„Zawieszone pomiędzy myślą a uczynkiem” (Sarah Waters, „Muskając aksamit”)

Literatura pełna jest opowieści o mężczyznach zakochanych w aktorkach. Biedni sztubacy i studenci mogli swoim bóstwom urządzać owacje z balkonu i ryć ich inicjały scyzorykami w szkolnych ławkach albo na własnej skórze. Bogatsi, starsi (i zwykle łysawi albo z wydatnym brzuchem) panowie mogli gwiazdki i gwiazdy obsypywać kwiatami i biżuterią w nadziei bynajmniej nie na przelotny całus. W powieści Sarah Waters natomiast to młoda dziewczyna z nadmorskiej mieściny zakochuje się w gwieździe prowincjonalnego teatrzyku, ale nie w przystojnym piosenkarzu, komiku czy żonglerze. Nancy zakochuje się w Kitty, wyśpiewującej w męskim przebraniu modne piosenki.

Nan rusza z Kitty do Londynu, by stać się jej garderobianą i przyjaciółką. Ma oszałamiające uczucie, że spełniają się jej marzenia, mimo iż Kitty nic nie wie o jej fascynacji. Obserwujemy powolny rozwój tego uczucia, nieśmiałego, ukradkowego, nigdy nie wyrażanego wprost. Wreszcie pojawiają się śmielsze czułości, śmielszy dotyk w końcu potwierdzenie, że uczucie Nan jest odwzajemniane. Jest w tym przedstawieniu uczuć Nan coś wzruszającego i niewinnego, tak typowego dla pierwszej miłości, szczególnie gdy wreszcie nadchodzi zapewnienie o wzajemności. „Leżałam nieruchomo, spoglądając na jej bielejącą w ciemności twarz i myślałam: Ona mnie kocha. Ona mnie kocha – niczym głuptas ściskający łodyżkę stokrotki, na której brązowieje ostatni uschnięty płatek”. Szczęście jednak nie trwa długo. Dziewczęta zaczynają odnosić sukcesy jako duet sceniczny, okazuje się jednak, że Kitty nie jest w stanie zaakceptować związku z Nan. Wygrywa wstyd, strach przed napiętnowaniem. Przed zdradzoną Nan nagle otwiera się zupełnie inne życie i zupełnie inny Londyn.

Powieść Waters dzieli się na trzy części ukazujące kolejne etapy w życiu Nancy i mające odrębny charakter. Pierwszą najłatwiej byłoby nazwać romansem, obrazem pierwszej miłości, ale też historią o dojrzewaniu bohaterki, która musi usamodzielnić się z daleka od domu. Warto tu zwrócić uwagę na ciepły obraz rodziny Nancy, skromnych, pracowitych ludzi, którzy jednak kochają swe dzieci i wbrew własnym uczuciom i przeczuciom gotowi są pozwolić im pójść własną ścieżką w poszukiwaniu szczęścia. Dramatyczny zwrot w życiu Nancy rzuca ją (i nas) w zupełnie nową sytuację. Tu mamy do czynienia z połączeniem powieści awanturniczej z libertyńską, by po kolejnym obrocie fortuny znaleźć się w historii o charakterze obyczajowo-społecznym (choć również z elementami opowieści miłosnej – to uczucie jest już dojrzalsze, bardziej uświadomione). Każda z tych części ma swój rytm, swoją dynamikę, w każdej bohaterka jest trochę inna – rozwija się pod wpływem nowych przeżyć, choć początek i zakończenie części drugiej wskazują, że Waters chyba nie do końca przemyślała postać Nan. Momentami uciekała się do posunięć rodem z „Moll Flanders” Defoe, podporządkowując psychikę dziewczyny, jej postawę i wybory doraźnym potrzebom fabuły. Dramatyczne przejścia na pewno zmieniały Nan, ale niekiedy odnosiłem wrażenie, że czytam raczej o trzech odrębnych osobach niż o jednej. Nie pomniejszało to jednak przyjemności z czytania. Bardziej drażniła mnie pewna nieprzystawalność tego, co wiedziałem o bohaterce, do niektórych jej przemyśleń czy używanych słów. Nan to co prawda inteligentna dziewczyna, ale z wykształceniem zapewne na poziomie wiejskiej szkółki, tymczasem zdarzają jej się takie refleksje: „Ponownie spojrzałam na rzekę, na tę nieziemską, a zarazem pierwotną transformację, przejaw elementarnej uległości prawom natury, noszący jednocześnie znamiona boskiej interwencji”. Być może jednak opowieść snuta jest przez Nan dojrzalszą i bardziej oczytaną. Inne zgrzyty wywoływały potknięcia tłumaczki, z powodu których zmuszony byłem sprawdzać, czy w okresie, gdy rozgrywa się fabuła, mogła być w użyciu folia aluminiowa (nie mogła), albo zastanawiać się, jak to możliwe, że ubogie aktorki stać było na kolację na „królika po walijsku”, podczas gdy przekąszały po prostu prozaiczną grzankę z serem.

Trzeba pochwalić różnorodność bohaterów drugoplanowych – wspomniałem już o rodzicach Nan, odmalowanych tak ciepło, że niemal odczuwa się ich tęsknotę i rozczarowanie, gdy córka zaczyna od nich stronić. Przede wszystkim jednak należy zwrócić uwagę na kobiety, które odgrywały główne role z kolejnych etapach życia Nancy. Kitty traktowała Nan jak przyjaciółkę czy siostrę, co przyprawiało Nan o bolesne rozterki, gdy myślała, że jej miłość nie zostanie odwzajemniona. Uczucie nie przetrwało wystawienia na światło dzienne, wstyd okazał się od niego silniejszy. Zupełnie innym typem jest zamożna wdowa Diana, zaborcza, zepsuta, porywcza, czerpiąca z życia całymi garściami, dla której Nan jest po prostu kochanką, zabawką do wyrzucenia, gdy się znudzi. Wreszcie Florence, w której obecności Nan „stawała się zalęknioną osiemnastolatką, drżącą z obawy, by nie popełnić gafy”, świadoma swej orientacji seksualnej, zaangażowana społecznie, ale również nieśmiała, przez co w tej części powieści panuje szczególny nastrój, kiedy dziewczęta pozostają „zawieszone pomiędzy myślą a uczynkiem”.

Sarah Waters z rozmachem kreśli tło perypetii Nancy: od małej rybackiej wioski i małomiasteczkowego teatrzyku po Londyn: wspólne życie w ubogim pensjonacie, stołeczne teatry, „damskie kluby” i prywatne przyjęcia dla „safistek” po podejrzane spelunki i skromne domki aktywistów społecznych. Wszystko barwne, utrzymane w klimacie epoki; szczęśliwie opisy wolne są od męczącej drobiazgowości, jaką niekiedy wykazują się pisarze, by uwiarygodnić opisywane przez siebie realia. Szkoda tylko, że nie do końca wyzyskane zostały możliwości, jakie dawało osadzenie części akcji w teatrze, odczuwałem tu pewien niedosyt. Bardzo jednak liczę na to, że ten niedosyt zaspokoją kolejne książki Sarah Waters. Po tak obiecującym debiucie, jakim jest „Muskając aksamit”, może być już tylko lepiej.

Sarah Waters, Muskając aksamit, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka 2016.

(Visited 448 times, 5 visits today)

46 komentarzy do “„Zawieszone pomiędzy myślą a uczynkiem” (Sarah Waters, „Muskając aksamit”)

  • 18 września 2016 o 15:43
    Permalink

    Masz słuszną nadzieję, bo im dalej w las, tym, z powieściami Waters, lepiej. “Złodziejka” – podobna wiktoriańska stylizacja – jest wyśmienita: prawdziwie zaskakuje, mimo iż dzisiejszego odbiorcę zaskoczyć raczej trudno. A ostatnia książka Waters, “Za drzwiami” (dekoracje bardziej współczesne, początek XX wieku), jest po prostu wyborna. No i, muszę przyznać, spodziewałam się mniejszego zachwytu, zwłaszcza że na początek wybrałeś powieść najmniej, moim zdaniem, udaną (ale możliwe, że uważam tak dlatego, że zaczynałam od “Złodziejki”, a po niej wcześniejsze dokonania pisarki, choć i tak niezłe, bledną).
    P.S. Nie zwróciłam uwagi na folię – to ciekawe.

    Odpowiedz
    • visage
      18 września 2016 o 15:53
      Permalink

      Już mi kilka osób obiecywało kolejne smakowitości u Waters, ze szczególnym podkreśleniem “Złodziejki”. Wybór “Muskając aksamit” był przypadkowy, nie nastawiałem się na wielką literaturę i dostałem czytadło wysokiej klasy. Udatny klimat epoki i ciekawa historia, więc przy wszystkich wadach debiutu, nie jest to rzecz do pogardzenia. Teraz natomiast może być tylko lepiej :)
      Na folię zwróciłem uwagę, bo spodziewałem się słowa “cynfolia”, niestety tłumaczka niekiedy ma problemy ze słownictwem “z epoki”.

      Odpowiedz
      • 19 września 2016 o 22:01
        Permalink

        “Złodziejka” również podzielona jest na trzy części, ale lepiej by było, gdyby autorka poprzestała na pierwszej, przynajmniej ja tak uważam. Czytałam tę powieść wieki temu, tzn. w 2010 roku, i wtedy bynajmniej nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Być może w jakimś stopniu to również kwestia tłumaczenia, trudno powiedzieć. W każdym razie słyszałam o zachwytach nad powieściami Waters, ale po lekturze “Złodziejki” nie mam pojęcia, skąd się one biorą.

        Odpowiedz
        • visage
          19 września 2016 o 22:05
          Permalink

          No faktycznie, zachwyty “Złodziejką” są powszechne. A możesz dokładniej powiedzieć, co Ci nie odpowiadało?

          Odpowiedz
          • 19 września 2016 o 22:15
            Permalink

            Dawno, dawno temu pisałam o tym na blogu, łatwo znaleźć:). Zastanawiam się, czy “Złodziejkę” i “Muskając aksamit” tłumaczyła ta sama osoba, bo imię i jeden człon nazwiska się zgadzają.

            Odpowiedz
          • visage
            19 września 2016 o 22:21
            Permalink

            Widzę, że zwróciłaś uwagę na to samo: że styl wypowiedzi postaci nie pasuje do tego, co o nich wiemy, i że psychologia nieco kuleje. Mnie szczególnie raziło to pierwsze, bo psycholog ze mnie marny :) Natomiast wszystkie te zwroty akcji to czyste czerpanie z konwencji powieści XIX-wiecznej, o której Waters sporo wie z racji swej pracy naukowej. Akurat w “Muskając aksamit” w takie zwroty obfituje głównie druga część, moim zdaniem atrakcyjna fabularnie, ale najsłabsza na tle pozostałych – właśnie dlatego, że taka bardzo konwencjonalna.

            Odpowiedz
            • 19 września 2016 o 22:34
              Permalink

              Wtedy, tzn. w grudniu 2010 roku, wciąż jeszcze pozostawałam pod wrażeniem “Szkarłatnego płatka i białego”, czytanego kilka miesięcy wcześniej. W książce Fabera akcja również toczyła się w wiktoriańskim Londynie, ale to było coś świeżego, fajnego, oryginalnego i “Złodziejka” wypadała w tym porównaniu nieco blado.

              Odpowiedz
              • visage
                19 września 2016 o 22:48
                Permalink

                Fabera nie znam, ale chyba nabieram ochoty. Co do rozczarowań, to szczęśliwie nie przejąłem się licznymi nagrodami, jakie dostała Waters, więc spodziewałem się wielkiej literatury. A dobre czytadło z solidnym tłem jest nie do pogardzenia.

                Odpowiedz
  • 19 września 2016 o 08:12
    Permalink

    Możesz szerzej opowiedzieć o tym jak “królika po walijsku” można pomylić z grzanką z serem? Bardzo ciekaw jestem :)

    Odpowiedz
    • 19 września 2016 o 11:24
      Permalink

      W sumie, czemu pytam, skoro w kinie “Nine Lives” zostało “Jak zostać kotem?” :P

      Odpowiedz
        • 20 września 2016 o 12:33
          Permalink

          No był. Co nie zmienia faktu, że kumate już nieco w lingłydżu dziecko, zapytywało :) PS. Może choć ser był z mleka królika? :P

          Odpowiedz
                • 22 września 2016 o 12:00
                  Permalink

                  Nieważne jak co smakuje, ważne jak się nazywa. Takie wrażenie można by odnieść oglądnąwszy kulinarne talent szoły. A tłumacz na angielski też by się mógł potknąć na naszych jedzących lastriko czy, jak kto woli, szynkę z przeszkodami :P

                  Odpowiedz
                    • 22 września 2016 o 14:09
                      Permalink

                      A i owszem. Pewnie gdyby poszukał, to takich zamienników znalazłby bez liku. Włącznie z tymi niepoprawnymi politycznie jak “szynka z murzynka” :P
                      Terminologia zaś przeniosła się do szpanerskich knajp (albo stamtąd przyszła do TV, nie wiem, bo nie bywam), gdzie im co dłużej i głupiej się nazywa, tym droższe :)

                    • visage
                      22 września 2016 o 14:11
                      Permalink

                      Nie bywam w szpanerskich knajpach, a nadmorskie stołówki, które wizytuję w wakacje, nazywają schabowego schabowym i mintaja mintajem :D No, w nazwach pizzy sobie czasem poszaleją :P

                    • 23 września 2016 o 10:17
                      Permalink

                      Zawsze mi w takich razach staje przed oczami skecz KMN z jadłopodawcą :P Co do pizzy, to dla mnie kluczowym w nazewnictwie jest słowo “duża” :D

  • 19 września 2016 o 11:49
    Permalink

    Niedawno przeczytałam “Złodziejkę” i polecam szczerze. Co ciekawe wkrótce na ekrany kin wchodzi film, którego fabuła oparta jest na tej powieści ale akcja będzie rozgrywać się w .. Korei w latach 30. XX wieku! /tytuł filmu “Służące”/.
    Od książki “Ktoś we mnie” nie mogłam się oderwać w pewien sierpniowy weekend. Coś jest w tych powieściach, że wciągają czytelnika na długie godziny :-)

    Odpowiedz
      • 28 września 2016 o 13:28
        Permalink

        Tu jeszcze się wtrącę, że film robi pan od Oldboya, a tytuł filmu to Służąca. Premiera u nas dopiero 4 listopada :c

        Odpowiedz
  • 22 września 2016 o 22:45
    Permalink

    Za Ścianą chyba tłumaczyla ta sama Pani, bo też niezle kwiatki tam znalazłam. Nie zdziwlabym się gdyby w kolejnej książce Waters bohaterka zajadała np piaskową wiedźmę (od sandwich do sand witch droga niedaleka ;))

    Odpowiedz
    • visage
      22 września 2016 o 23:06
      Permalink

      Na cztery tomy Waters, jakie mam pod ręką, tłumaczka jest jedna i ta sama. Rozumiem, że czekają mnie rozmaite przyjemności na poletku przekładowym :)

      Odpowiedz
      • 28 września 2016 o 12:15
        Permalink

        Och nie, nie przerażajcie mnie, że aż tak źle z tłumaczoną Sarą Waters na polski D: Jakby co mam w domu The Night Watch po angielsku, służę.

        Ze Złodziejką w tłumaczeniu problemy zaczynają się już w tytule, bo jak jeszcze Tipping the Velvet i Muskając aksamit mają podobny wydźwięk, to złożoność skojarzeń przy Fingersmith łamie serce anglisty, że po polsku nie mamy absolutnie nic podobnego i Złodziejka przy tym brzmi jak karton zamiast krajobrazu.

        Muszę jeszcze przy okazji westchnąć mocno, że Waters podbiła mnie od pierwszej strony, Fingersmith czytałam z wypiekami, jakbym odkryła jakiś ukryty, niezmierzony skarb. Co prawda faktycznie kolejne zwroty akcji mogą się wydawać bardzo przesadzone, czy może raczej powinnam powiedzieć Dickensowskie, ale zakochałam się po uszy i natychmiast po przeczytaniu obejrzałam serial. Potem dorwałam Tipping the Velvet i choć trochę oszołomiła mnie różnorodność tych kolejnych etapów w życiu Nan, wciąż czytałam jak licealistka na lekcji religii nieskromne teksty pod ławką. Jak byłam w Anglii, udało mi się dorwać przypadkiem w charity shopie za jakieś grosze The Night Watch, ale to już było bardziej dojrzałe, wciąż wspaniałe. Bardzo, bardzo chcę kiedyś przeczytać resztę w oryginale, ale póki co mam za dużo innych książek w kolejce, więc odkładam na później, jak galaretkę w delicji.

        Trochę dużo mi się porównań napisało, ale mnie Waters tak robi <3

        Aha, nie wiem, czy znasz serial komediowy Miranda? Tam było cudowne odniesienie do Tipping the Velvet <3 Ten odcinek, po 21 minucie i aż do końca:

        :3

        Odpowiedz
        • visage
          28 września 2016 o 12:48
          Permalink

          O rany, prawdziwa wielbicielka :)
          Po kolei: tłumaczenie nie jest złe, po prostu rozmaite wpadki psują efekt, przy czym nie wiadomo niekiedy, ile zawiniła tłumaczka, a ile autorka. W podanych przeze mnie przypadkach jest 50/50 :) Tytuł “Złodziejka” faktycznie mało subtelny, ale pewnie też nie bardzo można było dać coś bardziej odległego od tytułu oryginału.
          Mnie ten Dickens w Waters nie przeszkadza, lubię Dickensa, lubię XIX-wieczne konwencje powieściowe, szczególnie tak zgrabnie wykorzystane, aczkolwiek jednak psychologicznie bohaterka powinna być bardziej pogłębiona. W każdym razie cieszę się na kolejne powieści Waters :) A filmik zaraz obejrzę.

          Odpowiedz
          • 28 września 2016 o 13:22
            Permalink

            Rozumiem o co chodzi z tłumaczeniem, ale wciąż smutek, bo w ten sposób czytelnicy polscy mają jednak inny, gorszy odbiór. Waters napisała w końcu doktorat z gejowskich i lesbijskich powieści historycznych, dobrze się zna na tym, co pisze i dlatego jej powieści są bardzo dopracowane merytorycznie.
            Masz rację co do psychologii bohaterki, też to odczuwałam – jakby to były różne osoby;)
            Jeśli Ci się spodoba ten fragment, to polecam cały serial, Miranda Hart jest bardzo specyficzna, ale jak trafi w Twój humor, to cudownie się boki zrywa ;>

            Odpowiedz
            • visage
              28 września 2016 o 13:33
              Permalink

              Mam nadzieję, że to są wady tylko “Muskając” jako debiutu i że potem autorka się poprawiła w kwestii konstruowania bohaterów. Pewnie przekonam się o tym niedługo.
              Co do serialu, to niestety rozpaczliwie brakuje mi czasu na takie aktywności, ale gdybym przypadkiem przeszedł na wcześniejszą emeryturę, to wezmę to pod uwagę :)

              Odpowiedz
  • 23 września 2016 o 16:19
    Permalink

    Mnie zawsze w takich przypadkach denerwuje to, że większość czytelników mam małe szanse na wyłapanie takich błędów. Trzeba albo dobrze znać język źródłowy i np. wyczuć kalkę, albo trafić na jakiś specjalistyczny kąsek.

    Odpowiedz
    • visage
      23 września 2016 o 18:05
      Permalink

      No niestety, ale tym bardziej lubię tę rozrywkę. Pod warunkiem, rzecz jasna, że to ja się pastwię, a nie ktoś się pastwi nad moimi przekładami :P

      Odpowiedz
  • 27 września 2016 o 11:08
    Permalink

    Z Twojej recenzji, książka wydaje się przyjemna i lekka w czytaniu. Ja obecnie czytam “Ostatni Kabriolet” Meyera i jestem zafascynowana. Również uczucie, które jednak przerywa wojna, poplątanie losów, Harvard, i samochód. Dziś ją kończę, aż mi szkoda:( Jutro zaczynam “Ofiarę” Oates, i ciekawa jestem jak z tą mi pójdzie. Znasz może jeszcze inne książki, które możesz polecić, a nie są typowym romansidłem, tylko poruszają trochę głębsze problemy takie jak Meyer i Oates własnie ?

    Odpowiedz
    • visage
      27 września 2016 o 11:26
      Permalink

      Taka właśnie jest. Z czytanych w tym roku mogę podsunąć “Przepaść czasu” Winterson, “Magiczne lata” McCammona czy “Nasze szczęśliwe czasy” Gong Ji-Young. O pierwszej i ostatniej już pisałem, możesz sprawdzić moje opinie.

      Odpowiedz
  • 6 października 2016 o 09:39
    Permalink

    Zaczęłam niedawno czytać “Złodziejkę” i dostrzegam kilka cech wspólnych z “Aksamitem”, przynajmniej w świetle Twojej recenzji. Przyjemnie się to czyta, nie powiem, a i tłumaczenie jak dotąd bez wpadek, choć tekst raczej jest nieskomplikowany.
    Ale nie ma to jak “Szkarłatny płatek i biały” Fabera.;)

    Odpowiedz
  • 25 listopada 2016 o 14:51
    Permalink

    Przeczytałam tylko pierwszą część “Muskając aksamit” i odnoszę w przypadku tej książki podobne wrażenie jak jedna z moich poprzedniczek, że może lepiej byłoby, gdyby Waters poprzestała na pierwszej tylko części, którą faktycznie czytało mi się z przyjemnością. Pochodzenie Nan , jej rodzina, cała ta atmosfera przygotowywania ostryg i ich podawania, której nie znam, później teatr a także ta fascynacja Nan Kitty. Czytając poznawałam obyczaje pospólstwa wiktoriańskiego…Londyn.
    Przestałam książkę czytać, gdy Waters stała się zbyt naturalistyczna opisując zachowanie Nan jako męskiej prostytutki. Nie zdzierżyłam…może już jestem zbyt wiekowa, ale mnie to obrzydziło i dałam sobie spokój. A jeżeli chodzi o trzecią część, do której zaglądnęłam to stwierdziłam, że szkoda mojego czasu.

    Odpowiedz
    • visage
      29 listopada 2016 o 22:14
      Permalink

      Przeskok nastrojów i stylu między pierwszą a drugą częścią faktycznie może zaskakiwać, czy nawet szokować. Partie o Nan prostytutce i tak podobały mi się bardziej niż te o Nan utrzymance, bo Nan zupełnie przestałą przypominać siebie, chyba autorkę za bardzo poniosło.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: