„Wszyscy unosimy się w podmuchach wiatru czasu” (Terry Pratchett, „Pasterska korona”)

Gdyby do „Pasterskiej korony” przyłożyć zwykłą miarę, to mielibyśmy do czynienia z książką dobrą, ale jakby niedopracowaną, pierwszą wersją maszynopisu, która powinna zostać doszlifowana, wzbogacona, rozbudowana. Nie została z powodów oczywistych. Mimo to Terry Pratchett oddał nam w ręce opowieść ważną, a także – jak to miał w zwyczaju od dłuższego czasu – mówiącą wiele o nas samych i bardzo aktualną.

Świat Dysku stracił jedną ze swych podpór i stanął w obliczu śmiertelnego zagrożenia: hordy elfów zamierzają przedostać się na ludzką stronę, by ją sobie podporządkować. Tiffany Obolała, jako najbardziej doświadczona w walce z nimi i na dodatek mająca u boku Nac Mac Feeglów, musi zorganizować obronę. Przystępuje więc do jednoczenia wszystkich, których tylko może – co w pierwszym rzędzie oznacza jej koleżanki po fachu. A wiadomo, że one wysoko cenią swoją niezależność. Tiffany z utalentowanej dziewczyny ze sporymi osiągnięciami musi zmienić się w najlepszą przywódczynię, jakiej czarownice (rzecz jasna) nigdy nie miały. Musi też na nowo zastanowić się, gdzie jest jej miejsce i gdzie leży źródło jej siły, by w pełni wykorzystać własne możliwości i okazać się godną swojej nowej pozycji.

Zjednoczcie się, przełamujcie uprzedzenia i likwidujcie bariery – takie przesłanie zostawia nam Pratchett. Tylko dzięki temu jego bohaterowie są w stanie pokonać zło, zapobiec katastrofie i upadkowi swojego świata. Zadecydowały o tym pozorne drobiazgi: dopuszczenie utalentowanego chłopaka do czarownictwa czy dostrzeżenie potencjału staruszków, którzy po rezygnacji z życia zawodowego marnieli w domach, a którym wystarczyło zapewnić małe miejsca, gdzie mogli na nowo poczuć się sobą. Do tego by jedna nie doszło, gdyby nie przemiany zapoczątkowane dużo wcześniej, kiedy wilkołaki i wampiry zaczęły wstępować do straży miejskiej Ankh-Morpork, gobliny zaś stały się co prawda silnie woniejącymi, ale cenionymi członkami społeczeństwa. Kiedy zakończono odwieczną walkę między krasnoludami i trollami i kiedy ruszyły przemiany obyczajowe, wskutek których krasnoludzkie dziewczęta zaczęły nosić spódnice, nie rezygnując z bród. Nad „Pasterską koroną” unosi się nie tylko ten duch tolerancji i szacunku dla inności, ale także empatii i wzajemnej pomocy. Elfy nikomu nie pomagają i są tak skupione na sobie, że nie dostrzegają innych; krzywdzą dla zabawy, bo nie dociera do nich, że sprawiają ból. Muszą więc ponieść klęskę w obliczu zjednoczonych sił dobra, jakkolwiek pompatycznie to zabrzmi. Wspólny dobry cel musi wygrać.

Jest w „Pasterskiej koronie” rozdział, któremu chyba nie dorównuje żaden inny w twórczości Pratchetta, szczególnie jeśli odczytujemy go wiedząc, w jakiej sytuacji był pisany. To głęboko poruszające i wzruszające pożegnanie ze światem: począwszy od uporządkowania doczesnych spraw po rozliczenie swojego życia. Nie cierpię tego określenia, ale tak – to lekcja odchodzenia. Taka, którą warto i trzeba sobie przyswoić. Tylko czemu na przykładzie jednej z najwspanialszych bohaterek, jakie stworzył sir Terry? Jasne, wiem, że takie definitywne zamknięcie musiało nastąpić, bo w końcu „wszyscy unosimy się w podmuchach wiatru czasu”. I dobrze byłoby na koniec móc o sobie powiedzieć: „uważam, że robiłam, co należy” czy „uważam, że robiłem, co należy”, ale mimo wszystko ten fragment robi porażające wrażenie.

Tak więc „Pasterska korona” to koniec i jednocześnie nowe otwarcie. Pożegnanie autora ze stworzonym przez niego światem i czytelnikami, ale też początek nowej epoki na Dysku, której już niestety nie poznamy. W każdym razie nie obejrzymy jej już oczami sir Terry’ego, choć każdy z nas – jak sugeruje w posłowiu Rob Wilkins – może stworzyć sobie na własny użytek dalszy ciąg losów ulubionych bohaterów. Ja chyba nie dysponuję odpowiednią wyobraźnią, pozostawię ich więc w tym momencie: gdy ich świat na nowo jest bezpieczny i wszyscy mogą wrócić do swojego starego, choć przecież zupełnie nowego, życia.

Terry Pratchett, Pasterska korona, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2016.

(Visited 433 times, 10 visits today)

23 komentarzy do “„Wszyscy unosimy się w podmuchach wiatru czasu” (Terry Pratchett, „Pasterska korona”)

    • visage
      29 maja 2016 o 11:34
      Permalink

      Faktycznie. Nie lubię czytać cyklu o Tiffany po angielsku, bo nie rozumiem Feegli. Zresztą po polsku też ledwo :) Pisząc tekst, drugi raz przeczytałem wiadomy rozdział i to jest jednak mistrzowskie.

      Odpowiedz
  • visage
    29 maja 2016 o 11:57
    Permalink

    Nie czytałam (podobnie jak – nadal! zgroza! – 99% pozostałych książek z cyklu), ale po przeczytaniu Twojego posta zastanawiam się, czy to tylko mi tak się wszystko kojarzy z szeroko rozumianymi czasami współczesnymi (i nie chodzi mi wcale tylko o polskie realia), czy jest to efekt zamierzony przez autora?
    A „uważam, że robiłam co należy” jest moim drogowskazem na drodze tam.
    PS. Ale od okładki tej książki mnie odrzuca, wybacz.

    Odpowiedz
    • visage
      29 maja 2016 o 12:04
      Permalink

      Efekt skojarzeniowy jest na bank zamierzony przez autora; literatura popularna w służbie rzeczy wyższych; bawiąc, uczyć, uczyć, bawiąc. Nieprzeczytanie 99 proc. serii daje Ci szansę na wiele lat porządnych lektur.
      Okładka jest, owszem, brzydka, ale to przypadłość całej serii o Tiffany.

      Odpowiedz
  • 29 maja 2016 o 13:57
    Permalink

    Kocham Świat Dysku i sadzę iż sięgnę i po tę książkę. Jednak mam nadzieję, że nikt nie wezmie się za dopisywanie kolejnych części serii. Pratchetta nic nie zastąpi i będzie to tylko żerowanie na sławie.

    Odpowiedz
    • 29 maja 2016 o 13:59
      Permalink

      Przepraszam za ten dziwny avatar. Nie jest mój i niestety bardzo często go widzę.

      Odpowiedz
      • visage
        29 maja 2016 o 14:01
        Permalink

        Rodzina twardo zapowiedziała, że żadnych dopisków nie będzie. I miejmy nadzieję, że nie zmieni zdania.
        A awatar bardzo fajny, nawet jeśli nie Twój.

        Odpowiedz
  • 29 maja 2016 o 14:57
    Permalink

    Nie czytałam jeszcze chociaż już mam, ale niestety spoilerów nie uniknęłam :(

    Spoilery nie wkurzyły mnie jakoś bardzo. Chociaż do tej pory nie udało mi się przeczytać wszystkich poprzednich części Świata Dysku i obawiam się, że owe spoilery będą miały wpływ na mój odbiór zwłaszcza tej jednej postaci, której do tej pory jakoś szczególnie się nie przypatrywałam. Cóż, trudno.

    Cieszę się natomiast, że cały cykl jest na tyle obszerny, iż można go de facto czytać na okrągło i nigdy się nie znudzi. To może nam, czytelnikom, chociaż troszeczkę jakoś przetrwać tę pustkę jaką spowodowało odejście ojca tego przedziwnego świata znajdującego się na grzbietach słoni znajdujących się na dryfującym przez wszechświat żółwiu. I to świata tak przekosmicznie (i komicznie) podobnego do naszego.

    Odpowiedz
    • visage
      29 maja 2016 o 15:00
      Permalink

      No cóż, trochę trudno opowiadać o książce bez pisania o kluczowym wydarzeniu, kluczowym nie tylko dla jednej powieści, ale i całego cyklu. Dlatego początkowo w ogóle nie zamierzałem o „Pasterskiej koronie” pisać.
      Cyklu wystarczy na długie lata, na pewno znajdziesz sobie ulubione części, które zechcesz powtarzać. Ja mam poza tym mały zapas nieczytanych Pratchettów, chociaż słaba to pociecha.

      Odpowiedz
  • 30 maja 2016 o 10:19
    Permalink

    O!, muszę Kitkowi dokupić do kolekcji :) I się w końcu za nią zabrać (kolekcję!, proszę nie popuszczać wodzy wyobraźni) :P

    Odpowiedz
      • 30 maja 2016 o 11:03
        Permalink

        Faktem jest, że wyże demograficzne bywały po mroźnych zimach raczej :)

        Odpowiedz
          • 30 maja 2016 o 11:31
            Permalink

            Ciekawe co na Dysku wpływało na powstanie wyżu? Magia czy też zwykła nuda? :P

            Odpowiedz
              • 30 maja 2016 o 11:52
                Permalink

                Nudzący się, na ten przykład, magowie (wiedźmy), to jeśli już, to raczej pogodowego :P

                Odpowiedz
                  • 1 czerwca 2016 o 11:47
                    Permalink

                    Gram w „Wiedźmy”, to wiem. A to świnię/owcę uleczyć, a to ciążą się zająć, a to wampira tudzież elfa po grzbiecie wyłomotać. Jest co robić :) A co do jedzenia, to chyba przyszedł ten czas, kiedy się je nad wyże przedkłada :P

                    Odpowiedz
                    • visage
                      1 czerwca 2016 o 11:50
                      Permalink

                      Jedzenie zawsze na pierwszym miejscu :D Szczególnie śledziki albo tatar. Albo makowiec :D

  • 30 maja 2016 o 17:22
    Permalink

    Jak dotąd na razie trzymałem się z daleka od cyklu o Tiffany. Czytałem tylko „Wolnych Ciut Ludzi” i wielce mnie nie porwało. Może jednak wrócę i spróbuję sił, ale w nowym tłumaczeniu, o którym dopiero teraz doczytałem.

    Odpowiedz
    • visage
      30 maja 2016 o 20:24
      Permalink

      No jeśli to było w tłumaczeniu Grupińskiej, to się nie dziwię, mnie też w tej wersji zupełnie nie porwało.

      Odpowiedz
  • 4 czerwca 2016 o 10:01
    Permalink

    Aaa, Pratchett <3
    Nigdzie nie mogę znaleźć biblioteki, która miałaby go całego. :P
    Człowiek pech. [*]

    Zapraszam też na dopiero startującego bloga
    zamknietawpozytywce.blogspot.com

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: