Notka na rozruch, czyli marudzenia większe i mniejsze

Przerwy w pisaniu mają zdecydowanie jedną złą stronę: całkowicie rozleniwiają i nie chce się wracać. Mam kilka rozgrzebanych tekstów, stos powakacyjnych książek do zrecenzowania i trudności z wykrzesaniem z siebie entuzjazmu do pisania. Zanim więc zbiorę siły do pełnowymiarowych tekstów, proponuję garść marudnych notek. Dla pomarudzenia udało mi się przełamać. Kolejność książek przypadkowa, rozrzut gatunkowy spory.

Bardzo się ucieszyłem z przypadkowego odkrycia młodzieżowej powieści o wikingach. Wyobraźnia mi ruszyła: przygody, walki, statki, rabunki, rywalizacja, rejsy po wzburzonym morzu, w ostateczności jakiś wątek miłosny – sam miód, dynamika, barwne opisy, nic, tylko palce gryźć z emocji i pochłaniać nieprzytomnie. Więc zacząłem i przez tydzień wymęczyłem sześćdziesiąt stron. Ewidentnie coś bowiem poszło nie tak, najprawdopodobniej autorce, ale i tłumacze dołożyli swoje co nieco. Więcej emocji zapewnia strzelanie z folii bąbelkowej. Opis polowania na wilki pozbawiony jest dynamiki i napięcia, opis wielkiego jarmarku nie ma w sobie ani krzty barwy, zero posmaku egzotyki. Wszystko jakoś przedziwnie urywane, styl tępy i bez odrobiny wdzięku, bohaterowie niebudzący ani sympatii, ani niechęci. Odpuszczam bez żalu.
Barbara Bartos-Höppner, Tysiąc statków gnanych wiatrem, tłum. Krzysztof Radziwiłł i Janina Zeltzer, Nasza Księgarnia 1979.

Dorota Combrzyńska-Nogala umie opowiadać i tworzy świetnych bohaterów o ciekawych życiorysach. W „Drewniaku” Łucja Nowakówna, graficzka z upodobaniem do ekstrawaganckiego obuwia, porzuca nijakiego Kamila i przeprowadza się do drewnianego domu odziedziczonego po ekscentrycznym wuju. Ludzie z sąsiedztwa są ze sobą zżyci, łączą ich rozmaite przeżycia z przeszłości, mają swoje tradycje i wspomnienia, bawią się razem i pomagają sobie na co dzień. Łucja szybko zostaje wciągnięta do tego kręgu i zaczyna poznawać lokalne historie i sekrety. To najsilniejszy punkt książki, barwny, czasem poruszający, czasem zabawny albo dramatyczny; losy Basi, Marlenki, Szuszfelaka, Janusza śledzi się z prawdziwym zainteresowaniem. Niestety mniej więcej w połowie książki na pierwszy plan wysuwają się stereotypowe podchody miłosne. On chce, ona – czyli Łucja – nie chce, choć nie bardzo wie dlaczego; przekomarzanki, uniki, standardowe dialogi i standardowe rozwiązanie. Nie pomaga nawet wprowadzenie tajemniczego amanta, którego tożsamość nie tylko dla czytelnika jest oczywista od pierwszej chwili. Ale nawet mimo to powieść jest dobra (choć pisana z mniejszym rozmachem niż „Wytwórnia wód gazowanych”), a byłaby jeszcze lepsza, gdyby nie tradycyjna troska wydawnictwa MG o to, by czytelnik mógł sobie pod nosem mamrotać obelgi na widok haniebnych błędów interpunkcyjnych, a nawet ortograficznych. Czy jakiś wydawca, który ma redaktorów znających poprawną polszczyznę, mógłby zaproponować umowę autorce „Drewniaka”? Zyska twórczynię bardzo dobrych powieści obyczajowych i moją wdzięczność.
Dorota Combrzyńska-Nogala, Drewniak, Wydawnictwo MG 2012.

Seria „Zagadki jeża Pepe” Rozalii Niedźwieckiej miała być, według zapewnień wydawcy, idealna dla czterolatków. Niestety, mimo iż grupa docelowa się zgadzała, książki u nas furory nie zrobiły, choć na pierwszy rzut oka skazane są na sukces. Pomysł, by jeż Pepe, mądry i doświadczony, prowadził śledztwa i pomagał zwierzętom rozwiązywać ich problemy to doskonały punkt wyjścia do licznych wycieczek w świat przyrody, tej oswojonej, podwórkowej, i tej leśnej czy łąkowej, do pokazywania, jak ważna jest przyjaźń i wzajemna pomoc, wreszcie do tłumaczenia – skoro to „kryminały” – że krzywdzenie innych lub odbieranie im czegokolwiek jest złe. Co zawiodło? Chyba przede wszystkim niedopracowanie opowieści. Bohaterowie: Pepe czy pies Muchomor, siwy opiekun podwórza, budzą sympatię, ich perypetie jednak są monotonne, szczególnie w „Orzechach”, gdzie akcja polega na chodzeniu od zwierzaka do zwierzaka i wypytywaniu, czy rozmówca nie wie, co się stało z zaginionymi orzechami. Brakuje dynamiki, kolejne sceny są do siebie podobne albo nie posuwają akcji do przodu, dialogi też niewiele wnoszą. Walory poznawcze są nikłe (sójki zbierają żołędzie na zimę, a owce nie tykają orzechów), a rozwiązania zagadek albo wykorzystują mechanizm Deus ex machina („Orzechy”), albo (jak w „Kościach”) wprawiają rodzica w niejaki zamęt etyczny – czy można kraść, żeby pomagać potrzebującym? Język historyjek trąci sztucznością w jednych miejscach, w innych zaś razi nieporadnością (choćby takie urocze zdanie: „Wziął kijka i pogmerał nim w dziurce na górze kopca”), a gdybym dostał 10 groszy za każdy brakujący przecinek, to mógłbym za to kupić sporą porcję lodów. Dwoma słowami: spory zawód (i szczere zdziwienie peanami, które w chwili wydania pojawiły się w internecie). Uznanie należy się jedynie ilustratorce Angelice Salskiej za świetne portrety zwierząt.

Rozalia Niedźwiecka, Kości. Zagadki jeża Pepe, Wydawnictwo Raducha 2013.
Rozalia Niedźwiecka, Orzechy. Zagadki jeża Pepe, Wydawnictwo Raducha 2013.

(Visited 560 times, 8 visits today)

52 komentarzy do “Notka na rozruch, czyli marudzenia większe i mniejsze

  • 3 września 2016 o 19:39
    Permalink

    Hmm, nie znałam „Zagadek jeża Pepe”. Może zajrzę do biblioteki i pożyczę, żeby pooglądać ilustracje, bo bardzo mi się podobają. Szkoda, że reszta słaba.

    Odpowiedz
  • 3 września 2016 o 23:21
    Permalink

    Znam ten stan rozleniwienia, niestety. Myślałam, że zmobilizuje mnie do pisania wejściówka dla blogerów na październikowe targi w Krakowie (chyba wciąż rozdają), ale nie. Nawet pomarudzić nie mogę, bo niczego złego ostatnio nie czytałam. Jak żyć?:(

    Odpowiedz
    • visage
      3 września 2016 o 23:24
      Permalink

      Wejściówka na targi zmobilizuje dopiero po targach – do napisania sprawozdania z biegów między stoiskami :) A nie możesz pomarudzić na to, że nie trafiają Ci się złe książki? W sumie każdy powód do marudzenia jest dobry :)

      Odpowiedz
      • 4 września 2016 o 22:39
        Permalink

        O, po targach to już na pewno będę mogła sobie ponarzekać: na ceny, na tłumy, na kolejki… Czyli na to co zwykle. Póki co czytam „Dom Rothschildów”, ale to akurat nie jest powód do marudzenia;).

        Odpowiedz
        • visage
          4 września 2016 o 22:43
          Permalink

          Narzekanie na targi książki rozrywką typowo blogerską :) Miło mi, że nie narzekasz na Rothschildów, chociaż niepomiernie mnie to dziwi :P

          Odpowiedz
          • 4 września 2016 o 22:57
            Permalink

            Ha, więc coś mnie jednak jeszcze łączy z tą społecznością!

            Co do „Rothschildów”, to nie jest to z pewnością lektura łatwa, ale temat jest ciekawy, w pewnym sensie nawet uniwersalny, więc myślę, że warto się poświęcić:).

            Odpowiedz
              • 6 września 2016 o 10:51
                Permalink

                Czytałam wcześniej „Imperium”, więc wiedziałam, czego się mniej więcej spodziewać. Rothschildowie skojarzyli mi się z Forsyte’ami (akurat ta powieściowa rodzina żyła plotkami) i musiałam sobie odświeżyć w międzyczasie pierwszy tom „Sagi”. Ciekawe, czy historia kolejnych pokoleń Rothschildów nie skłoni mnie do powtórki „Buddenbrooków”:).

                Odpowiedz
                • visage
                  6 września 2016 o 10:54
                  Permalink

                  Z Forsyte’ami? Ciekawe skojarzenie. Z Buddenbrookami to już prędzej, aczkolwiek upadek był dużo mniej spektakularny w przypadku Rothschildów.

                  Odpowiedz
                  • 7 września 2016 o 19:39
                    Permalink

                    Może to przez te konsole, w których Forsyte’owie lokowali część majątku, i przez to, że w starszym pokoleniu również rządzili bracia, a ich siostry nie miały zbyt wiele do powiedzenia. I ten wiktoriański materializm:).

                    Odpowiedz
                    • visage
                      7 września 2016 o 21:19
                      Permalink

                      Marzę o powtórce Forsyte’ów, bo nic nie pamiętam, poza wrażeniem, że mi się bardzo podobało :)

  • 4 września 2016 o 01:16
    Permalink

    Też mam stos! Piętnaście książek czeka na wzmiankę o sobie…

    Odpowiedz
    • visage
      4 września 2016 o 08:48
      Permalink

      Ooo! Urządźmy sobie licytację na zaległości połączoną z samobiczowaniem i podsycaniem wyrzutów sumienia :D U mnie stos 10 :P

      Odpowiedz
  • 4 września 2016 o 15:02
    Permalink

    Oj u mnie tyle przeczytanych słowem nie wspomnianych (liczba dwucyfrowa co prawda, ale zdecydowanie za wysoka, nawet ciężko mi zliczyć) więc do licytacji nie dołączę, ale sygnalizuję, że nie jesteście osamotnieni. No i prawda, że trudno się wraca po dłuższej przerwie do pisania. Ale bije brawo za udany początek

    Odpowiedz
  • 4 września 2016 o 22:21
    Permalink

    O, matko, to rozleniwienie jest straszne… Ja nie wiem, czy ja je przezwyciężę. A może tak po prostu poddać się…?

    Odpowiedz
    • visage
      4 września 2016 o 22:24
      Permalink

      Kuszące, ale nie należy się poddawać tak bez walki. Poza tym, jak tak wszyscy się poddamy, to co będzie? Pustka, upadek moralny i kulturalny, bankructwa księgarń i wydawców, opustoszałe biblioteki i na zgliszczach tylko karaluchy i Katarzyna Michalak :(

      Odpowiedz
  • 4 września 2016 o 22:29
    Permalink

    Chyba nie możemy tego zrobić światu ;)

    Odpowiedz
  • 5 września 2016 o 09:15
    Permalink

    Głaskałam kotkę, bo raczyła pozwolić ❤

    Odpowiedz
  • 5 września 2016 o 09:24
    Permalink

    Ja się oddałem popierdzielaniu po okolicy, a potem żłopaniu piwka. Zaniedbałem przez to pole rowerowe i blogowe, ale nie sądzę żeby ludzkość na tym ucierpiała :P
    Myślałem, że ograniczysz się do dwóch zdań na tytuł, a tu trzy całkiem spore omówienia. Całe szczęście już jakiś czas temu wyskoczyliśmy z kategorii 4+ i Jeż Pepe nam niestraszny. Zachwyt innych mnie nie dziwi, bo rzadko spotykam się z krytykowaniem książek dziecięcych :P

    Odpowiedz
    • visage
      5 września 2016 o 09:32
      Permalink

      No jak nie ucierpiała? Ja cierpię!
      Jeż Pepe swoje odczekał na opisanie, bo za każdym razem, gdy go czytaliśmy, liczyłem, że jednak mnie olśni i polubię. Nic z tego. Z każdym brakującym przecinkiem coraz mniej mi się podobało :P

      Odpowiedz
      • 5 września 2016 o 11:18
        Permalink

        Skalkulowane straty :P
        Ja akurat do dziecięcych mam ostatnio szczęście, choć jak sięgnę pamięcią, to jakieś coś jedno, nowoczesne wielce, zupełnie nam nie podeszło :) Za to teraz czytamy drugą część „8+2” z DS i jest fajne wielce :D

        Odpowiedz
          • 5 września 2016 o 13:55
            Permalink

            Czy ja wiem. Może czytacie jedną po drugiej i stąd delikatna niechęć do prostego życia. U mnie słuchane z satysfakcją i częstymi wybuchami śmiechu (babcia na skoczni) :)

            Odpowiedz
              • 5 września 2016 o 14:07
                Permalink

                Sam widzisz. Nastawiłeś się w tej notce na marudzenie i Ci przeszło na komentarze. A tu pozytywów mnóstwo :)

                Odpowiedz
                • visage
                  5 września 2016 o 14:12
                  Permalink

                  Zaraz tam mnóstwo. No ale parę jest, faktycznie. Za to szkoda, że obrazki czarno-białe, Oklejak zyskuje w kolorze.

                  Odpowiedz
                  • 5 września 2016 o 14:33
                    Permalink

                    Widzisz. Ja jakoś nie jestem fanem, choć faktycznie kolorowe Basie, jakoś bardziej do mnie trafiają. Natomiast bardzo mi się podobały oglądane na TK „Cuda wianki” i chyba sobie kiedyś sprezentuję, żeby uzupełnić kiepską wiedzę o folklorze :P

                    Odpowiedz
                    • visage
                      5 września 2016 o 14:37
                      Permalink

                      Basie są mistrzowskie i poza konkurencją :) O folklorze to może się lepiej douczać z książek dla dorosłych? :P

                    • 5 września 2016 o 14:46
                      Permalink

                      Przedzierając się przez zwały literatury dotyczącej zabobonu, dość już się nawdychałem kurzu z tomów Kolberga. Teraz chcę na dziecięco i na kolorowo :D

                    • 5 września 2016 o 14:55
                      Permalink

                      Pamiętam jak przez mgłę, a i to też tylko z filmu animowanego :) Na razie dzięki, a jakże, DS, zgłębialiśmy obce kraje, gdzie są inne obyczaje. Czekam na kolejne tomy „Świata dla Dociekliwych” :)
                      PS. Tak sobie ostatnio myślałem o bałwochwalczym tekście na temat Dwóch Sióstr właśnie, bo co wezmę do ręki, to mi się podoba. A tu w zapowiedziach kolejne cudeńka :P

                    • visage
                      5 września 2016 o 14:58
                      Permalink

                      W kreskówce jest więcej folkloru niż w książce.
                      Co do Dwóch Sióstr, to też lubię, aczkolwiek nie mogę szaleć, bo obawiam się, że różowy koszmarek o Barbie zyskałby większe uznanie niż Gałka od łóżka czy inny taki klasyk.

                    • 5 września 2016 o 15:05
                      Permalink

                      Nie sądźmy po pozorach. „8+2” u mnie wydawało się strzałem w kolano, bo staroć. Ani gadżetów, ani szybkiej akcji, a jednak … :) No i czasem kwardym trza być. Ja ostatnio zawetowałem biografię Bale’a :P

                    • visage
                      5 września 2016 o 15:09
                      Permalink

                      U nas „nie”, oznacza „nie”. Od ponad roku próbuję namówić Mlodszą na Detektywa Noska, bez skutku. 10 miesięcy słyszałem „nie” na „Joachima Lisa”. Za to Ture Sventon wszedł bez oporów i pięć razy z rzędu. Nie trafiam za swoim dzieckiem, więc nie chce mi się wykłócać. Ale „8+2” też musiało trafić na swój czas :P

                    • 5 września 2016 o 15:21
                      Permalink

                      W razie czego trzymam w odwodzie pewniaki. W naszym przypadku to dwa najnowsze tomy Zosi z Kociej :D

                    • visage
                      5 września 2016 o 17:44
                      Permalink

                      Młodsza chyba za młoda na Zosię, Starsza pochłonęła. Ale chłopcy chcą to czytać??

                    • 6 września 2016 o 09:15
                      Permalink

                      Młodszy słucha, bo choć zdarzają się hity, które wchłania sam (seria „X-pietrowy domek na drzewie”), to jednak jak tatuś czyta, to nie ma … :P Starszy zaś olał czytanie na rzecz multimediów (bo łatwiej prztykać, niż się skupić nad tekstem :( ). A Zosia podoba się nam na tyle, że używamy w domu powiedzeń Mani :D

                    • visage
                      6 września 2016 o 09:20
                      Permalink

                      U nas jakoś tatusiowi trudno się przebić z własnymi propozycjami do czytania :P „Zosia” została przeczytana przez Starszą, ale chyba bez szału, bo tylko ze dwa razy. Za to teraz „Hobbit”, lektura szkolna.

                    • 6 września 2016 o 09:33
                      Permalink

                      Może ramoty straszne dziecku wciskasz? :P Ja już w sumie nie pamiętam, jak to z „Hobbitem było, ale szału nie było. W każdym razie nie było opowieści o książce, jak to miało miejsce w przypadku „Baśnioboru”.

    • 5 września 2016 o 17:19
      Permalink

      Zdecydowanie jestem za tym, aby się nie poddawać, czemu dałam wyraz jakąś rachityczną i mało treściwą notką z wystawy :), zwłaszcza, że teraz jadę na urlop. Dlatego tak mnie cieszy każdy powrót marnotrawnego blogera na łono blogosfery. :)

      Odpowiedz
  • 5 września 2016 o 17:39
    Permalink

    Też mam sporo książek, które jeszcze czekają na wspomnienie, a w sumie to też bym o nich pomarudziła pokrótce, tak jak Ty o tych jeżach i wikingach. Może się zainspiruję formą;>

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: