Czknijcie sobie z ukontentowania (Michał Witkowski, „Lubiewo bez cenzury”)

LubiewoNajbardziej znana literacka bajarka, Szeherezada, była „młodą dziewczyną o smukłych kształtach, wielce piękną pełną wdzięku i urody”. „Znała księgi i kroniki, podania o życiu starożytnych królów i opowieści o żyjących niegdyś ludach”. Snuła baśnie zachwyconemu królowi, by ocalić swoje życie. Szeherezady Witkowskiego nie są ani smukłe, ani piękne, nie gustują też w królach. Ich opowieści są bardziej przaśne, a snują je, by ocalić przed zaginięciem świat, którego są ostatnimi przedstawicielkami.

Nazywają się Patrycja albo Lukrecja, Zdzicha albo Dżesika. Dzisiaj „są starymi facetami i w ich życiu wszystko się dawno skończyło. […] Czarne, zżarte grzybicą paznokcie. Ich żarty, zblazowane fumy. […] Ich zawody: opiekunka społeczna, salowa, szatniarka. Byleby jakoś żyć i móc zajmować się tym, co najistotniejsze”. A najistotniejsze było podrywanie „heteryckiego mięsa”, „facetów w parku, pod operą i na dworcu”. Ich ideał – bandyta: „Żadnych min nie może robić, musi mieć gębę jak udo, po prostu obciągnięty skórą futerał, nic tam się nie może ukazywać, żadne uczucie!”. Na takich polowały nocami na pikietach, w ich poszukiwaniu krążyły po alejkach, czaiły się pod publicznymi szaletami, zasadzały pod ogrodzeniami jednostek wojskowych. Konkurowały między sobą o tych upragnionych lujów, plotkowały, intrygowały, miały własną hierarchię i chwile chwały, które wspominać będą do śmierci. Ich świat skończył się na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy nastał kolorowy kapitalizm i epidemia AIDS. Teraz żyją z głodowych emerytur i pozostały im tylko wspomnienia, którymi dzielą się w brudnych kuchniach albo – jeszcze chętniej – na plaży w Lubiewie.

Nie dla nich były sułtańskie pałace. One miały znajome krzaki, szalety, jakiś barek, gdzie w nocy mogły się napić herbaty, publiczną łaźnię. Latem – wczasy nad morzem. Wtedy rozłożone na kocykach chełpiły się zdobyczami i bacznie obserwowały okolicę w poszukiwaniu okazji. Obskurność scenografii rekompensowała im bogata wyobraźnia i własny, „przegięty” styl bycia i mówienia, który pozwalał udawać kogoś lepszego, egzotycznego. „Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać”. Dokuczała im bieda, były bite, okradane, upokarzane, czasem mordowane, a jednak uważały się za gwiazdy, hrabiny w krynolinach, za Alexis czy Violettę Villas. Bawiły się, ile mogły, wyciskały to swoje nędzne życie do cna, byle złapać swojego luja, byle mieć się czym potem chwalić koleżankom, tak żeby je skręcało z zazdrości, bo gdy szło o chłopa, ciotowska przyjaźń się kończyła.

Ale „Lubiewo” to nie tylko historie z ciotowskiego życia; to też dramatyczny opis upadku ich świata wraz z pojawieniem się AIDS. Symbolem końca całego środowiska stał się los bywalców publicznej łaźni, którzy dotknięci pierwszymi oznakami choroby, ruszyli w pogoni za „uciekającymi resztkami życia”. Zniknęły wszelkie bariery, zahamowania, seks zmienił się w „jakiś taniec śmierci”, aż w końcu zapłonęły stosy używanych ręczników, a niedobitki przegoniła ekipa dezynfekcyjna. Historie indywidualne są bardziej przejmujące, jak studium odchodzenia salowej Dżesiki. Była „złośliwa i głupia”, intrygowała i zadzierała nosa, udawała nie wiadomo kogo, a skończyła upokorzona nieposłuszeństwem własnego organizmu, który „był rozstrojony jak stare pianino, a na dodatek jakiś ukryty wróg walił w klawisze siekierą”. Jeszcze bardziej bolesna była dla niej konieczność przyznania się przed lekarzem, że należy do grupy ryzyka, i dopuszczenie do własnej świadomości, czym może być gnębiąca ją choroba.

Czyta się „Lubiewo” jak „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” albo – by użyć określenia samego Witkowskiego – „ciotowski »Dekameron«”, ciąg opowieści, opowiastek, anegdot, epizodów, obrazków, dialogów, kalejdoskop postaci, miejsc, nastrojów. Wszystko otula tu mgiełka sentymentu za czasami świetności bohaterek, ich młodości. PRL był wtedy co prawda szary, sklepy puste, a milicjanci upierdliwi, ale lichy etat wystarczał, by przeżyć, raz do roku przysługiwały wczasy, lekarz był pod ręką w razie potrzeby, no i co za muzyka wtedy grała – Sośnicka, Wodecki, Jantar, German… „Lubiewo” to jednak coś więcej niż podróż w przeszłość. To przede wszystkim studium środowiska, o którym się nie mówiło i nie pisało, studium mieszkanek nawet nie marginesu, ale samego dna społeczeństwa, które to dno oswoiły i nawet sobie chwaliły, bo przecież „na dnie tak nie wieje…”. Witkowski utrwalił ich pozy, gesty, specyficzny język, chwile triumfów nad nielubianymi rywalkami i porażki, radości i gorycze, a przede wszystkim te wszystkie mity, którymi się karmiły i które sobie przekazywały. Prawda to wszystko czy zmyślenie? Nie mamy szansy, by oddzielić to, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co „dokłamane, dozmyślane, dośpiewane”. Na pewno jest to wszystko bardzo przekonujące, żywe i fascynujące, choć może co wrażliwsi czytelnicy tu i tam skrzywią się z niesmakiem albo wręcz odrzucą „Lubiewo” po pierwszych paru stronach.

Michał Witkowski życzy swoim czytelnikom mocnych wrażeń: „Porzygajcie się z rozkoszy”, pisze. Na pewno aż tak mocno nie zareagowałem na „Lubiewo”, bo trafiają tu się też teksty mniej ciekawe, odstające od całości klimatem czy stylem. Zdecydowanie jednak całość jest intrygująca i wciąż świeża. Jeśli więc nawet nie odczujemy chęci, by zwomitować z rozkoszy, to z pewnością możemy sobie czknąć z ukontentowania.

Michał Witkowski, Lubiewo bez cenzury, Świat Książki 2012.

Cytaty z pierwszego tomu Księgi tysiąca i jednej nocy w przekładzie Władysława Kubiaka (Państwowy Instytut Wydawniczy 1974).

(Visited 413 times, 5 visits today)

20 thoughts on “Czknijcie sobie z ukontentowania (Michał Witkowski, „Lubiewo bez cenzury”)

  1. Wygrzebana w otchłani internetów moja notka o Lubiewie (styczeń 2008) :)

    „Książka jest nostalgicznym w zamyśle wspomnieniem, jak to homoseksualistom
    drzewiej w Polsce bywało. W czasach kiedy o depilacji i skórzanych stringach
    wiedzieli nieliczni, którym dane było wyjechać do RFN-ówka. W czasach, które
    nie oferowały klubów dla gejów i nadziei na legalizację związków. W końcu, w
    czasach kiedy nie było gejów w garniturach od Armaniego, ba, gejów w ogóle,
    były za to polujące na luja cioty. Spotykające się w miejscach (pikietach),
    o których wszyscy zainteresowani wiedzieli, a reszta nie mówiła głośno, bo
    przecież w Polsce Ludowej miejsca na takie wynaturzenia być nie mogło.
    I to właśnie tych ciot wspomnienia przenosi na karty swej powieści
    Witkowski. Wspomnienia, które kręcą się wokół dwóch zasadniczych osi – żalu
    za dawnym systemem i spraw oralno – genitalnych.
    Autor postanowił zapoznać czytelnika ze znanym sobie wycinkiem świata, w
    którym spotkamy tak odmienne, od wygładzonego przez media obrazu
    homoseksualisty, postacie. Przedstawia je w czymś co sam nazywa „Wielkim
    Atlasem Ciot Polskich”. Próbuje przybliżyć czytelnikowi. Operuje przy tym
    specyficznym językiem, pełnym wulgaryzmów, ale i ciekawych nawiązań
    kulturowych. I ja to wszystko rozumiem…
    Rozumiem, że czasem są tematy trudne, które literatura powinna, a nawet
    musi, poruszać. Rozumiem też, że nie zawsze są to tematy miłe, odpowiadające
    światopoglądowi czytelnika. Uważam też, że mam prawo wyboru, czy o takich
    rzeczach chcę, czy też nie chcę, czytać. W przypadku „Lubiewa” z prawa tego
    nie skorzystałem, czego, po zastanowieniu, żałuję.”

    • Znaczy nie podobało Ci się? Za pierwszym razem rzuciłem dzieło w połowie, bo mnie wkurzały powtórzenia, ale teraz albo się bardziej wyrobiłem, albo autor dokonał poprawek, które wpłynęły na lepszy odbiór i przeczytałem z żywą uciechą.
      PS. To jednak starość, bo Masłowską jakiś czas temu też przeczytałem bez wstrętu, a odrzucało mnie długie lata.

  2. Czytałam starą wersję i te historie były rzeczywiście przejmujące. Witkowski pokazuje świat, o jakim mało kto wie, na dodatek robi to niesamowitym językiem. Późniejsze Barbary i Margot nie mają już takiej siły rażenia. Za to nieco inna, ale świetna jest moim zdaniem Fototapeta.

  3. Czytałem ostatnio „Lubiewo” (co prawda przerwałem jakoś w połowie) na zajęcia ze współczesnej literatury. Że wrażliwsi będą co najmniej zniesmaczeni, to prawda, bo wśród koleżanek fragment z lokówką został zdemonizowany do granic absurdu i raczej im Witkowskiego obrzydził (znów eufemizując). Ja doceniłem przede wszystkim język i konwencję – bo rozpracowanie tematu jest pierwszorzędne.

    No i Twój lepszy odbiór może faktycznie wynika z lektury najnowszej wersji, bo Witkowski korzysta jak może z prawa do zmian, poprawek, dodawania/usuwania rozdziałów, jakie mu dają kolejne wydania.

    Ładne to skojarzenie z Szeherezadą ;)

    • Jestem chyba gruboskórnym draniem, bo epizod z lokówką ledwo pamiętam, a i zniesmaczyć mnie trudno :) Język jest znakomity, a że czytam teraz Barbarę Radziwiłłównę, to widzę, że Witkowski świetnie nim operuje.
      W zasadzie jestem przeciwny grzebaniu przy tekstach już wydanych, ale w porównaniu z pierwotną wersją ta edycja wydaje się mniej chaotyczna, więc na dobre jej te poprawki wyszły.
      Szeherezada jakoś się mi tak sama nasuwała, dzięki za docenienie.

  4. Zainteresowała mnie niezwykle barwna recenzja, napisana świetnym piórem, ale do ksiązki raczej nie zajrzę . Świat homoseksualistów nawet z PRL-u , nie interesuje mnie tak bardzo, żeby pokonać własne hamulce, powstałe na podłożu estetyki.

  5. Pingback: W luksusach i na śmietniku (Michał Witkowski, „Fynf und cfancyś”) – Zacofany w lekturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *