Miś na miarę naszych możliwości… („PRL Grażyny Rutowskiej”)

rutowska_okladka2
– Ten pękaty autobus nazywał się ogórek… To jest saturator, to pralka Frania… A ten komputer zajmował cały pokój…
– A czemu ta pani ma na głowie takie coś z paskiem?
– To jest czepek pielęgniarski, babcia taki nosiła.
Tak mniej więcej wyglądały rozmowy z moimi córkami przy przeglądaniu zdjęć Grażyny Rutowskiej. Dla nich wycieczka w egzotyczny świat tatusiowego dzieciństwa, dla mnie powrót do widoków i rzeczy niegdyś tak swojskich, że właściwie niezauważanych.

Grażyna Rutowska była warszawską dziennikarką i fotoreporterką, związaną przez wiele lat z „Dziennikiem Ludowym”, który w latach osiemdziesiątych sprzedawał się tylko w soboty, gdy dołączano do niego kolorową wkładkę z wizerunkiem muzycznej gwiazdy. W dni powszednie drukowano w nim sprawozdania ze zjazdów i plenów, czynów społecznych i imprez masowych ze szczególnym uwzględnieniem spraw wsi. Pewnie był też kącik listów do redakcji i program telewizyjny. Wszystko ilustrowane burymi, ziarnistymi zdjęciami, na których widać było co najwyżej zarysy postaci czy budynków. Co tak właściwie znajdowało się na tych fotografiach, doskonale pokazuje album wydany przez Narodowe Archiwum Cyfrowe, któremu Rutowska, zmarła w 2006 roku, zapisała prawie czterdzieści tysięcy swoich zdjęć.

Fotografie Rutowskiej to świadectwo ćwierćwiecza jej pracy i podejmowanych przez nią na co dzień tematów. Część z pisanych przez nią tekstów pewnie traktowana była trochę jak obowiązkowa danina na rzecz propagandy, więc towarzyszące im zdjęcia miały walor czysto dokumentacyjny. Zdarzają się jednak i znakomicie utrwalone sceny rodzajowe, na przykład z kolejek, pełne napięcia i emocji. Czytelnicy „Dziennika Ludowego” zapewne przebiegali je obojętnie wzrokiem, gdyż świetnie znali utrwalone na nich sytuacje. Po latach jednak zyskały walor wartościowego źródła historycznego.

Starannie wybrane fotografie podzielono na kilka grup tematycznych. Rozdział o propagandzie wypełniają obrazy pochodów, czynów społecznych, akademii ku czci, wyborów, dożynek czy gospodarskich wizyt w zakładach pracy. Buńczuczne hasła na murach i transparentach mówią o postępie, rozwoju i sojuszu robotniczo-chłopskim. Rozświetlone neony zachęcają do nabywania radzieckich zegarków, a murale zachwalają polskiego fiata i wyroby kosmetyczne Polleny, jednak pod tymi reklamami wiją się kolejki po mięso i książki, meble i pralki. Życie w epoce późnego Gomułki, a potem Gierka pełne było sprzeczności, niedoborów i jednocześnie rosnących oczekiwań społeczeństwa, którym nie mógł sprostać przemysł, mimo ogromnych inwestycji. W części poświęconej pracy widać zakłady mięsne, motoryzacyjne, elektroniczne, gdzie produkcja szła pełną parą – czemu więc po ich produkty ustawiały się nieustająco kolejki? Zmęczeni pracą i wystawaniem w ogonkach Polacy mogli korzystać z rozmaitych form wypoczynku, któremu Rutowska poświęciła wiele malowniczych kadrów, i uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Szczyt popularności przeżywały festiwale piosenki w Opolu i Sopocie, majowe kiermasze książki ściągały tłumy, podobnie jak wesołe miasteczka czy cyrki. Poparciem państwa cieszyły się też rozmaite formy sztuki ludowej – zespoły pieśni i tańca, twórcy wycinanek, świątków, haftów czy słomianych „misiów na miarę naszych możliwości”.

Każdy z rozdziałów albumu poprzedzony jest przystępnym omówieniem zasadniczych kwestii, które ukazują zdjęcia. Dzieciom PRL-u wszystko jest dobrze znane, młodszym natomiast na pewno przyda się informacja, czym były czyny społeczne i Cepeliada. Podpisy pod zdjęciami nie tylko objaśniają gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach wykonano zdjęcie, ale zwracają też uwagę na rozmaite detale, jak choćby modna peruka na głowie pracownicy zakładów produkujących bombki choinkowe. Wyszukiwanie dodatkowych smaczków na fotografiach może być rozrywką na długie godziny – śledzenie rozmaitości ubiorów, fryzur czy obuwia, porównywanie obecnego wyglądu znanych nam ulic z tym sprzed lat bardzo wciąga. Możliwości jest mnóstwo, szczególnie jeśli towarzyszą nam dociekliwe dzieci, którym trzeba wyjaśnić pojęcie „pralka wirnikowa” i „saturator”.

PRL Grażyny Rutowskiej, tekst Łukasz Karolewski, wybór zdjęć Łukasz Karolewski, Katarzyna Kalisz, Sylwia Zawacka, Narodowe Archiwum Cyfrowe 2015 (cały album dostępny jest też w wersji elektronicznej: http://www.nac.gov.pl/wp-content/uploads/2015/05/NAC-Rutowska_.pdf).

(Visited 432 times, 7 visits today)

34 komentarzy do “Miś na miarę naszych możliwości… („PRL Grażyny Rutowskiej”)

  • 1 maja 2016 o 01:17
    Permalink

    Wygląda na to, że trzeba dopisać tę książkę do listy zakupów koniecznych. Dziękuję również. :-)

    Odpowiedz
  • 1 maja 2016 o 20:36
    Permalink

    Pewnie za pięćdziesiąt lat też będzie się tak oglądało albumy, w których będą zdjęcia z ludźmi, którzy używają telefonów komórkowych :-). A jeśli chodzi o fotografie z tamtych lat to polecam album „Polska lat 70.”, choć to rzecz bardziej dla tych, którzy wiedzą o co w PRL-u chodziło niż dla tych, którzy znają go tylko z książek lub z opowieści :-)

    Odpowiedz
      • 1 maja 2016 o 20:59
        Permalink

        Cóż, prawda czasu, prawda ekranu, jak mówił klasyk :-).
        Tak, to to – jak dla mnie creme de la creme fotografii socjologicznej lat PRL-u, z wyraźnie prześmiewczą, z perspektywy czasu, intencją.

        Odpowiedz
          • 1 maja 2016 o 21:10
            Permalink

            Rydet ma się chyba całkiem nieźle, jak na fotografię oczywiście, bo co jakiś czas ktoś ją przypomina. Ale zdaje się, że w fotografii teraz prym wiedzie awangarda a nie takie odwracanie głowy do tyłu.

            Odpowiedz
            • visage
              1 maja 2016 o 21:43
              Permalink

              Ty tu jesteś specem od fotografii, ja tam z przyjemnością oglądam zdjęcia z przeszłości, nawet te najzwyczajniejsze.

              Odpowiedz
              • 1 maja 2016 o 22:06
                Permalink

                Kolega mi tu kadzi, aż się zaczerwieniłem :-) Też wolę fotografię przedstawiającą, że tak powiem, zwłaszcza z czasów swojej młodości. To chyba oznaka starzenia się, eh :-)
                A tak nawiasem mówiąc, tytuł postu kojarzy mi się z palmą na rondzie de Gaulle’a, też taki miś. o którym „Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu i co się wtedy zrobi?” :-)

                Odpowiedz
                • visage
                  1 maja 2016 o 22:10
                  Permalink

                  Palma, zdaje się, odchodzi do przeszłości, jak ten miś społeczny, co zgnije do jesieni. Zawsze ją lubiłem, tę palmę :D

                  Odpowiedz
                  • 2 maja 2016 o 08:16
                    Permalink

                    Rysiek Ochódzki i Janek Hochwander chyba mieli profetyczny dar – na końcu będzie „protokół zniszczenia” :-) Też ją lubię, tę palmę ale jednak z pewnością nie tak bardzo, jak lubi ją Rajkowska Joanna :-)

                    Odpowiedz
                    • visage
                      2 maja 2016 o 09:34
                      Permalink

                      Ale to chyba właśnie na wniosek pani Rajkowskiej ona będzie demontowana, o ile pamiętam.

      • 10 maja 2016 o 14:06
        Permalink

        I mówisz, że tak można z dziećmi „Alternatywy”? O!, to może być niegłupi pomysł, bo dawno nie widziałem.
        Ja żałuję, że nie było w domu aparatu fotograficznego i nie mam żadnego materiału poglądowego, typu tatko w relaksach i takie tam :P

        Odpowiedz
        • visage
          10 maja 2016 o 14:21
          Permalink

          My tam oglądamy. I „Zmienników” też. Nie wiem, ile rozumieją, ale nasiąkają chociaż atmosferą.
          W życiu nie miałem relaksów :P

          Odpowiedz
  • visage
    2 maja 2016 o 22:29
    Permalink

    Mam wrażenie, że indoktrynować tego rodzaju pozycjami należałoby nie tylko bardzo małoletnie dzieci, ale także całkiem pełnoletnie jednostki, którym wydaje się, że zawsze było tak jak teraz, a w związku z tym nie zauważają, że zaraz może być tak jak kiedyś.
    Nabrałam ochoty, jednak – jak wnoszę z komentarzy – cacko niedostępne dla zwykłych śmiertelników?
    Pozdrawiam z zaświatów!:P

    Odpowiedz
    • visage
      2 maja 2016 o 22:36
      Permalink

      Dobrze wiedzieć, że jesteś, chociaż Cię nie ma.
      Podejrzenia o niedostępności są uzasadnione, bo nie widziałem tego nigdzie w sprzedaży. A co do wspomnianych jednostek, to raczej takim niewinnym albumem im edukacji nie załatwimy. To powinno być coś grubszego kalibru, bo ja wiem, Biuletyn Informacyjny KOR-u?

      Odpowiedz
      • visage
        2 maja 2016 o 22:48
        Permalink

        Biuletyn Informacyjny KOR-u by ich zabił, odpada. Najlepsza byłaby jakaś apka, a jeszcze chętniej coś w 5D. Inaczej nie ma szans, nie dotrze.
        W posiadanie albumu wszedłeś jako Ty, czy jako instytucja? To może być jakiś trop.
        A co do tego czy jestem pewności nie ma. Tzn. generalnie jestem, tylko nie mogę się jeszcze ostatecznie zdecydować gdzie. I nie chodzi tylko o brak czasu (choć o to również). Ale jak widać, czasami straszę:P

        Odpowiedz
        • visage
          2 maja 2016 o 22:54
          Permalink

          A jeśli ma być apka z bajerami, to chyba bym umiał to i owo wskazać. Album dostałem jako indywiduum do recenzji, a zważywszy, że niemal równocześnie z wersją papierową jest dostępny legalny pdf, to raczej nie ma mowy o sprzedaży.
          Strasz częściej, bo wielkieś mi uczyniła pustki w blogu moim, moja droga Momarto, tym zniknieniem swoim :)

          Odpowiedz
          • visage
            2 maja 2016 o 23:08
            Permalink

            To dawaj, wskazuj. Jestem wielce ciekawa:)
            Jeśli jako indywiduum, to może nie jest tak źle (pdf o niczym nie świadczy, ja np. nie umiem, a przede wszystkim nie lubię tak czytać niczego i nie jestem zdaje się odosobniona). Gdybym miała trochę czasu, to bym spróbowała sprawdzić, ale nie mam, niestety.
            Ze straszeniem nie mogę obiecać (doceniam przy tym szczerość wyznania). Pikując od pewnego czasu lotem koszącym, zaryłam nosem w Rów Mariański (chyba, że odkryli coś głębszego; jeśli tak, to właśnie tam jestem), a tam internet nie dociera:(

            Odpowiedz
            • visage
              2 maja 2016 o 23:13
              Permalink

              Jutro ma być premiera czegoś kształcącego, ale muszę obadać.
              Obawiam się, że potraktowano mnie jako indywiduum na specjalnych prawach. Księgarnie albumu nie notują.
              Nic głębszego od Rowu Mariańskiego geograficznie nie wynaleziono, ale można by pewnie wskazać parę sytuacji głębszych. W każdym razie wydostawaj się, poczekamy :)

              Odpowiedz
              • visage
                2 maja 2016 o 23:23
                Permalink

                Miało być to i owo. To ma premierę jutro, rozumiem. Ale co z owym?:P
                Takie pozycje co są tylko dla indywiduów zazwyczaj szybko pojawiają się na tym lub owym serwisie aukcyjnym za wstrząsające pieniądze. Ciekawe czy tak będzie i w tym przypadku.
                Wydostać się wydostanę, pytanie tylko dokąd pójdę? Mogę być niczym Godot, niestety.

                Odpowiedz
                • visage
                  2 maja 2016 o 23:27
                  Permalink

                  Owego bym musiał poszukać dopiero. Na allegro albumu nie ma (zapewne jeszcze nie ma, chociaż jak się pojawi, to nie będzie to mój egzemplarz :P)
                  Co do pójścia, to myślę, że nie zginiesz i znajdziesz szlak („a niech ich szlag, krzyżaków”, że tak czknę Mistrzem).

                  Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: