„Cisza, jaką niesie śmierć” (Caitlin Doughty, „Dym wciska się do oczu”)

Caitlin Doughty twierdzi, że przedsiębiorcy pogrzebowi dla maksymalizacji swojego zysku celowo niszczą odwieczne sposoby godzenia się z odejściem najbliższych i przeżywania pierwszych chwil żałoby. Ma być sprawnie, szybko, taśmowo, nie ma więc mowy o żadnych tradycyjnych obrzędach, czuwaniu przy trumnie, wychodzeniu poza narzucane przez speców od wydajności standardy. Równocześnie zmierza się, co nie jest trudne w społeczeństwie, które dąży do zachowania wiecznej młodości, do usuwania nam sprzed oczu prawdziwego obrazu śmierci, sprzedając w zamian jej postać pokolorowaną, złagodzoną: stąd balsamowanie zwłok i wszelkie sposoby ich „upiększania”, dające niekiedy groteskowe efekty. Stąd też minimalizowanie udziału najbliższych w przygotowaniach do pogrzebu – wszystkim zajmą się fachowcy, wy tylko złóżcie zamówienie.

„Dym wciska się do oczu” zapowiada się na zbiór wspomnień pracowniczki domu pogrzebowego, z rodzaju tych, które pozwolą niewtajemniczonym zajrzeć za kulisy, wejść za drzwi z napisem „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Skoro czytelnik może już zajrzeć w ten sposób za fasadę hotelu, kuchni czy linii lotniczych, to właściwie czemu nie zerknąć na zaplecze zakładu pogrzebowego. Śledzimy więc początki pracy Caitlin w krematorium, poznajemy zasady pracy, branżowe tajniki, ludzi stykających się na co dzień ze śmiercią, a nawet historie niektórych zmarłych. Stopniowo jednak coraz mocniej autorka zaczyna czuć się w swojej pracy nie na miejscu, podkreślać swoją niezgodę na to, w czym uczestniczyła: na zrywanie z tradycjami, które od wieków pozwalały najbliższym przeżyć stratę, by móc potem normalnie funkcjonować z poczuciem, że zapewniło się godne pożegnanie zmarłemu. Obecnie, jak pisze autorka, pogrzeb staje się raczej pospiesznym unicestwianiem ciała, by przejść do równie pospiesznego zapominania o zmarłym. W czasie czytania wywody Doughty, wspierane przykładami dobieranymi (raczej dość przypadkowo) z różnych czasów i kultur, zdawały mi się przejaskrawione i po trosze obliczone na promocję samej autorki i jej przedsięwzięć związanych z „alternatywnymi” pogrzebami. Jasne, Amerykanie może trochę przesadzili z pogrzebami przez internet, ale właściwie trzeba iść z postępem. I wtedy przypomniałem sobie dawne wydarzenie, które potwierdziło, że jednak Doughty może mieć rację.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. W zapadającym mroku łopocząca przy furtce czarna chorągiew wyglądała dość złowieszczo. W nieogrzewanym pokoju stała otwarta trumna, przy niej siedział milczący mężczyzna w ciemnym garniturze, obok krewni i sąsiedzi. Płonęły świece, rozlegały się jękliwie odmawiane dziesiątki różańca. Po drugiej stronie domu trwały gorączkowe przygotowania do stypy i rozmieszczanie przyjezdnych żałobników. Moje pierwsze świadome zetknięcie ze śmiercią, wtedy dla mnie, nastoletniego, nierzeczywiste, ale bardzo ważne. Wówczas uważałem te ceremonie za, łagodnie mówiąc, przestarzałe, dziś dostrzegam ich głęboki sens, głównie społeczny, ale też emocjonalny. Najbliżsi, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi muszą dostać możliwość pożegnania się ze zmarłym, uświadomienia sobie straty, wspólnego jej opłakania, by móc później skupiać się na pielęgnowaniu pamięci. Pomaga w tym świadomość, że wszystko odbyło się godnie, z należytą dbałością o detale – i nie chodzi tu bynajmniej o rodzaj okuć trumny.

Książka Doughty, aczkolwiek momentami irytująca kaznodziejskim stylem, może stać się przyczynkiem do dyskusji o śmierci we współczesnym świecie. Autorka zauważa, że nigdy wcześniej człowiek nie mógł się tak dobrze przygotować na śmierć jak dziś: medycyna przedłuża życie nawet bardzo ciężko chorych, którzy mają czas, by załatwić swoje sprawy i pożegnać z najbliższymi, a równocześnie nigdy wcześniej myśl o śmierci nie była tak bardzo spychana na margines. Łudzimy się, a przemysł pogrzebowy nam w tym pomaga, że będziemy żyć wiecznie, a nawet jeśli umrzemy, to będzie to kolorowe i estetyczne. Nasze zwłoki, dzięki specjalnym zabiegom, będą wyglądać „jak żywe”. Dla podtrzymania tego złudzenia branża pogrzebowa stara się minimalizować kontakt rodziny ze zmarłym, bo – jak szorstko stwierdza Doughty – „wystarczy jedno ciało, by z powrotem zakotwiczyć nas w rzeczywistości, przypomnieć, że jesteśmy tylko zwierzętami, które jedzą, wypróżniają się i są skazane na śmierć. Każdy z nas to przyszłe zwłoki”. Przyznajmy, raczej niewielu z nas lubi tak o sobie myśleć, a marketingowcy żerują na naszej niechęci.

Myśl o śmierci musi się jednak przebić do powszechnej świadomości – w końcu żyjemy w starzejącym się społeczeństwie. Lepiej więc może pogodzić się z własną śmiertelnością i zerwać z niej zasłony, które pozwalają nam się czuć bardziej komfortowo? W końcu śmierć jest nieodłączną częścią naturalnego cyklu przyrody: coś obumiera, aby zasilić to, co dopiero wyrośnie. A poza tym „cisza, jaką niesie śmierć, cisza cmentarna, nie jest żadną karą. Jest nagrodą za dobrze przeżyte życie”.

Caitlin Doughty, Dym wciska się do oczu oraz czego jeszcze nauczyłam się w krematorium, tłum. Adam Wawrzyński, 4A Oficyna 20016.

(Visited 421 times, 7 visits today)

16 komentarzy do “„Cisza, jaką niesie śmierć” (Caitlin Doughty, „Dym wciska się do oczu”)

  • 2 października 2016 o 19:34
    Permalink

    Książka porusza bardzo ciężki temat o którym ludzie na co dzień zapominają. I chociaż widzę wiele plusów by zabrać się za jej przeczytanie, to wydaję mi się, że jeszcze nie pora… Trzeba mieć – przede wszystkim – odpowiednie nastawienie, którego mi dzisiaj brakuje. Ale będę pamiętać o tej książce.

    Pozdrawiam,

    Odpowiedz
  • 3 października 2016 o 09:40
    Permalink

    No to zacząłeś jesień z przytupem. Chyba jednak wolę Roach z czasem niewybrednym humorem i jej „Sztywniaka” :)

    Odpowiedz
    • 3 października 2016 o 09:46
      Permalink

      No cóż zrobić, że się tak zbiegło w czasie. Chociaż książkę czytałem plażowo i średnio konweniowała z okolicznościami przyrody.

      Odpowiedz
      • 3 października 2016 o 13:51
        Permalink

        A bo myślałem, że na tę szarugę poszedłeś w funeralne klimaty :) Swoją drogą, krematorium już nie jest trendy, wg Roach wygrywało z tego co pamiętam jakieś kompostowanie czy odwadnianie. Ale książka ma już parę lat … :P

        Odpowiedz
  • 9 października 2016 o 19:43
    Permalink

    Trafiłeś z tą książką w momencie, w którym pożegnałam się z kilkoma osobami, niektórzy bardzo mi bliscy inni mniej, ale znani mi od wielu lat…. Na szczęście nie trafiłam na tak bezduszne potraktowanie zmarłego, nasze pożegnanie z moim bratem odbyło się właściwie, godnie tak jak ja tego oczekiwałam, nie było bezosobowo, nie było krótko, trwało tyle ile trzeba i jak trzeba… Z innymi musiałam się pożegnać na cmentarzu, tak wyszło. Nie wiem czy przeczytam tą książkę, to dla mnie jeszcze bolesny czas… tyle odejść w tak krótkim czasie i niektórzy tak młodym wieku, nie potrafię jeszcze tego zaakceptować, nie umiem sobie z tym poradzić… Może za jakiś czas….

    Odpowiedz
    • visage
      9 października 2016 o 21:17
      Permalink

      Współczuję Ci bolesnych przejść.
      Mój sceptycyzm wobec tej książki wiązał się po części właśnie z poczuciem, że w Polsce jednak w większym stopniu przestrzega się tradycji i książkę można traktować raczej jako przepowiednię niż opis stanu faktycznego. W każdym razie powinna mieć właściwy czas, dla każdego inny.

      Odpowiedz
  • 11 października 2016 o 14:41
    Permalink

    Mnie ciekawi, co zrobi postęp w tym temacie. W Polsce na razie jeszcze ta bezosobowość nie postąpiła zbyt daleko. Na razie chyba jest tak, że myśli o śmiertelności własnej można odsuwać, ale przychodzi taki moment, że śmierć zabiera kogoś bliskiego albo kogoś w naszym wieku. I wtedy kruchość ludzkiego żywota uderza w nas z pełną mocą.

    Ale tak na marginesie – wydaje mi się, że do pewnego stopnia oddalanie myśli o śmierci jest psychologicznym mechanizmem obronnym.

    Odpowiedz
    • visage
      11 października 2016 o 14:51
      Permalink

      „Postęp” nastąpi, gdy znajdzie się odważny, który zaoferuje pogrzeb przez internet. Ale chyba jeszcze daleka droga do tego.
      Oczywiście, że oddalanie myśli o śmierci to mechanizm obronny, ale autorka zwraca uwagę, że niekiedy jest to posunięte do skrajności i nawet osoby ciężko chore nie potrafią się np. dobyć na załatwienie spraw majątkowych czy rodzinnych. Fakt, że jednak takie rzeczy łatwiej się wytyka innym, gdy nas samych nie dotyczą.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: