Pozdrowienia z Rosji, czyli powrót do Kamieńskiej (Aleksandra Marinina, „Złowroga pętla”, „Śmierć i trochę miłości”)

Połowa lat dziewięćdziesiątych, Moskwa. Miasto kontrastów: szklanych wieżowców i odrapanych bloków z wielkiej płyty, błyszczących limuzyn i poobijanych moskwiczów, wielkich fortun i liczenia, jak dotrwać do pierwszego. Miasto niedoinwestowanej milicji i kwitnącej przestępczości zorganizowanej. I równie kwitnącej przestępczości niezorganizowanej. Za pieniądze można załatwić wszystko: w szpitalach, sądach, urzędach, podczas gdy szarzy obywatele często daremnie wydreptują ścieżki w państwowych instytucjach. Nawet w przypadku zbrodni lepiej, by ofiara była kimś znanym i zamożnym – wtedy jest szansa, że rodzina doczeka się znalezienia i ukarania winnego.

Dawno temu przepalił mi się obwód odpowiedzialny za przyswajanie kryminałów. Przestało mnie ciągnąć, a gdy próbnie jednak po coś sięgnąłem, to zwykle okazywało się, że nuda, banał, klisza… Jeszcze pół biedy, gdy autor osadził akcję w dawnych czasach albo egzotycznym miejscu lub zadbał o jakieś obyczajowe urozmaicenie. Albo trochę humoru wprowadził. Wypatrywałem przełomu, bo dokoła wszyscy odkrywali nowych autorów, na tron wstępowali nowi królowie kryminału skandynawskiego albo królowe kryminału polskiego, przemykali obiecujący debiutanci i rozwijały nowe cykle. Zmiana nastąpiła niespodziewanie i niedawno: powrót do Aleksandry Marininy okazał się bardzo udany. Dwie powieści pochłonięte w tydzień, dwie kolejne przygotowane. Ale najważniejsze, że wrócił smak i ciekawość, jak potoczy się śledztwo, co się wydarzy i kto jest winny.

Pod względem kryminalnym książki Marininy są nierówne. Zwykle zaczyna się od na pozór „zwykłego” przestępstwa, czegoś, co nie powinno wykroczyć poza rutynę. W miarę postępów śledztwa okazuje się jednak, że nic nie wygląda tak, jak się na początku wydawało. Wyobraźnia autorki i jej własne milicyjne doświadczenia zapewniają dużą różnorodność motywów i rozstrzygnięć, choć niekiedy można mieć problemy z uwierzeniem w nie, jak w „Złowrogiej pętli”, gdzie poznajemy katastrofalne skutki wywołane przez tajemniczy wynalazek. Dużo ciekawszy, moim zdaniem, niż same zbrodnie i ich motywy, jest przebieg śledztwa, prowadzonego – niemal dosłownie – „na piechotę”, jakby zaawansowane techniki badania śladów nie istniały. Oczywiście, są technicy i laboratorium, ale jeśli nie ma się tam znajomych, jeśli się nie ubłaga o przyspieszenie terminu, to na wyniki można czekać w nieskończoność. W oczekiwaniu na nie milicyjni wywiadowcy skupiają się więc raczej na przemierzaniu miasta, przepytywaniu niezliczonych świadków, znajomych bliższych i dalszych ofiary, krewnych, pracodawców – prawdziwych tłumów. Ich zeznania i swoje spostrzeżenia przynoszą major Anastazji Kamieńskiej, analityczce, która z nieubłaganą logiką wyciąga wnioski, łączy wątki, wskazuje, jakie pytania jeszcze trzeba zadać, jakie wątki sprawdzać…

Kamieńska jest centralną postacią cyklu. Niepozorna z wyglądu, zna kilka języków, posługuje się zimną logiką, ale już strzelanie sprawia jej problem. Fizycznie wątła, z bolącym kręgosłupem, niezbyt odważna – z pewnością nie jest typową funkcjonariuszką milicji. W życiu prywatnym abnegatka, żyjąca o kawie i papierosach, dorabiająca do pensji tłumaczeniami, w wieloletnim, przedziwnym związku ze szkolnym kolegą – to już wygląda trochę bardziej typowo. Równocześnie irytuje i wzbudza podziw: raz cmokamy z uznaniem nad jej metodami pracy, by za chwilę załamywać ręce nad jej stylem życia i osobistymi decyzjami. Zdecydowanie nie jest ideałem, podobnie zresztą jak jej koledzy z wydziału. Świetni, oddani służbie fachowcy, doświadczeni, pracowici, ale i im – tak samo jak Kamieńskiej – zdarzają się błędy, przeoczenia, zaniedbania. Walczą ze zbrodnią, ale nie są rycerzami bez skazy. „Ta praca to kłamstwa, podejrzane kompromisy, brudy. Stale ma się z nimi do czynienia”. Nikt nie zostaje „kryształowo, nieskazitelnie czysty”. Na dodatek gliniarze nie mają łatwo w życiu osobistym, nie zarabiają kokosów, mimo to, zamiast poszukać lepszej roboty – trwają. Tylko oni wiedzą, ile ich to kosztuje.

Jest wreszcie w powieściach Marininy Rosja – kraj w okresie gwałtownych, dzikich zmian, nad którymi nikt nie panuje, chociaż wielu by chciało. Nieliczni się bogacą, zdecydowana większość społeczeństwa zaś czuje się wyrzucona na margines. Nawet jeśli ludzie mają pracę – to pieniędzy nie na wiele im starcza. Jeśli mają mieszkanie – to zwykle klitkę w odrapanym bloku. Bez znajomości, dojść, łapówek niewiele załatwią; każda urzędniczka będzie im pokazywać, jak sama jest ważna, rekompensując sobie strach przed szefem i utratą pracy. Bezkarni są nie tylko mafijni bossowie, ale i pomniejsi przestępcy. Powszechne jest przygnębienie, obojętność na problemy innych. Jak opowiada Kamieńska swojej matce zamieszkującej w Szwecji:

Mamo, za bardzo się przyzwyczaiłaś żyć wśród pogodnych, beztroskich ludzi, którzy nie mają żadnych problemów i dlatego mogą sobie pozwolić na luksus lubienia wszystkich. Od dawna nie mieszkasz w Rosji, więc nie wiesz, że dziś o łapówkach mówi się otwarcie i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby się z tego powodu obrażać. Ludzie są pełni złości i nienawidzą się nawzajem. Gotowi są się pozabijać, jeśli to pozwoli im uszczknąć coś dla siebie. Otwórz oczy, mamo! Przejrzyj wreszcie, zobacz, jak my żyjemy!

Brutalna to diagnoza, może nawet niesprawiedliwa czy niesłuszna – ale to pewnie najlepiej wiedzą rosyjscy czytelnicy Marininy. Oni odnajdują się bądź nie w opisywanym przez nią świecie, potrafią wprowadzić do niego poprawki, może nawet rozjaśnić te ponure tony. My, poza Rosją, możemy jedynie stwierdzić, że obraz tego kraju przemawia do wyobraźni, aczkolwiek raczej nie zachęca do wakacyjnych wycieczek śladami Kamieńskiej. Co innego wycieczki literackie – ja właśnie wyruszam w kolejną. W Moskwie właśnie zginęła znana aktorka…

PS. Przyszła mi do głowy zuchwała myśl, żeby po doczytaniu Marininy, zakończyć wreszcie cykl o Wallanderze.

Aleksandra Marinina, Złowroga pętla, tłum. Elżbieta Rawska, WAB 2006.
Aleksandra Marinina, Śmierć i trochę miłości, tłum. Elżbieta Rawska, WAB 2005.

(Visited 330 times, 2 visits today)

28 komentarzy do “Pozdrowienia z Rosji, czyli powrót do Kamieńskiej (Aleksandra Marinina, „Złowroga pętla”, „Śmierć i trochę miłości”)

  • 26 kwietnia 2016 o 10:51
    Permalink

    A ja właśnie targam trzeciego Nemhausera do domu. Z Marininą rozstałem się jakoś po 2 tomie :)

    Odpowiedz
    • visage
      26 kwietnia 2016 o 10:57
      Permalink

      Az sprawdziłem, co to za jeden ten Nemhauser. Muszę sobie w końcu tego Hagena gdzieś zapisać i poszukać.

      Odpowiedz
      • 26 kwietnia 2016 o 18:17
        Permalink

        Kilka lat temu na jednej z wymian książkowych dorwałam „Długi weekend” Hagena, pierwszą część cyklu o Nemhauserze. Nie biorę odpowiedzialności za tę rekomendację, bo większość swoich nastoletnich wyborów literackich uznaję teraz za przynajmniej kontrowersyjne, ale bardzo przyjemnie czytało mi się tę książkę. Przyjemnie i szybko.

        Odpowiedz
        • visage
          26 kwietnia 2016 o 19:04
          Permalink

          Ja tam uważam, że nie ma się co wstydzić swoich nastoletnich wyborów literackich :) Jak sobie przypomnę, jaką wybuchową mieszaninę pochłaniałem w liceum…

          Odpowiedz
          • 27 kwietnia 2016 o 15:04
            Permalink

            A dlaczegóż miałbym się wstydzić? W liceum na tony czytałem horrory i sensacje, w które zaopatrywałem się podczas wakacyjnych wyjazdów do grodu Kraka. Ludlumy, Mastertony i Forsythy, to był chleb mój powszedni :D

            Odpowiedz
  • 26 kwietnia 2016 o 17:21
    Permalink

    Pewnego razu miałem bardzo udaną randkę z Aleksandrą sponsorowaną przez kolekcję kryminałów Polityki oraz mocno spóźniony pociąg PKP. „Ukradziony sen” bardzo mi się podobał, ale czytelnicze me drogi nie zeszły się po raz kolejny z Marininą. Widać nie było nam pisane.

    Odpowiedz
    • visage
      26 kwietnia 2016 o 19:07
      Permalink

      To zaczęliśmy od tego samego tomu w tej samej serii. Tyle że ja pogłębiłem znajomość. Nie planujesz drugiego podejścia?

      Odpowiedz
      • 27 kwietnia 2016 o 15:02
        Permalink

        Właśnie sobie z pomocą własnego bloga przypomniałem, które tytuły czytałem. I jednak dobrze pamiętałem, że „Ukradziony sen” mnie wciągnął, a „Śmierć …” zdrażniła i więcej w Kamieńską nie brnąłem :)

        Odpowiedz
  • 27 kwietnia 2016 o 13:52
    Permalink

    Z Nastią najpierw wybrałam się na „Kolację z zabójcą”, a potem nie wiadomo kiedy skończyłam wszystkie przetłumaczone na język polski tytuły i z uwagi na to, że z rosyjskim mi nie po drodze musiałam poczekać.

    A było ciężko, bo Marinina wciągnęła mnie do tej Rosji przełomu i wczesnych lat ’90, z milicją, rosnącymi w siłę oligarchami, mafiami oraz układami i układzikami. W dodatku Anastazja Kamieńska jest zdecydowanie trochę mną – z tymi problemami z kręgosłupem, lekką neurotycznością, z wrodzonej skromności nie wspominając oczywiście o inteligencji ;)

    Jedyny minus, jaki wbił mi się do głowy po lekturze książek Marininy, że nie miałam co zrobić ze swoim życiem, bo żadna kolejna lektura kryminalna mnie nie satysfakcjonowała. Ani Mankell, ani Nesbo. Dopiero Agatha Christie podjęła wyzwanie i dała radę :)

    Odpowiedz
    • 27 kwietnia 2016 o 14:06
      Permalink

      Nastia na zmianę budzi sympatię i irytację, to, co wyprawiała z Czistiakowem, to czysta zgroza :) Z Marininą mam ten problem, że na zmianę trafiały mi się lepsze i gorsze, więc nie miałem jak całkowicie wsiąknąć, zresztą i teraz po dwóch bardzo dobrych wziąłem „Obraz pośmiertny” i jest to mocno średnie. I moja chęć do poczytania z rozpędu kolejnego tomu bardzo spadła. Za to w maju ukazuje się powieść o Kamieńskiej na emeryturze i jestem bardzo ciekawy, jak to wyszło.

      Odpowiedz
  • 27 kwietnia 2016 o 15:23
    Permalink

    Mogłabym podpisać się pod Twoimi słowami o nieprzyswajaniu kryminałów. Od dawna czuję do nich dziwną niechęć. Nie jestem w stanie zainteresować się kryminalną intrygą. Jeśli już sięgnę po kryminał, to zwracam uwagę na tło obyczajowe, psychologię postaci, a nawet na język… W kryminałach cenię te rzeczy, które inni uznają za wady. I przez to czuję się trochę samotnie wśród blogerów :) Może więc spróbuję tej Marininy.

    Odpowiedz
    • visage
      27 kwietnia 2016 o 17:54
      Permalink

      Pytanie, czy ogólnie nie trawisz kryminałów, czy po prostu chwilowo Ci się przejadły. Ja swego czasu ostro przedawkowałem, więc musiałem zrobić przerwę. Co do zalet kryminałów, to mam podobnie. A już szczególnie lubię, gdy autor jest zabawny, tyle że to rzadkość, niestety.

      Odpowiedz
  • 30 kwietnia 2016 o 13:14
    Permalink

    Polecam Za wszystko trzeba płacić oraz Zabójcę mimo woli – należą do tych lepszych odsłon cyklu. Zdecydowania nie polecam Stylisty – nieudany. Ocenę bohaterki mamy bardzo zbliżoną:)
    A z serii kryminalnych polecam wszystkie Akunina, no i Nesbo – od Czerwonego gardła w górę.

    Odpowiedz
    • visage
      30 kwietnia 2016 o 14:38
      Permalink

      Zabójca mimo woli mi się podobał, choć już nei pamiętam szczegółów, a Za wszystko trzeba płacić czeka – niestety, Obraz pośmiertny był słaby i trochę wyhamowałem impet :) Akunina znam, a Nesbo – właśnie Czerwone gardło – zupełnie mi nie podszedł. Ale jestem namawiany, żeby spróbować chociaż jeszcze jednego tomu, i pewnie kiedyś ulegnę.

      Odpowiedz
  • 30 kwietnia 2016 o 18:51
    Permalink

    Kolejny tom o Harrym H. to Trzeci klucz – moim zdaniem jedna z najlepszych książek w dorobku Nesbo, więc zdecydowanie polecam. Ulec warto, z obecnie aktywnych autorów kryminałów Nesbo pisze zdecydowanie najlepiej.
    Jeszcze co do Kamieńskiej – Obraz pośmiertny był faktycznie naciągany, więc nie dziwię się, że entuzjazm Ci opadł, ale w międzyczasie przypomniałam sobie o zdecydowanie najlepszym, przynajmniej wg mnie, z wydanych u nas tomów – Płotki giną pierwsze.

    Odpowiedz
    • visage
      30 kwietnia 2016 o 18:54
      Permalink

      Mam zachwalany Trzeci klucz, ale nie wiem, nie wiem… :) Nie miałem nic do stylu ani konstrukcji, ale jednak Czerwone gardło nudne było koszmarnie.
      Entuzjazm do Kamieńskiej niedługo wróci, muszę chwilę odczekać, ratując się Fryczkowską. Płotki tak, bardzo dobre.

      Odpowiedz
      • 16 maja 2016 o 00:30
        Permalink

        Bo już prawie wszystko, co wyszło spod jej pióra w Polsce, przeczytałam (bądź przesłuchałam). Chłonęłam tę jej Moskwę przez skórę, po czym nastąpiło nasycenie.
        Ale. Zostały dwie czy trzy, które aktualnie ma w ofercie BA. Hm.

        Odpowiedz
  • Odbicie: Marazm ogólny (Aleksandra Marinina, „Egzekucja w dobrej wierze”) – Beznadziejnie zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: