycznie – różaniec w żywych kolorach (czyżby dzieło rąk dzieci własnych?) idealnie komponuje się z tą – jakżeż wymownie ekspresyjną – okładką!

    • Jeśli Cię to pocieszy, to imiona bohaterów znam wyłącznie dlatego, że je sobie zapisałem, zaznaczając obok, kto mężczyzna, a kto kobieta.
      Różaniec w kolorze festynu wyprodukowało dziecię starsze w wieku przedkomunijnym na spółkę z dziadkiem. Dziecko nanizywało korale, a dziadek dbał o resztę. Ten optymistyczny róż, jak sama zauważyłaś, idealnie mi pasował.

      • Obawiam się, że mi i zapisanie by nie pomogło. A po pierwszym akapicie Twojego tekstu byłam przekonana, że piszesz o dwóch bohaterkach (w końcu w Korei mogliby skazywać na śmierć ofiary gwałtu, czemuż by nie?), na szczęście potem udało mi się docucić swój intelekt.
        Różaniec w kolorze festynu? Hm, ja tam doszukałabym się nawiązań do Hello Kitty, ale niech Ci będzie. A z ciekawości zapytam, czy dziecię używało tego różańca w czasie oficjalnych komunijnych uroczystości?

        • Rozumiem, iż w ten zawoalowany sposób dajesz mi do zrozumienia, że za bardzo komplikuję wypowiedź? :P
          Spieszę z informacją, że dziecię używało podczas uroczystości jakiegoś nudnego fabrycznego wyrobu w nobliwych kolorach. A trochę szkoda :)

          • To na pewno wina tych okropnych imion (a może nazwisk?). Właśnie jeszcze raz z podziwem przeczytałam pierwszy akapit Twojego posta. Może kiedyś też będę umiała pisać takie krótkie i niekomplikujące zdania.
            A z różańcem to niewybaczalna strata. Jak mogliście to zrobić dziadkowi?!

  5. Bardzo lubię czytać o Japonii i Chinach, ale jeszcze nie miałam okazji zajrzeć książkowo do Korei. A przydałoby się:) Też nie połączyłabyms skojarzeniem chrześcijaństwa z tym krajem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *