„To musiała zrobić jedna z nas” (Anna Fryczkowska, „Sześć kobiet w śniegu”)

Sześć kobiet w śnieguZamykamy tak zwane przyjaciółki w odciętym przez śnieg domu na odludziu: mają się świetnie bawić, ale trudno o szampański nastrój. Każda z nich ma swoje problemy i sekrety, jedne koleżanki lubi bardziej, inne mniej lub zgoła ich nie znosi. Żadna tak naprawdę nic nie wie o innych, wszystkie są nie w sosie z powodu własnych kłopotów. Skończyć się to może ochlajem na smutno albo awanturą, obumarciem imprezy na długo przed północą albo nocnymi rodaczek rozmowami zagryzanymi czekoladą. Czy też czymkolwiek, czym kończą się podobne damskie imprezy (z powodu ataku zimy wykluczone jest jedynie zamówienie chippendalesów i pizzy z dowozem). Kończy się jednak znalezieniem zmasakrowanych zwłok i jakże oczywistym stwierdzeniem: „To musiała zrobić jedna z nas”.

Ofiarą jest pisarka, samozwańcza „królowa kryminału”

(w której bez trudu dopatrzymy się realnej postaci). Owa Bietka podpadła ostro co najmniej dwóm koleżankom: jednej uwiodła ledwie pełnoletniego syna, drugą zaś – Alkę, również autorkę kryminałów – usunęła w cień i na dodatek wypromowała się dzięki jej pomysłom. Wściekła na Bietkę Alka postanawia wykorzystać swą fachową wiedzę, do wyjaśnienia zbrodni: musi się oczyścić, bo przecież sama miała motyw, by pozbyć się rywalki.

Na okładce wydawca z entuzjazmem informuje: „Gdyby nie to, że wszystko dzieje się we współczesnej Polsce […] –

tę historię mogłaby napisać sama Agatha Christie”.

Otóż nie, nie mogłaby napisać czegoś tak irytującego jako kryminał i tak pozbawionego klimatu. Współczesna Polska jest tu ledwie zamarkowana („Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie…”, chciałoby się zacytować), tak samo ledwie zamarkowane są wszystkie bohaterki. Na dodatek Fryczkowska nie próbuje choćby odrobinę urozmaicić czy odświeżyć konwencji, wykorzystuje natomiast ograne rozwiązania (na przykład znany ze „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej motyw  dokonania zabójstwa tak, by jak najbardziej poszerzyć krąg podejrzanych). „Jeśli chodzi o intrygę kryminalną, przeprowadzona jest ona w sposób typowo damski, to znaczy przy użyciu maksymalnej liczby szczęśliwych zbiegów okoliczności i cudownych przypadków” – napisał kiedyś Stanisław Barańczak o pewnym milicyjniaku i słowa te nieźle pasują do dochodzenia prowadzonego przez Alkę, które polega na szukaniu po omacku w cudzych sypialniach i zadeptywaniu śladów na miejscu zbrodni. Jedyna próba wyjścia poza konwencję to wprowadzenie autystycznej kobiety, wyczuwającej nastroje otoczenia. Niestety, ani ta postać, ani jej monologi nie mają dla fabuły najmniejszego znaczenia, początkowo intrygują, później stają się tylko niepotrzebnym udziwnieniem.

Istnym kuriozum jest zakończenie

(gdyby ktoś mimo wszystko chciał „Sześć kobiet” przeczytać, niech sobie daruje ten akapit). Winna oczywiście zostaje odkryta przed przyjazdem policji i zbiorowo rozgrzeszona, bo przecież działała w słusznej sprawie. Panie postanawiają więc skierować podejrzenia na niewinną osobę postronną, bo „kobieca solidarność” każe im chronić przyjaciółkę. Pomijając sam ten koncept „solidarności”, policjanci musieliby być chyba zupełnymi amatorami, żeby się na tę żałosną mistyfikację nabrać. Złośliwie dodam, iż mam nadzieję, że bohaterki poniosły odpowiednią karę za utrudnianie śledztwa, fałszowanie dowodów i parę innych występków.

Mimo wszystko do połowy czyta się książkę całkiem nieźle,

bo autorka ma ostre pióro, dar obserwacji i poczucie humoru (najlepiej wypadły fragmenty powieści pisanych przez Alkę). Zebrane w domu kobiety są różne, każda ma inne problemy i tajemnice – z ich zetknięcia mogło wyniknąć coś ciekawego, w końcu przez noc na odludziu wiele mogło się wyjaśnić, wiele rozstrzygnąć; szczególnie obiecująca byłaby konfrontacja Alki z Bietką. Gdyby zginął ktoś inny, a nie „królowa kryminału”, można by urządzić śledczy pojedynek między pisarkami, a kto wie, może i doprowadzić do ich pojednania (albo, zależnie od koncepcji, do efektownej bójki z tarmoszeniem się za koafiury, pojedynku na jadowite riposty albo oblewania się drinkami). Kończyłem jednak „Sześć kobiet” zniesmaczony. Banalny rozwój fabuły, urągające inteligencji czytelnika zakończenie i jego wątpliwą wymowę dałoby się może jakoś znieść, skwitować wzruszeniem ramion – w końcu to lekki kryminał, bezpretensjonalne (teoretycznie) czytadło. Tyle że po Annie Fryczkowskiej spodziewałem się dużo więcej, bo uważam, że swoje najlepsze książki ma jeszcze przed sobą. Czy ten regres to skutek spadku formy, czy wynik nacisków nowego wydawcy, żądającego powieści „na już”? To wie tylko sama autorka. Ja natomiast poczekam na jej następną książkę i postaram się jak najszybciej zapomnieć „O sześciu kobietach”.

Anna Fryczkowska, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki), Burda Książki 2016.

(Visited 508 times, 18 visits today)

28 thoughts on “„To musiała zrobić jedna z nas” (Anna Fryczkowska, „Sześć kobiet w śniegu”)

  1. Już ten tytuł nie wróżył dobrze :P Całe szczęście mam ponapoczynane całe mnóstwo cykli kryminalnych i parę takich, które zacząć bym chciał :) Tylko czasu … :(

  2. Czy to kryminał wyciągnięty wprost spod choinki? Jeśli tak, może Mikołaj dał Ci po prostu rózge a Ty byłeś tak niegrzeczny, że się w porę nie zorientowales?
    Ciągle przymierzam się do tej autorki, więc przynajmniej wiem od czego nie zaczynać.

      • To zdradź tytuł chociaż, skoro wiemy, że to nie „Sześć kobiet w śniegu(…)” (swoją drogą, ten tytuł to chyba wymyślił wydawca).
        Mój kot choinkę ma w głębokim poważaniu, za co w sumie jestem mu wdzięczna (obejrzało się tę serię „śmiesznych filmów z kotami” na youtubie). W tym roku dzieci podczas ubierania poszły w „tak na wszystko”, toteż bałabym się ją sfotografować. U was jednak, jak widzę, szlachetny , choć plastikowy, minimalizm.

        • Młodszy kot, w zeszłym roku obojętny na uroki choinki, w tym roku zdurniał całkiem i rozbierał choinkę systematycznie od dołu. Teraz sterczy naga rurka :P
          Dostałem trzeci tom dzieł Przybory, ze wspomnieniami :D

          • Gdybyście nie szli w plastiki, mielibyście nagi pień – dobry najpierw jako drapak, a potem jako opał. Kot chciał dobrze, to Wy nie stanęliście na wysokości zadania!
            Skoro dostałeś trzeci tom, ani chybi musisz mieć już dwa pierwsze. Zazdraszczam. U mnie żaden Mikołaj nie był tak domyślny:(

  3. Ja przeczytałam książkę z przyjemnością. Całkiem dobra odmiana, tym bardziej, że myślenie o niej jako o kryminale chyba jest błędne. Dla mnie to raczej powieść psychologiczna z jakimś wątkiem kryminalnym. Zakończenie wydaje się mówić „ach te baby”, jakby podśmiewanie się ze stereotypów, w które wiele kobiet usilnie próbuje się wpisać.
    Owszem nie jest idealna, czasami irytuje, ale całkiem nieźle się wpisuje jako odskocznia od świata. No i dobrze się czyta. Fryczkowska ma naprawdę świetne pióro i wyczucie.

    • Autorka i wydawca mylą się w kwestii gatunku tej książki? Fryczkowska w wywiadach używa pojęcia „domestic noir”, a wydawca podpiera się Agathą Christie, więc skojarzenia narzucają się jednoznaczne. Natomiast cóż to za powieść psychologiczna, której bohaterki scharakteryzowane są dwiema cechami? Bystra i wkurzona albo prawicowa z nieogolonymi nogami, albo grafomanka z tupetem? Na kryminał z biedą wystarczy, do analizy stosunków międzyludzkich dużo za mało. I niestety nie sądzę, by zakończenie było pisane z przymrużeniem oka, choć bardzo bym chciał w to wierzyć.
      Co do reszty zgoda, wartko napisane, a Fryczkowska ma dobre pióro. Natomiast wyczucie bardzo ją zawiodło :(

      • Dla mnie jest psychologiczna pod tym względem, że skupia się mocno na obrazie poszczególnych kobiet, ich życiu i tym, co nimi powoduje. Zauważyłam znacznie więcej cech bohaterek, może nie wszystkie wymienione wprost, ale ja je poznałam bardziej. Każda przecież przedstawia swoją historię i są to głównie historie, które determinują je.
        Analiza stosunków międzyludzkich i tak i nie. Analiza determinacji człowieka tak.
        Wydawca to jest wydawca, nie raz czytałam na okładkach ciekawe info od wydawcy, które się okazywało nic nie warte. Fryczkowska może i chciała by to był kryminał, ale ewidentnie dla mnie nie jest. Wobec tego: tak, mylą się, co do gatunku.

        No po prostu dla mnie jest taka zła. Zwodzi oczekiwania, ale nie warto skreślać tej pozycji :)
        Takie moje zdanie, ale prosta sprawa, że każda ocena jest raczej subiektywna :)

        • Zaskoczyłaś mnie, bo mam wrażenie, że piszesz o zupełnie innej książce, którą bym zresztą chętnie przeczytał. Mam nadzieję, że Anna Fryczkowska kiedyś taką popełni, ale według mnie to stanowczo nie jest „Sześć kobiet”. Historie bohaterek są ledwo nakreślone, analizy się nie dopatrzyłem, co innego w „Kurorcie Amnezja” – bardzo polecam, jeśli nie znasz. Ja będę się jednak trzymał wersji o nieudanym kryminale :)

  4. Takie znaki ostrzegawcze są potrzebne. Bo i ja uważam, że Anna Fryczkowska najlepsze książki ma jeszcze przed sobą (ach, pamiętam pierwsze spotkanie – z „Kobietą bez twarzy” i niekontrolowanym chichotem!). No i pewnie się z dziesięć razy zastanowię, czy chcę spędzić w tym śniegu z sześcioma laskami tyle czasu, zwłaszcza jeżeli wśród nich czai się jakaś dziwaczna (rozgrzeszona, brr) morderczyni.

    A duet kot & choinka u mnie w tym roku wypalił! Otóż zakupiłam we wspaniałym sklepie, z którego każdy pewnie coś ma w swoim domu (chociażby miał to być tylko świecznik czy osłonka na doniczkę lub pluszowy rekin), wysoki stolik, zwany również kwietnikiem. Postawiłam w odpowiednim punkcie pokoju (z daleka od krzeseł, stołów, kanap, czy jakichkolwiek punktów podparcia). Do tego kupiłam jodłę kaukaską w donicy w wysokości do 150 cm (moja ma nieco mniej) i ustawiłam na tymże kwietniku. Ponieważ kwietnik jest wysoki kot nie ma z nim szans i pokonany miauczy rozpaczliwie pod choinką. Prawdą jest też, że specjalnie do penetracji choinki go nie zachęcałam, dając kotce plastikową bombkę w prezencie, którą turla po całym domu (mam w zanadrzu jeszcze trzy inne wersje kolorystyczne, jakby ta jej się znudziła). Nawet nie wiesz jaka to ulga, gdy choinka mi nie mdleje za każdym razem, gdy wychodzę z domu :)

    • „Kobietę bez twarzy” przezornie zachomikowałem sobie na jakąś literacką czarną godzinę. I mam wrażenie, że posłuży za odtrutkę :)
      Pomysły antykocie bardzo sprytne. U nas w zeszłym roku był całkowity spokój na linii kot-choinka, więc w tym roku byliśmy kompletnie nieprzygotowani na demolkę. No, przezornie choinkę przywiązaliśmy do regału, tak na wszelki wypadek :) Okazało się, że słusznie. Bombki we wszystkich wersjach kolorystycznych mamy w każdym kącie, niestety koteczek wolał sobie za każdym razem zdjąć nową, niż wykorzystywać którąś już zdjętą, paskud jeden :P

      • Ha, to dobrze żeś zachomikował! „Kobietę bez twarzy” czytałam już dawno, ale pamiętam, że mnie tak rozczulił ten kryminał, chociaż trup ściele się gęsto.

        A na kocią demolkę zawsze trzeba być przygotowanym! Rok temu choinka budziła niezdrowe zainteresowanie mojej kotki. Zrobiliśmy więc (kompletnie nieskuteczny zresztą!) płotek ze sztywnego kartonu, który raz po raz forsowała. Czarę goryczy przelało nawet nie tyle wywracanie choinki, tłuczenie bombek i bawienie się rozmaitymi ozdobami, ale… wypicie wody spod choinki! Woda była z cukrem (oraz dodatkiem igieł, żywicy, kurzu, rdzy ze stojaka) i bardzo kotce zasmakowała. Dlatego tegoroczne zabezpieczenia są dla jej własnego dobra i zdrowia (a przy okazji naszego, psychicznego, również).

        • Zachomikowałem faktycznie dobrze – postawiłem ją na półce z książkami, które miałem przeczytać bodajże w 2014 roku. Co oznacza, że wszystkie tomy stoją tam nietknięte do dziś :)
          Nie żałuj kotu wody. Nasze piją na przykład ze zlewu podczas zmywania albo z dna wanny. A ozdoby od wieków mamy plastikowe, bo dzieci i koty, więc przynajmniej nic się nie tłucze :P

          • Haha! Znam takie super chomikowanie z doświadczenia :D

            Wody kici nie żałuję, ale niestety problem tkwi w cukrze. Ponoć normalnie koty nie rozróżniają smaku słodkiego, więc specjalnie nie trzeba się przejmować (inaczej niż u psa), ale moja kotka ma jakiś psi (czy ludzki?? w sense mój?) gen odpowiedzialny za uwielbienie słodyczy. I poza wodą z cukrem spod choinki wylizuje wszystkie kubki po koktajlach, pucharki po lodach, drapie nieotwarte czekolady, próbuje rozszarpać torebki ze słodkimi rogalikami, a nawet kiedyś, gdy miałam grypę żołądkową i leżałam nieprzytomna z gorączką wypiła moje elektrolity ze szklanki… A wodę z kałuży, czy z mycia umywalki niech sobie pije!

            W tym roku zainwestowałam w plastiki! Bo ozdoby choinkowe kupowałam niestety w erze przedkociej, więc nie są specjalnie odporne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *