Facet, który był sobą (Wiesław Weiss, „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”)

Gdzieś na antresoli, w starych rocznikach „Magazynu Muzycznego” sprzed ćwierćwiecza, kryje się numer z felietonem Tomasza Beksińskiego, który opowiadał o początkach swej muzycznej pasji i fantastycznej kolekcji płyt należących do jego ojca. Z rozbawieniem i zdziwieniem czytałem, jak Zdzisław Beksiński do malowania włączał sobie Deep Purple albo Black Sabbath, budząc tym szacunek kolegów syna, przyzwyczajonych do ojców bardziej konwencjonalnych. Chyba trochę zazdrościłem Tomaszowi, że mógł się z ojcem kłócić o to, czy Kate Bush śpiewa, czy piszczy, a nie o bałagan na biurku.

Książkę Weissa czytałem jak powieść rozpisaną na wiele głosów, głosów, które czasem się dopełniają, czasem ze sobą kłócą, ale które składają się na portret bohatera niejednoznacznego, inteligentnego, z nieco pokręconym poczuciem humoru, niekiedy irytującego, trochę zagubionego i nieżyciowego, ale równocześnie ciepłego i sympatycznego, idealisty i romantyka, spragnionego wielkiej miłości, wiernego w przyjaźni i niezdolnego do udawania. Zawsze był sobą, lekceważąc konwenanse i oczekiwania innych, co sprawiało, że bywał niezrozumiany i odrzucany. Reagował na takie sytuacje gwałtownie i mocno je przeżywał. Najbliżsi wiedzieli, że umierał z samotności, tęsknił za bliskością, dawał się ranić, wykorzystywać, a potem cierpiał.

Poznajemy Tomasza Beksińskiego od lat dziecięcych w Sanoku aż do jego samobójczej śmierci w Wigilię 1999 roku. Od młodzieńczych wygłupów przez wypracowywanie sobie pozycji zawodowej: dziennikarza muzycznego, tłumacza filmów do „kapłana radia” prowadzącego popularne nocne audycje o charakterze niemalże misterium. Wydawał się być dzieckiem szczęścia: miał kochających rodziców, muzykę, przyjaciół, uwielbianą pracę, filmy… W jednym mu się nie wiodło – w miłości; może miał zbyt wygórowane, wyidealizowane wymagania wobec kobiet, może po prostu nigdy nie trafił na tę jedyną, która z równą intensywnością odpowiedziałaby na jego romantyczne pragnienia. Obserwujemy więc kolejne romanse, kolejne odrzucenia i załamania prowadzące do prób samobójczych, aż do tej ostatecznej. Zastanawiamy się, czy życie Beksińskiego juniora potoczyłoby się inaczej, gdyby rodzice pozwolili mu w stosownym czasie przeciąć pępowinę i zacząć całkowicie samodzielne życie, zamiast wiecznie nad nim czuwać. Z pewnym zdziwieniem konstatujemy, że człowiek z problemami psychicznymi, który wielokrotnie targał się na swoje życie, właściwie nie miał fachowej opieki; częstokroć życie ratowały mu rozmowy z przyjaciółmi, a kiedy już trafiał na terapię, to bez trudu oszukiwał lekarza.

Wiesław Weiss nie ukrywa, że napisał swoją książkę w celach polemicznych – nie spodobał mu się sposób pokazania Tomasza Beksińskiego w książce Magdaleny Grzebałkowskiej i w filmie „Ostatnia rodzina”. Ponieważ nie znam żadnego z tych dzieł, trudno mi się odnosić do podnoszonych przez Weissa zarzutów wobec nich, trudno też stwierdzić, czy rzeczywiście nakreślony przez niego portret dziennikarza muzycznego jest prawdziwy, jak głosi podtytuł. Nie wątpię, że autor i przepytywani przez niego przyjaciele, znajomi i współpracownicy uważają, że pokazali Tomasza Beksińskiego takim, jakim był – takim, jakim go widzieli. Ta polemika między biografiami wskazuje zresztą, jak łatwo w przypadku postaci tak barwnych i kontrowersyjnych, jak Beksińscy, starszy i młodszy, można stworzyć sprzeczne obrazy; wystarczy inaczej rozłożyć akcenty, zwrócić uwagę na inne epizody, przytoczyć inne wypowiedzi. Weźmy choćby taką informację: Tomek miał talent plastyczny i ten talent ojciec w nim zdławił. Osoby wspominające ten fakt podają własne interpretacje przyczyn, Weiss przytacza obie, a wystarczyłoby wybrać jedną, żeby uzyskać odmienny obraz: w jednym Zdzisław Beksiński wyszedłby na zazdrośnika (bo w relacji pada krótkie: „Nie chciał, żeby było dwóch malarzy o tym samym nazwisku”), w drugim – o uchronienie syna przed losem artysty słabszego od ojca, naśladowcy, być może odcinającego kupony od nazwiska.

Biografia to siedmiusetstronicowy tom dużego formatu. Czy dałoby się krócej? Na pewno. Czy powinno być krócej? Nie wiem, dla niektórych pewnie tak. Mnie ta książka wciągnęła bez reszty, jej bohater zafascynował swoją złożonością, niejednoznacznością. Weiss obficie czerpał z rodzinnych archiwów Beksińskich, z listów Tomasza Beksińskiego i do niego adresowanych (o ileż uboższe będą biografie ludzi pokolenia maili i sms-ów!), wreszcie z opowieści krewnych, szkolnych kolegów, współpracowników, przyjaciół. Sięgnął po zapisy radiowych audycji i po teksty drukowane w prasie muzycznej, dorzucił masę zdjęć o najprzeróżniejszym charakterze. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko płyty z fragmentami audycji Beksińskiego.

Może się wydawać, że to pozycja jedynie dla wielbicieli Tomasza Beksińskiego, tych, którzy pamiętają jego audycje, którzy do dziś z sentymentem ze starych kaset oglądają Bondy w jego tłumaczeniu, albo dla miłośników niekonwencjonalnej rodziny Beksińskich. Wydaje mi się, że nic bardziej mylnego. Nie trzeba należeć do żadnej z tych grup, żeby książkę Weissa przeczytać z głębokim zainteresowaniem jako studium człowieka utalentowanego i wrażliwego, który nie umiał iść na kompromis ani ze światem, ani ze sobą. Niezgoda na rezygnację z własnych ideałów musiała skończyć się tragicznie.

Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, Vesper 2016.

(Visited 379 times, 380 visits today)

53 komentarzy do “Facet, który był sobą (Wiesław Weiss, „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”)

  • 11 czerwca 2017 o 12:20
    Permalink

    Bondy i Monty Pythona! Czytałam książkę Grzebałkowskiej i oglądałam film „Ostatnia rodzina”. I o ile w pierwszym dziele autorka nie stawia jednoznacznej tezy o Tomku Beksińskim (chociaż pośrednio robi to przez dobór materiałów, które prezentuje czytelnikowi), o tyle w drugim Dawid Ogrodnik faktycznie ostro przeszarżował. Jego Tomek Beksiński jest potwornie rozedrgany nie tylko emocjonalnie ale i dosłownie fizycznie, co jednoznacznie kojarzy się z ciężkimi chorobami psychicznymi. Zabrakło w tej kreacji aktorskiej subtelności i niedopowiedzenia.

    Odpowiedz
    • visage
      11 czerwca 2017 o 12:42
      Permalink

      Właśnie coś takiego o roli Ogrodnika napisał Weiss. O ile film mnie średnio interesuje, o tyle jestem ciekaw podejścia Grzebałkowskiej, w ogóle całej jej książki, ale zrobię sobie na razie przerwę.

      Odpowiedz
      • 11 czerwca 2017 o 22:38
        Permalink

        Książka Grzebałkowskiej jest ciekawa, ale zdecydowanie zdominowana przez Zdzisława. Nigdy nie przepadałam za jego twórczością, a okazało się, że to fascynująca osobowość. Tomek siłą rzeczy gra tam drugie skrzypce.

        Co do filmu, sama mam z nim problem. Zły nie jest, ale żeby od razu arcydzieło? No i ten Ogrodnik…

        Odpowiedz
        • visage
          11 czerwca 2017 o 22:42
          Permalink

          Za obrazami Beksińskiego to i ja nie przepadam, ale kupiłem kiedyś tom jego korespondencji (Bexa) i okazało się, że to świetna rzecz, o życiu, o sztuce, o codziennych pierdołach.

          Odpowiedz
          • 12 czerwca 2017 o 09:29
            Permalink

            Grzebałkowska na półce, czeka na ukończenie Hyperiona, a na Bex@ poluję (na razie bezskutecznie), na alle.

            Odpowiedz
              • 13 czerwca 2017 o 08:21
                Permalink

                Mógłbym tak powiedzieć o kilku tytułach. Taki „Pluk z wieżyczki” chodzi w nieprzyzwoitych cenach :)
                Ja co prawda Tomka znam tylko z tłumaczeń MP, a nie z radia, ale z chęcią poczytam. Zawsze lubiłem czytać o ludziach idących pod prąd, sam pod prąd chodząc rzadko. Widocznie wystarczała mi taka namiastka :P

                Odpowiedz
                • visage
                  13 czerwca 2017 o 08:30
                  Permalink

                  Widać nie mamy głowy do interesów, a szkoda :(
                  Z MP też go znam, choć słabiej. Jest co najmniej jeden świetny fragment o tłumaczeniu Pythonów: dlaczego słynne „A teraz coś z zupełnie innej beczki” jest kompletnie od czapy :D

                  Odpowiedz
                  • 13 czerwca 2017 o 08:40
                    Permalink

                    Co z tego, że zrobilibyśmy kasę, jak i tak puścilibyśmy na książki i gry planszowe :P Zaskoczyło mnie, że TB tłumaczył również Bondy. To świadczy o tym jak bardzo nie znaleźliśmy się w czasach LO w swoich orbitach :P

                    Odpowiedz
                    • visage
                      13 czerwca 2017 o 08:44
                      Permalink

                      A na co mielibyśmy puszczać? Na jachty i whisky?
                      W liceum to ja właśnie namiętnie Bondy, bo MP to dopiero na studiach mi pokazali. Wyobraź sobie pierwsze oglądanie Żywotu Briana z dwójką maniaków, którzy co chwila palą ci dowcip albo mówią „w tamtej wersji to było lepiej przetłumaczone”. wrrr „P

                    • 13 czerwca 2017 o 11:02
                      Permalink

                      Whisky?! Kurczę, wiedziałem że o czymś zapomniałem :P I nie utłukłeś tych maniaków? Ja zasadniczo nigdy nie wiedziałem, które jest to kongenialne, a które nie. Czy to z Niezadowolencją czy Niedopchnęcją? :P

                    • visage
                      13 czerwca 2017 o 11:04
                      Permalink

                      Nie utłukłem, chociaż nie powiem, żebym w ogóle załapał, o co chodziło :P
                      Nie wiem, która wersja jest TB, ale osobiście wolę Niezadowolencję. Weź spróbuj szybko wymówić Niepochnęcja :D

                    • 13 czerwca 2017 o 11:09
                      Permalink

                      Ale akurat jego wersja „Always look …”, to mi się tak średnio :)

                    • visage
                      13 czerwca 2017 o 11:16
                      Permalink

                      I tak nie mam pojęcia, w czyich wersjach oglądałem MP. A Always look to tylko w oryginale :D Tylko gwizdać nie umiem :(

                    • 13 czerwca 2017 o 15:12
                      Permalink

                      Ostatnio (tak z pół roku temu), oglądałem, chyba na TVP Kultura, świetny, bardzo kameralny koncert Paula McCartneya (z Dianą Krall za klawiszami). Jejku, jak ten facet w jednym kawałku pięknie gwiżdże :D A „Always …”, to też w oryginale i, co zrozumiałe ze względu na brak talentów lingwistycznych, ograniczone do nieśmiałego podśpiewywania refrenu :P

      • 15 czerwca 2017 o 11:42
        Permalink

        Grzebałkowską gorąco polecam, bdb rzecz, oparta na mrówczej pracy ze źródłami. Ale fakt, pewnie po jakiejś przerwie. Zgadzam się z Niekoniecznie Papierową co do tego, że Ogrodnik w filmie poszedł za daleko. Za to pozostałe role są znakomite, więc seans także polecam.

        Odpowiedz
  • 12 czerwca 2017 o 10:53
    Permalink

    Pod wpływem tej książki, a właściwie słowa wstępnego, pełnego oburzenia sięgnęłam po Grzebałkowską(kilkanaście miesięcy na półce) i po film, jak tylko wyszedł na DVD bo do kina nie zdążyłam(uroki prowincji). Ja jestem proste dziewczę z Galicji, bliżej mi do Zosi Beksińskiej, moja przyjaciółka mieszka blisko Dynowa, tradycyjne i proste rejony. Dla mnie, pewnie dla wielu będzie to niesprawiedliwa opinia, ten chłopak to dowód, że można kogoś zagłaskać na śmierć, on był tak wychuchany, tak rozpieszczony, rodzice tak nie dali mu zakosztować żadnych przeciwności, że po prostu był jak roślina zawsze przywiązana do trejaża, sama nie ma sił by się utrzymać. Film jest bardzo, bardzo przygnębiający i momentami surrealistyczny. Książka Grzebałkowskiej jest raczej rzetelna, ale skupia się na Zdzisławie. Dalej postrzegam Tomka, jako bachora, który szukał problemów, no i te horrory od najmłodszych lat też chyba trochę go wypaczyły. No ibrak dyscypliny, gdybym ja zrobiła numer z klepsydrami, pomimo nastu lat, Rodzice chyba by mnie zabili.

    Odpowiedz
    • visage
      12 czerwca 2017 o 11:00
      Permalink

      Wychuchany i rozpieszczony – zgadza się. Ładnie to ujęłaś z tą przywiązaną rośliną. Weiss zresztą wyraźnie pisze, że rodzice niepotrzebnie go trzymali przy sobie. Może bez tego by się zahartował.
      Co do numerów, ten z klepsydrą był wyjątkowo hardkorowy, ale kto z nas nie ma na koncie czegoś mniej więcej w takim stylu? Więc ja bym z kamieniem nie leciał.
      Natomiast nie przekonuje mnie ani twierdzenie, że horrory od najmłodszych lat mogły go wypaczyć (poza tym on chyba zaczął je oglądać, jak miał ok. 12 lat, więc nie przesadzajmy), ani że źle mu robiły obrazy tatusia. Aczkolwiek faktycznie człowiek z depresją nie powinien na nie patrzeć dzień w dzień.

      Odpowiedz
  • 12 czerwca 2017 o 21:26
    Permalink

    U Grzebałkowskiej Tomasz jest rozkapryszonym smarkaczem ale do wytrzymania. W filmie natomiast to psychol mamroczący pod nosem cienkim glosikiem, zupełnie niestrawny.

    Odpowiedz
    • visage
      12 czerwca 2017 o 21:40
      Permalink

      U Weissa nie jest rozkapryszony i nie smarkacz, tylko trochę nieżyciowy. Mam coraz mniejszą ochotę na ten film, za to coraz większą na „Beksińskich”.

      Odpowiedz
  • 12 czerwca 2017 o 21:59
    Permalink

    Jakoś nigdy nie przepadałem za Beksińskim (wolałem Kaczkowskiego), irytował mnie jego głos a już całkowicie straciłem do niego serce, gdy mój ulubiony fragment z „Łowcy androidów” cytował tak, że można było mieć wrażenie, że to on jest jego autorem. Nie czarujmy się, jego audycje robiły wrażenie na licealistach, którymi wówczas byliśmy.
    Rozumiem, że dla Weissa mógł być kimś ważnym – ale jak dla mnie ten opasły tom kojarzy się z celebryckimi biogramami w wikipedii, im mniejszy i mniej istotny dorobek, tym dłuższy biogram.

    Odpowiedz
    • visage
      12 czerwca 2017 o 22:09
      Permalink

      Chyba napisałem wyraźnie, że to nie jest celebryckie wydawnictwo? Jeśli nie, to piszę.
      W czasach licealnych pewnie każdy miał swojego guru radiowego, bo to jeszcze były czasy porządnego radia. Beksiński nie był moją bajką, ale nie stwierdziłbym tak kategorycznie, że był pozerem lubiącym imponować nastolatkom. Raczej na pewno nie był, a że styl jego audycji trącił pretensjonalnością – byli tacy, którym to odpowiadało. Ja wolałem rzeczowego Niedźwieckiego

      Odpowiedz
      • 12 czerwca 2017 o 22:20
        Permalink

        No cóż, moja wina, że mało zrozumiale wyraziłem swoją opinię – chodziło mi o to, że znaczenie Beksińskiego i jego dorobku nie jest na tyle znaczące żeby wyprodukować aż taką cegłę na jego temat.

        Odpowiedz
        • visage
          12 czerwca 2017 o 22:32
          Permalink

          Ty tak serio? Napoleonowi dajemy minimum 1000 stron, a jakiemuś tam radiowcowi góra 250? :P Jeżeli autor miał materiał – a miał, i nie przynudzał – a nie przynudzał, to czemu miał się ograniczać? To nie jest sztucznie pompowane, nie jest hagiograficzne, nie jest tanią sensacją. Można to czytać jako biografię, można jako studium utalentowanego człowieka z problemami psychicznymi, jako studium międzyludzkich stosunków. Na upartego dałoby się wyciąć z 50 stron, osobiście ciąłbym po cytatach z audycji TB, właśnie z powodu ich pretensjonalnego tonu :)

          Odpowiedz
          • 13 czerwca 2017 o 19:54
            Permalink

            Właśnie, dobrze to ująłeś :-), biografia kogoś kto wywierał rzeczywisty wpływ na bieg historii i ludzkie życie albo kogoś kto stworzył dzieła, które stały się „kamieniami milowymi”, moim zdaniem, wydaje się bardziej interesująca od życiorysu kogoś, kto z emfazą powtarzał cudze myśli.

            Odpowiedz
            • visage
              13 czerwca 2017 o 20:14
              Permalink

              Czytałem koszmarnie nudne biografie takich „milowych” ludzi, bo tu niestety nie o postać chodzi, ale o talent biografa :P Tu talent jest, ale oczywiście nie ma obowiązku sięgania po książkę.
              PS. Czy wiesz, że chyba sześć lat temu toczyliśmy podobną dyskusję o celebryckiej biografii? :P

              Odpowiedz
              • 13 czerwca 2017 o 20:38
                Permalink

                No proszę, widać najwyższy już czas przerzucić mi się z masła na margarynę :-) Domniemam, że nasze stanowiska nie zmieniły się przez te 6 lat – zadziwiająca, w tych czasach, stałość poglądów :-)

                Odpowiedz
  • 12 czerwca 2017 o 22:15
    Permalink

    Film nie jest taki zły a ze względu Seweryna w roli Zdzisława na pewno wart obejrzenia.No i te realistyczne portrety bloków i mieszkań lat 70tych, palce lizać 😊

    Odpowiedz
      • 13 czerwca 2017 o 16:48
        Permalink

        Tak film bym jednak obejrzała, może portret Tomka przerysowany, ale zarówno Seweryn, jak i aktorka grająca Zosię (zapomniałam nazwiska) moim zdaniem świetnie zagrali, no i ten realizm głębokiego PRL-u. A co do Beksińskich znam biografię podwójną M.G. – moim zdaniem rzecz naprawdę bardzo dobra. Trudno mi się odnieść do tego, która wersja portretu bardziej odpowiada rzeczywistości, ale na pewno Tomek u M.G. to także bardzo złożona i bogata osobowość, choć jakże drażniąca. Napisałeś- dawał się ranić, wykorzystywać, a potem cierpiał- to pewnie z powodu tak a nie inaczej rozłożonych akcentów, bo z tego co pamiętam u M.G. sam potrafił nieźle zranić swoich najbliższych. I w zupełności się zgadzam z tezą, iż nie trzeba być wyznawcą twórczości obu panów, aby książkę przeczytać z ciekawością i pewnego rodzaju podziwem dla jej bohaterów, nawet, jeśli ich zainteresowania są o całe lata świetlne od naszych. Mimo lektury nie udało mi się przemóc do zakupu albumu z reprodukcjami, choć trafiał się w całkiem rozsądnej cenie.

        Odpowiedz
        • visage
          13 czerwca 2017 o 17:25
          Permalink

          No dobrze, przekonałaś mnie, poszukam filmu z większym zaangażowaniem :)
          Oczywiście, że TB potrafił ranić otoczenie, przede wszystkim rodziców, ale i jemu się dostawało, szczególnie od kolejnych narzeczonych.
          A dobra biografia faktycznie jest dobrą biografią i bycie fanem nie jest niezbędne do jej czytania.
          Na album z reprodukcjami Beksińskiego chyba też bym się nie skusił, podziwiając wyobraźnię, chyba jednak podświadomie boję się zbyt długo z takimi wizjami przestawać.

          Odpowiedz
          • 15 czerwca 2017 o 22:27
            Permalink

            Że tak się odezwę z zaświatów: film mnie głęboko rozczarował, a Grzebałkowskiej nie dałam rady doczytać do końca (w gronie moich znajomych wszyscy tak mieli).
            Film jest – bardzo przepraszam wszystkich fanów – odegraniem tego, co wynika z taśm Zdzisława Beksińskiego. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się z niego dlaczego tak, marne szanse.
            Z książką z kolei coś jest moim zdaniem nie tak. Przeczytałam początek. Potem jakieś pięćdziesiąt ostatnich stron. Do środka już nie wróciłam.
            A że nigdy nie byłam zagorzałą fanką Tomasza (choć za Pythonów jestem mu wdzięczna), to po Weissa już nie sięgnę.
            A poza tym uważam, że biografie są bez sensu:P

            Odpowiedz
            • 15 czerwca 2017 o 22:33
              Permalink

              Przebóg! Żywa Momarta!
              Ja się spróbuję zmierzyć z panią G., a biografie wcale nie są bez sensu. Trzeba tylko wiedzieć, czyje czytać :D

              Odpowiedz
              • 15 czerwca 2017 o 22:38
                Permalink

                Ze mną jest ostatnio tak, że żebym była żywa w internecie, muszę być nieżywa w naturze. Prawie jak Tomasz Be, choć u niego to już stan nieodwracalny, a u mnie mam nadzieję, że i owszem.:P
                Biografie czyje w sensie: o kim czy: czyjego autorstwa? Choć dla mnie to i tak bez różnicy. Mam już prawie gotowy post na ten temat (w związku z całkiem inną biografią); jak mnię się L4 przedłuży, to może kiedyś nawet opublikuję.

                Odpowiedz
                • 15 czerwca 2017 o 22:40
                  Permalink

                  Jesteś Momartą Schrodingera?
                  Co do biografii, to jedno i drugie: dobry autor z nieciekawego bohatera zrobi postać wartą opisania. A świetny bohater jest świetnym bohaterem, chociaż jak mu się trafi marny biograf, to tylko zębami zgrzytać.
                  A na post czekam z utęsknieniem i życzę zdrowia.

                  Odpowiedz
                  • 15 czerwca 2017 o 22:44
                    Permalink

                    Obawiam się, że ten przypadek wymyka się nawet Schrodingerowi:P
                    Pytanie tylko: czemu (komu) służą biografie? Czy to taki trochę lepszy Pudelek, czy coś więcej? Tylko co, do diabła, bo nie mam pojęcia.

                    Odpowiedz
                    • 15 czerwca 2017 o 22:48
                      Permalink

                      Oczywiście, że Pudelek. Każdy z nas chce obejrzeć bohatera w kapciach, niczym ten Heglowski kamerdyner :P Niektórzy biografowie pudelkują z mniejszą klasą, inni z większą, a czytelnik sobie reguluje, czy bardziej woli plotki z alkowy, czy ze sztabu generalnego.

                    • 16 czerwca 2017 o 19:01
                      Permalink

                      A myślałam, że będziesz próbował przekonać mnie o jakiejś biograficznej wartości dodanej, łee…
                      Moje zapotrzebowanie na Pudelka najwyraźniej jest niewielkie, na to wychodzi. Bo, że żadne, to nie będę udawać:P
                      PS. L4 do połowy przyszłego tygodnia. Szanse na posta rosną:D

                    • visage
                      16 czerwca 2017 o 19:05
                      Permalink

                      Duzi jesteśmy, to co sobie będziemy ściemniać o wartościach dodanych :P
                      PS. Szalenie się cieszę, znaczy z nowego posta, nie z przedłużającego się L4.

                    • 16 czerwca 2017 o 21:05
                      Permalink

                      No weź, bo zaczynam czuć się zobowiązana, by zacząć Cię przekonywać, że może jednak coś w tym tkwi. Weźmy choćby ostatnie zdanie Twojego posta: „Niezgoda na rezygnację z własnych ideałów musiała skończyć się tragicznie”. Niewesoły wniosek z lektury w sam raz na dzisiejsze czasy?
                      PS. Pogłaskana momarta lepiej działa:D Szykuj się. Tym bardziej, że będzie o czymś, w czym maczałeś palce.

                    • visage
                      16 czerwca 2017 o 21:26
                      Permalink

                      Nieee, ja sie ostatnio zgodliwy zrobiłem, nie lubię się kłócić. A wniosek jak wniosek, życiowy w sumie.
                      PS. To głaskam dodatkowo, tylko proszę mię żadnego dzieła nie krytykować, bo wrażliwy jestem na pukncie jako kfiatuszek.

  • 14 czerwca 2017 o 16:51
    Permalink

    Ja się trzymam z dala od biografii. Raz, że nie przepadam za zaglądaniem ludziom w życiorysy, a dwa – tak jak piszesz – bardzo łatwo zmanipulować (pozytywnie lub negatywnie) obraz danej osoby. O Tomaszu czytałem kilka razy w różnych sytuacjach, ale trudno mi wyrobić sobie zdanie. W dodatku na audycje się nie załapałem, a Pythonów raczej w oryginale sobie dawkuję.

    Odpowiedz
    • visage
      15 czerwca 2017 o 10:23
      Permalink

      Zajmujesz bardzo skrajne stanowisko :) Ja tam sobie lubię pozaglądać, unikając biografii, które ewidentnie są tendencyjnie. Szczęśliwie rynek jest obfity i można bez trudu coś wybrać.
      Pythonów w oryginale zazdroszczę, ale dla mnie to za wysokie progi. Szczególnie ze słuchu.

      Odpowiedz
  • 16 czerwca 2017 o 08:32
    Permalink

    Jako, że jestem dość wrażliwą osobą to myślę, że może i ta pozycja przypadłaby mi do gustu :) Trzeba będzie sprawdzić :)

    Odpowiedz
  • 16 czerwca 2017 o 15:26
    Permalink

    Własnie objętość tej księgi stanowi dla mnie zagwozdkę – czy trzeba aż tyle pisać?;)
    Grzebałkowska na pewno wybrała co smakowitsze kawałki, żeby skusić czytelnika (sama o panach B. podobno nie wiedziała nic przed przystąpieniem do pisania książki), a film – cóż, wyraźnie zaznaczono na wstępie, że jest oparty na historii rodziny, więc nie należy go traktować w skali 1:1.
    Najlepiej podsumowała temat Anja Orthodox, wg której Tomasz B. miałby z całej tej sytuacji niezły ubaw. I ja jej wierzę.;)

    Odpowiedz
    • visage
      16 czerwca 2017 o 16:01
      Permalink

      Większość książki to są wspomnienia znajomych, Weiss podaje fakty i daje tzw. słowo wiążące. Czy to za dużo? Nie wiem, mnie wessało; tu i ówdzie bym przyciął, ale i tak niedużo.
      W pewnym momencie tej książki Anja Orthodox wyrasta na niemal główną postać :D Trzeba przyznać, że mało jest tu równie wyrazistych i ostrych wypowiedzi, co jej. Że TB miałby ubaw, w to nie wątpię.

      Odpowiedz
  • 17 czerwca 2017 o 10:52
    Permalink

    AO była w końcu jego przyjaciółką, i to chyba prawdziwą, bo pamiętam różne opowieści z czasów, kiedy TB jeszcze żył.
    Skoro większość książki to głównie wspomnienia znajomych, to może chociaż za jakiś czas przejrzę to tomiszcze.;)

    Odpowiedz
    • visage
      17 czerwca 2017 o 10:59
      Permalink

      Tak by z tych wspomnień wynikało, zresztą pamiętam, że TB mocno lansował Closterkeller w radio i w prasie.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: