Pisarze ze starej szkoły (XXVII): Umberto Eco o czytaniu klasyków

W sezonie ogórkowym jak bumerang wracają te same dyskusje okołoksiążkowe: czy warto czytać klasykę, czy raczej skupić się na nowościach; czy trzeba nadążać za bestsellerami, czy wybierać pewniaki z ustaloną renomą; czy książka ma pobudzać do myślenia, czy kojąco pieścić zwoje mózgowe. Sądząc z temperatury za oknem, sezon ogórkowy właśnie się zaczął, zainauguruję go więc felietonem Umberto Eco „Jeśli przeczytasz te książki, nauczysz się naprawdę poprawnie rozumować”, chociaż nie wiem, czy mimo lekkiej formy nie jest to jednak rzecz zbyt ciężka w to upalne przedpołudnie.

Mówi się, że obecnie, w dobie kryzysu książki, dobrze sprzedają się autorzy klasyczni. I to nie tylko w tanich wydaniach — w luksusowych również. I nie tylko ci z pierwszej ligi, jak Platon, ale też ci z drugiej, jak Cyceron, a jako że czytani są materialiści, na przykład Epikur, a także panteiści, na przykład Plotyn, nic nie ma tu do rzeczy ani odrodzenie prawicy, ani ofensywa lewicy. Można powiedzieć, że wydawcy, którzy wyczuli nastroje publiczności, zdali sobie sprawę, iż w chwili upadku oraz odbudowywania wszystkich wartości czytelnicy szukają jakiegoś oparcia. Dlaczego klasycy dają poczucie pewności? Ponieważ klasyk jest autorem, który – szczególnie w okresach, kiedy książki przepisywano ręcznie – skłonił wielu, by go kopiowali, i na przestrzeni wieków przezwyciężył bezwład czasu oraz syreny zapomnienia. Uratowali się także ci, którzy nie byli warci nawet ceny pergaminu, gdy tymczasem inni, może wielcy, skazani zostali na trwałe zapomnienie; ale statystycznie rzecz biorąc, społeczność ludzka zareagowała w oparciu o zdrowy rozsądek i jest wielce prawdopodobne, że autor, który stal się klasykiem, wciąż ma nam do powiedzenia coś wartościowego.

Drugim powodem jest to, że w okresie kryzysu istnieje ryzyko, iż sami już nie wiemy, kim jesteśmy. Otóż klasyk nie tylko mówi nam, jak myślano w odległych czasach, ale pozwala też odkryć, że dziś myślimy w taki sam sposób, i zrozumieć, jaka jest tego przyczyna. Czytać klasyka to jakby dokonywać psychoanalizy dzisiejszej kultury, odnajdując ślady, wspomnienia, schematy, pierwotne sceny… Otóż to, wykrzykujemy, teraz rozumiem, dlaczego jestem taki albo dlaczego ktoś się upiera, żebym taki był: cała sprawa zaczęła się od tej strony, którą właśnie czytam. I z wielkim zdumieniem odkrywamy, że jesteśmy arystotelikami albo platończykami, albo augustynianami w sposobie, w jaki tworzymy nasze doświadczenie – nawet w błędach, które przy tej okazji popełniamy.

(źródło)
(źródło)

Lektura klasyków to powrót do korzeni. Często szukamy korzeni nie ze względu na tęsknotę za czymś poznanym, ale z powodu niejasnego przeczucia, że wyrośliśmy z jakiegoś nieznanego pnia. Amerykanin z urodzenia, który odczuwa nagle potrzebę „powrotu” (a przecież jedzie tam po raz pierwszy) do kraju, w którym przyszli na świat jego dziadowie, odbywa podróż wywołaną nostalgią wirtualną. Każdy czytelnik odkrywający klasyków jest „Amerykaninem”, który, naturalizowany od nieskończonej liczby pokoleń, odczuwa jednak potrzebę zdobycia wiedzy na temat swoich przodków, aby móc odnaleźć ich obecność we własnych myślach, gestach, rysach twarzy.

Inną piękną niespodzianką, jaką sprawiają nam często klasycy, jest to, że spostrzegamy, iż byli od nas nowocześniejsi. Niezmiennie szokują mnie pewni kulturalnie wykorzenieni myśliciele zza oceanu przytaczający w bibliografiach wyłącznie książki opublikowane w ciągu ostatniego dziesięciolecia, którzy opracowują pewną ideę i często rozwijają ją źle, nie wiedząc, że analogiczna myśl została lepiej rozwinięta przed tysiącem lat (albo że już tysiąc lat temu okazała się jałowa).

Umberto Eco w swoim domu (źródło)
Umberto Eco w swoim domu (źródło)

Przeglądam właśnie Mistrza i słowo świętego Augustyna (dla bliskich – Augustyna), dzieło opublikowane przez Rusconiego (z tekstem oryginalnym obok przekładu), opracowane przez Marię Bettetini. Obejmuje ono cztery traktaciki, z których radziłbym wam przeczytać De magistra, czyli O mistrzu. Można by powiedzieć, że przypomina najlepszego Wittgensteina, gdyby Wittgenstein nie przypominał najlepszego Augustyna. Warto zobaczyć, jak ze zwykłego spaceru z Adeodatem, swoim naturalnym synem (tak, tak, zanim został świętym, gałgan trochę narozrabiał), ojciec-mistrz umiał wydobyć całą serię błyskotliwych uwag na temat tego, co to znaczy mówić. Mówię „ze spaceru”, a nie po prostu „podczas spaceru”, ponieważ samo cielesne doświadczenie spacerowania sugeruje czasem Augustynowi, jak lepiej wyjaśnić znaczenie używanych słów za pośrednictwem gestów, ruchów, zatrzymań i przyspieszeń kroku… Prawdziwa rozkosz, zapewniam was. Kiedy klasyk jest nam tak bliski, czytając go, smucimy się, że nie przeczytaliśmy go wcześniej.

Niedawno przyszedł do mnie student filozofii, który zapytał, co powinien przeczytać, aby nauczyć się poprawnie rozumować. Podsunąłem mu Esej o rozumie ludzkim Locke’a. Spytał, dlaczego właśnie ta książka, na co odparłem, że gdybym tego dnia był w innym nastroju, mógłbym mu równie dobrze zasugerować jeden z dialogów Platona lub Rozprawę o metodzie. Ponieważ trzeba jednak od czegoś zacząć, Locke mógłby być przykładem pana, który poprawnie rozumował, gawędząc uprzejmie z przyjaciółmi bez potrzeby używania trudnych słów. Student zapytał, czy ta lektura przyda się do pewnej pracy, którą się właśnie zajmuje. Odparłem, że przyda mu się, nawet gdyby potem miał sprzedawać używane samochody. Pozna po prostu człowieka, którego warto poznać. Temu właśnie służy czytanie klasyków.

styczeń 1994

Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek, tłum. Anna Osmólska-Mętrak, Historia i Sztuka 2005, s. 40–42.

(Visited 750 times, 30 visits today)

38 komentarzy do “Pisarze ze starej szkoły (XXVII): Umberto Eco o czytaniu klasyków

  • 25 czerwca 2016 o 11:15
    Permalink

    Ha, ten Cyceron z drugiej ligi mnie zawsze zastanawiał ;-).

    „Jest wielce prawdopodobne, że autor, który stal się klasykiem, wciąż ma nam do powiedzenia coś wartościowego” — tym można się posłużyć właściwie w każdej dyskusji o kanonie lektur szkolnych. Chociaż w sumie to, co później pisze Eco o klasyce jako tym, co przetrwało jako świadectwa rozwoju literatury/pisania w ogóle — to jest zawsze coś, co mi się podobało. To ponowne wyczytywanie z klasyków tego, co istotne i tego, co pokazuje, skąd zaczynaliśmy (co jest czasem smutne, czasem przerażające, a czasem krzepiące).

    Natomiast nie zgadzam się co do tej „wirtualności” nostalgii. Mnie się wydaje, że ją można mieć w samiutkich kościach, więc generalnie — ona jest jak najbardziej prawdziwa. Taka post-nostalgia, aż by się chciało powiedzieć :-D.

    I w ogóle: doskonale mi się ten tekst wpisuje w dzień dzisiejszy. Dziękuję! :-)

    Odpowiedz
    • visage
      25 czerwca 2016 o 11:38
      Permalink

      Nie liczyłem, że komukolwiek w ten upał zechce się skomentować :)
      Zważywszy bolesne przejścia z Cyceronem na lektoracie z łaciny, zdecydowanie uważam, że jest drugoligowy i czytanie go w oryginale powinno zostać zakazane :D Z resztą zupełnie się zgadzam, jak w ogóle z Eco. Co do wirtualności, to na własnym przykładzie bym raczej powiedział, że chęć czytania klasyki jest raczej wywoływana czynnikami zewnętrznymi niż „maniem” tego w kościach – jednak istnienie klasyków trzeba sobie jakoś uświadomić, choćby pod wpływem „Jeżycjady” :D

      Odpowiedz
      • 25 czerwca 2016 o 12:02
        Permalink

        Upał upałem, ale wiesz, jest sobota ;). Co do Cycerona — zgadzam się. Jako człowiek z wykształceniem tak zwanym klasycznym natłumaczyłam się go zdecydowanie za dużo, ale mam dla niego po latach sporo wyrozumiałości, zwłaszcza przez wzgląd na rozczarowanie, jakie stało się jego udziałem (właśnie, czy ktoś napisał powieść o ostatnich dniach Cycerona? Przeczytałabym!). Ach, nie, mnie chodziło generalnie o nostalgię, mniej już o klasyków i wyczuwalną w ich kierunku ewentualną nostalgię — tu zgadzam się, że trzeba wiedzieć, że są, na sam początek :).

        Odpowiedz
        • visage
          25 czerwca 2016 o 12:06
          Permalink

          Powieści o Cyceronie nie znam, swego czasu kazano mi egzaminacyjnie czytać Kumanieckiego „Cyceron i jego współcześni”, nawet nawet :)
          Co do nostalgii generalnie, to też nie jestem przekonany, że ona się rodzi tak po prostu „w kościach”. Żeby zapragnąć odwiedzić rodzinne strony, trzeba wiedzieć, że takowe istnieją i gdzie. Jakoś nie wierzę w rzeczy typu: przypadkiem znajdujesz się w mieście X, odczuwasz w nim metafizyczne emocje, a po powrocie do domu dowiadujesz się od babci, że cała rodzina pochodzi X :D Takie rzeczy tylko u AutorKasi.

          Odpowiedz
          • 25 czerwca 2016 o 13:16
            Permalink

            O, znam tego Kumanieckiego :). Ale jednak gdyby była powieść, to by była powieść (rzekła Pyza sentencjonalnie ;)). Oj nie, taka nostalgia też wydaje mi się tylko efektownym (i afektowanym) sentymentem — ale już taka, która wypływa z poczucia, że przodkowie są skądinąd (chociażby to było dawno, daleko i w sumie nic nas już, ani jedna licha niteczka, nie łączyło z tym miejscem), co oczywiście tą wiedzą poprzedzone być musi, już jakoś do mnie przemawia. Że się tego miejsca nie zna, ale jakaś nostalgia nas ku temu miejscu gna, bo sobie w nim tych przodków umieszczamy (chyba może być nawet taka fałszywa nostalgia, bo, dajmy na to, nasz przodek na roli we wsi X, a my go do dworku za wsią X pchamy ze wszystkich sił). I nazwałabym to niewirtualną nostalgią, bo ona wynika jakoś z nas, z tego zakorzenienia się w nas tej pamięci nie-naszej, ale jakby naszej (generalnie zatem, myślę sobie, zgadzam się co do samego zjawiska, ale nieco inaczej je rozumiem).

            Odpowiedz
            • visage
              25 czerwca 2016 o 13:29
              Permalink

              Skoro widzisz lukę na rynku, pisz powieść :)
              Co do nostalgii, to ta z niteczką też do mnie przemawia. Bo w końcu nie możemy tęsknić za czymś, czego nie znamy albo czego nie przeczuwamy. A nie wierzę w przeczucia typu „tęsknię za Afryką, bo w poprzednim życiu byłem faraonem” :) Czy ty aby nie napominasz mi tu o „pamięci genetycznej”? Zważywszy beznadziejne wykorzystanie tego przez Annę Janko, jestem sceptyczny.

              Odpowiedz
              • 25 czerwca 2016 o 14:07
                Permalink

                Nie czuję się na siłach do pisania o Cyceronie — ale temat ciekawy ;). Ale może ktoś tu zajrzy, zapali mu się żaróweczka i dostaniemy taką powieść :D.

                Pamięci genetycznej — nie do końca, raczej o tym, na co się niezbyt ładnie teraz mówi post-pamięć (niestety „Małej Zagłady” — bo o tej książce Janko mówisz? — jeszcze nie czytałam, więc nie potrafię się odnieść). To znaczy, że jesteś w stanie zinternalizować, nawet na poziomie podświadomym, coś, co związane było z przodkami, i potraktować jak własne. Wydaje mi się, że to szalenie ciekawa koncepcja, a już na poziomie literackim zwłaszcza. Nie jestem pewna, czy to się może sprawdzić zawsze, na razie widziałam w czeskiej literaturze trochę takich postpamięciowych prób przy okazji różnego rodzaju traum i chociaż nie zawsze jest to literacko tak dobre, jak by się chciało, to jest ciekawe i zobaczymy, co z tego dalej wyniknie :).

                Odpowiedz
                • visage
                  25 czerwca 2016 o 14:28
                  Permalink

                  Mało w naszych czasach znawców Cycerona, niestety.
                  Małej zagłady nie żałuj, mało udana rzecz. Ja chyba nie umiem podświadomie sobie wyobrazić nic związanego z przodkami, no ale ja się niechętnie odnoszę do takich koncepcji. Jestem przyziemnym realistą :)

                  Odpowiedz
  • 25 czerwca 2016 o 12:53
    Permalink

    Matko, co on nawypisywał – jaki Platon, jaki Cyceron, jaki św. Augustyn?! Od razu widać, że nic nie wie o blogaskach (ale to jego przypadku właściwie to nic dziwnego). Standardem jest Michalak i Bonda a szczytem możliwości Twardoch i Krajewski. Zresztą co on tam wiedział, ten Eco. Napisał jedną świetną książkę i się wymądrza…

    Odpowiedz
    • visage
      25 czerwca 2016 o 13:01
      Permalink

      Z Kolegi jakieś zgorzknienie wychodzi, co składam na karb upałów. I bądźmy sprawiedliwi, do jednej świetnej książki Eco dopisał też paredziesiąt świetnych felietonów :D Za to o blogaskach faktycznie nie wiedział zgoła nic, ale to mu akurat pewnie na zdrowie wyszło.

      Odpowiedz
      • 25 czerwca 2016 o 14:24
        Permalink

        Tylko realizm, tylko realizm. Niestety. Kolega zna jakieś blogi książkowe, na których wywiązała się dyskusja przy okazji omawiania „Uczty” albo „Wyznań”? :-)

        Odpowiedz
        • visage
          25 czerwca 2016 o 14:32
          Permalink

          Znasz jakieś blogi, gdzie ktokolwiek pisał cokolwiek o Platonie?
          We mnie dojrzewa powtórka „Wyznań”, to może prędzej czy później będzie okazja, żeby się przekonać, na ile to dyskusyjna książka :D

          Odpowiedz
          • 25 czerwca 2016 o 14:43
            Permalink

            Ależ moje pytanie było czysto retoryczne :-) Jako realista (niech będzie, że zgorzkniały) uważam, że jest bardzo dobrze jeśli ktoś potrafi wtrącić trzy grosze na temat twórczości Conrada, Dostojewskiego czy Tołstoja i nie chodzi mi o to, że napisze „to nie mój klimat” :-). O ile sceptycznie podchodzę do tych wszystkich postkolonialnych, genderowych czy feministycznych odczytań, to muszę przyznać, że często dzięki temu co akurat jest w modzie niektórzy klasycy pozostają „wiecznie żywi”. Czytam teraz „Tessę d’Urberville” – może i Grochola bije Hardy’ego dynamiką akcji ale za to, po ponad 100 latach co za bogactwo możliwości odczytań.

            Odpowiedz
            • visage
              25 czerwca 2016 o 14:50
              Permalink

              Zgadzamy się co do meritum w kwestii klasyki, chociaż ja podchodzę do kwestii mniej konserwatywnie niż Ty i uwielbiam skoki w bok. Literacki bok. Ale Grochola i dynamika akcji? Serio? :P

              Odpowiedz
              • 25 czerwca 2016 o 15:51
                Permalink

                Ja konserwatywny?! Bez przesady, może nie jestem na bieżąco z bestsellerami ale jak najbardziej czytuję powieści, które zostały wydane po roku 2000 :-).

                Odpowiedz
                  • 25 czerwca 2016 o 16:05
                    Permalink

                    To dosyć trudne zadanie bo o zdecydowanej większości nowości słuch ginie już kilka miesięcy po zdjęciu ich listy bestsellerów ale robię co mogę :-)

                    Odpowiedz
  • 25 czerwca 2016 o 16:54
    Permalink

    Robię co mogę, a jak już nie będę mógł, to przejdę na kolorowanki :-) to dopiero jest fenomen :-)

    Odpowiedz
  • 25 czerwca 2016 o 20:47
    Permalink

    Do klasyki zaglądam rzadko, ale to wcale nie znaczy, że jej nie cenię. Tak jak wśród nowości i rzekomych bestsellerów wiele tytułów porządnie mnie zawiodło, tak jeśli chodzi o klasykę- jeszcze nigdy się nie rozczarowałam. Klasycy rządzą :-)

    Odpowiedz
    • visage
      25 czerwca 2016 o 21:13
      Permalink

      Och, klasycy też bywają rozczarowujący, nie idealizujmy ich. Ale mimo rozczarowań zawsze warto ich czytać.

      Odpowiedz
  • 26 czerwca 2016 o 13:57
    Permalink

    Mój stosunek do klasyki – znasz:) Mnie to raczej trzeba by zachęcać do czytania nowości, do których podchodzę jak do jeża, aczkolwiek zdarzają się wyjątki. I też uważam że Eco to nie tylko Imię róży. Zapiski na pudełku od zapałek są fantastyczne – moim zdaniem, ale ja się nie znam tak jak kolega M. :) A swoją drogą, to moja znajomość klasyki zaczyna się tak jakoś w okolicy XVIII wieku, więc było nie było mam spore zaległości.

    Odpowiedz
    • visage
      26 czerwca 2016 o 14:05
      Permalink

      W kwestii Eco Cię popieram :D
      Klasyki wcześniejszej niż XVIII wiek, którą trzeba znać, nie jest w sumie bardzo dużo: Homer, Biblia, Szekspir, Molier…

      Odpowiedz
      • 26 czerwca 2016 o 19:54
        Permalink

        Czyli nie tak wiele mi zostało, bo poza Homerem coś tam jednak liznęłam. :) i z Szekspira i z Moliera, że o Biblii nie wspomnę

        Odpowiedz
          • 27 czerwca 2016 o 09:40
            Permalink

            I Dekameron. Ale pewnie Marlow mnie zrypie, że to soft porno i w ogóle rzecz dla gimbazy :P Że nie wspomnę, że autor pisząc korzystał z pomysłów kolegów sprzed wieków, vide Apulejusz, co potwierdza Wasze rozważania, że wszystko już było i warto czytać klasyków, żeby się o tym przekonać. Choć może niekoniecznie w te obezwładniające upały, kiedy nawet popierdółki ciężko wchodzą :P

            Odpowiedz
            • visage
              27 czerwca 2016 o 09:44
              Permalink

              Soft porno dla gimbazy? No jak rany :) A Marlow chyba do Dekameronu nic ma, mam wrażenie.
              Osobiście bardzo lubię Boccaccia. Choć może faktycznie nie w upały.

              Odpowiedz
              • 28 czerwca 2016 o 08:18
                Permalink

                A w zasadzie, czemu nie? Aaa, rozumiem, gorące tematy do gorąca zewnętrznego, to zbyt wiele? :P To Owidiusz też odpada? :)
                „Jeżeli ktoś z was Rzymianie
                nie wie, co miłości sztuka
                dokazać jest dzisiaj w stanie,
                niech w tej książce wiedzy szuka.”

                Odpowiedz
                  • 28 czerwca 2016 o 13:00
                    Permalink

                    I w większości na upały jak znalazł :) Jak już spuszczamy z tonu w kwestii klasyków, to jeszcze „Stacja arktyczna Zebra” :P

                    Odpowiedz
          • 27 czerwca 2016 o 15:47
            Permalink

            Skoro już tak w przeszłość skaczecie, to dorzucę jeszcze Beowulfa, przy którego lekturze nie da się nie wyczuć na przekór czasowi nut tolkienowskich.

            Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: