Szpieg, śpioch, kret (Viet Thanh Nguyen, „Sympatyk”)

Sympatyk

Ostatnie dni przed upadkiem Sajgonu. Wojna wietnamska ma się ku końcowi. Nadciągają siły północnowietnamskie, w mieście trwa gorączkowa ewakuacja. Wszyscy próbują wyrwać się z oblężenia. Również jeden z generałów stara się ocalić siebie i swoich najbliższych przed zemstą komunistów. Niemal cudem jego świta ucieka, by rozpocząć nowe życie: uchodźców w Stanach Zjednoczonych. Wśród współpracowników generała znajduje się porucznik, na pozór oddany i lojalny, wykształcony w Ameryce, a w rzeczywistości komunistyczny „kret”, donoszący swoim mocodawcom o każdym posunięciu przełożonego.

Zderzenie z amerykańską rzeczywistością

jest dla wietnamskich wygnańców bolesne. Ludzie dzierżący niegdyś władzę, posiadacze wielkich majątków i wpływów, stają się szeregowymi obywatelami zmuszonymi do zarabiania na chleb. Nieliczni się odnajdują, większość bieduje: „Wielu z nich pobierało zasiłki i pogrążało się w bezczynności. Butwieli w zatęchłej atmosferze lokali socjalnych, a ich jądra z każdym dniem kurczyły się coraz bardziej; zżerał ich złośliwy nowotwór zwany asymilacją i poddawali się typowej dla uchodźców hipochondrii, która sprawiała, że niegroźne choroby i dolegliwości urastały do rangi śmiertelnego zagrożenia, a skażenie zachodnią cywilizacją przenosiło się na ich bezbronne żony i dzieci”. Sam porucznik wraca na uczelnię jako pracownik administracyjny, generał próbuje prowadzić sklep, a później restaurację. Nie porzuca jednak myśli o powrocie do Wietnamu, by walczyć z komunistami i wciąga do swej organizacji dawnych podwładnych.

Nawet tak szkicowo nakreślona fabuła

wydaje się materiałem na powieść jeśli nie porywającą, to przynajmniej interesującą, przybliżającą na dodatek mało znane aspekty historii wojny wietnamskiej, bo niewiele wiemy o losie przegranych, o konieczności rozpoczęcia nowego życia w obcym środowisku, problemach adaptacyjnych i wreszcie o próbach działalności politycznej uciekinierów z Sajgonu. Zetknięcie dwóch kultur, walka z poczuciem degradacji, starania o zajęcie miejsca w nowym otoczeniu – to wszystko daje rozliczne możliwości. Możliwości, które moim zdaniem zostały niewykorzystane, mimo iż znajdziemy w powieści choćby ciekawe refleksje dotyczące uchodźczego życia. Na przykład tę, że ludzie wydarci z ojczyzny większą uwagę niż na miejsce i odległość, zwracają na czas. Wiedzą, jaki dystans dzieli ich od utraconego domu, więc bardziej interesuje ich odpowiedź na pytanie, kiedy mogą tam wrócić.

Jako uchodźcy, wygnańcy, imigranci – jakkolwiek by nazwać ten pozbawiony własnej ziemi gatunek, który reprezentowaliśmy – nie egzystowaliśmy wyłącznie w dwóch kulturach, jak wyobrażali sobie zwolennicy koncepcji wielkiego amerykańskiego tygla. Ludzie pozbawieni własnej ziemi żyją w dwóch strefach czasowych, tej tutaj i tej tam, w teraźniejszości i w przeszłości, dlatego chcąc nie chcąc, muszą odbywać podróże w czasie.

„Sympatyk” to według mnie książka mocno nijaka.

Nijaki jest jej styl, w którym z rzadka błyśnie coś oryginalniejszego, a fabuła snuje się bez tempa. Autor nie potrafił wykrzesać napięcia i emocji nawet z początkowego opowiadania o ewakuacji Sajgonu (nie licząc sceny z furią kobiet), później natomiast sporadycznie udaje mu się pokazać jakiś epizod bardziej wyraziście (na przykład wspomnieniowy wieczór piosenki czy – o czym niżej – partie poświęcone udziałowi głównego bohatera w kręceniu wojennego filmu). Nie ratuje tego nieco dynamiczniejsza i bardziej emocjonalna końcówka.

Zasadniczym problemem powieści wydaje się być sposób przedstawienia i prowadzenia głównego bohatera. Pisząc, że był „kretem”, nie zdradzam żadnej z tajemnic fabuły: wiemy o tym od pierwszego zdania książki (nie wspominając już o blurbie): „Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach. A także o dwóch umysłach, co chyba nie dziwi”. Trochę jednak dziwi, bo jeśli porucznik ma dwie twarze, to obie są pozbawione indywidualnych rysów; a żaden z jego dwóch umysłów nie poraża błyskotliwością.

Porucznik opowiada swoją historię

komuś, kogo tytułuje komendantem; stopniowo będziemy odkrywali, o kogo chodzi i w jakiej sytuacji jest bohater. Stopniowo też będziemy poznawali jego losy: pogardzanego bękarta, syna wietnamskiej służącej i Francuza, wykształconego w Ameryce, zwolennika komunizmu, donoszącego na generała i jednocześnie zmuszonego wykonywać rozkazy przełożonego, co stawia go przed trudnymi wyborami. Opowieść oficera snuje się dość ślamazarnie, a jego rozmyślania egzystencjalne i ideologiczne okrutnie mnie nudziły. Zdecydowanie najlepiej w jego biografii wypadł rozbudowany epizod o udziale w produkcji filmu o wojnie w Wietnamie. Porucznik znienacka zrobił się bardziej zaangażowany, przejawiał inicjatywę, a kulisy kręcenia filmu okazały się nie tylko ciekawe, ale i niejakim rozmachem przedstawione. To jest również ten moment powieści, kiedy dowiadujemy się najwięcej o bohaterze, kiedy zaczynamy go lepiej rozumieć i poznawać. Na tle całości te partie bardzo się wyróżniają, chociaż robią wrażenie doklejonych nieco na siłę. No i trochę tego mało jak na prawie pięćset stron.

Chciałem podsumować ten wpis złośliwościami, że Komitet Nagrody Pulitzera uhonorował nie talent literacki Viet Thahn Nguyena, tylko sam temat wojny i jej skutków, wciąż bolesny w Stanach Zjednoczonych. Z pewnością jego pokazanie od strony Wietnamczyków jest czymś świeżym i wartym zainteresowania, czy jednak w tym wykonaniu aż godnym Pulitzera? Moim zdaniem nie, ale oczywiście możecie przekonać się sami. Pamiętajcie tylko, że ostrzegałem.

Viet Thanh Nguyen, Sympatyk, tłum. Radosław Madejski, Akurat 2016.

Dla równowagi głosy bardziej entuzjastyczne: Bernadetta Darska, Oczytany Facet, Owca z Książką, Wielki Buk.

(Visited 268 times, 2 visits today)

28 thoughts on “Szpieg, śpioch, kret (Viet Thanh Nguyen, „Sympatyk”)

  1. Czytałem inną książkę tego autora – Refugees.
    Kilka refleksyjnych opowiadań o życiu Wietnamczyków, głównie tych, którzy przeniesli sie do USA.
    Według mnie bardzo dobra książka.

  2. Gdy w pierwszej chwili usłyszałam o tej książce, byłam bardzo zaciekawiona, a potem stwierdziłam, że nie będę tak bardzo ufać jej marketingowi. Wychodzi na to, że przeczucie, iż nie jest to tak dobra książka jak mówi większość opinii mnie nie myliło; z drugiej strony, skoro np. Owcy i Bernadetcie Darskiej się podobało, to nie skreślam książki całkowicie. Kiedyś może spróbuję.

    • Przejrzeć nigdy nie zaszkodzi. W fejsowej dyskusji osoba, która czytała w oryginale, za sugerowała, że być może tłumacz zrobił z tego taką dyktę, ale jakoś nie zauważyłem miejsc, w których ta książka mogłaby się skrzyć dowcipem, wszystko jest raczej siermiężne i smutnawe.

  3. Zastanawia mnie, czy dla tak doświadczonego recenzenta pisanie kolejnego krytycznego tekstu o dziele jeszcze może go jakkolwiek rozwinąć, wyostrzyć warsztat, czy to juz tylko kwestia uczciwości wobec czytelnika, polegająca na oddaniu rzeczywistego potencjału czytanej książki?
    Dobrze, że o tym wspominasz, bo ja też natknąłem się na książkę z dumnym dopiskiem „laureat Pulitzera”, która mnie ostatecznie rozczarowała. A innym razem okazało się, że ta druga, czyli pierwsza przegrana, niczym nie odstawała od zwyciężczyni, powiedziałbym nawet, że była lepsza. Pulitzer niestety nie zawsze jest gwarantem najwyższej jakości.

    • W jakim sensie ten krytyczny tekst miałby mnie rozwinąć? Każda książka jest inna, a punktowanie jej zalet lub braków samo w sobie jest rozwijającą intelektualnie rozrywką.
      Gwarantem jakości nie jest żadna nagroda literacka, od Nobla do Nike, i po to jesteśmy obdarzeni własnym gustem i wiedzą, żeby móc oceniać książki nie tylko po tym, czy ktoś je uhonorował, czy nie.

      • W tym momencie dyskredytujesz zarówno samą rangę tych nagród, ich historię, jak i poddajesz w wątpliwość sens ich istnienia, sens zbierania się komisji, która przecież czyta je tak samo jak my (w większości amatorzy), analizuje, a potem dyskutuje we własnym gronie? Chcesz przez to powiedzieć, że to równoznaczne z zebraniem się pod blokiem Jasia z Krzyśkiem i powołaniem przez nich komisji mającej wybrać najlepszą książkę roku itp.?
        Dla mnie jest to jak najbardziej wyznacznik i wiążąca informacja, co nie znaczy, że tylko to biorę pod uwagę i ślepo podążam za werdyktami jednej czy drugiej komisji.
        A najbardziej w Pulitzerze podoba mi się to, że jak w danym roku nie ma komu dać, to nie dają.

        • Oj, czy poczułem, że zstąpił archanioł z mieczem ognistym i rozwarły się bramy piekła?
          Jak miałem 15 lat, to jarały mnie książki nagrodzone Noblem, bo uważałem, że to jakaś gwarancja wartości i klasyczności. Z biegiem czasu mi przeszło, gdy się okazało, że są Noble i Noble.
          Gremia niech się zbierają, niech dyskutują, niech nagradzają, ale dla mojego czytania te nagrody nie mają większego znaczenia. A im więcej trafiam takich Sympatyków, tym bardziej się w tym poglądzie utwierdzam. Odbywała się w sieci jakiś czas temu dyskusja o dewaluacji nagród literackich: z grubsza chodziło o to, że jurorzy zamiast odpuścić przyznanie nagrody z braku naprawdę godnych kandydatów, nagradzają rzeczy, które wyróżniły się na tle ogólnego średniactwa. I to jest moim zdaniem przypadek Sympatyka.

  4. Szkoda, szkoda. Przez tę całą amerykańską machinę filmowo-serialową mam przekorną chęć spojrzeć na ten konflikt z drugiej strony, ale trochę szkoda, że nie wyszło to najlepiej. Czy znasz może coś innego w podobnej tematyce?

    • Dawno temu czytałem coś pisanego z perspektywy Wietnamczyka z Północy, ale podejrzewam, że dziełko miało wydźwięk propagandowy. Podobnie zresztą jak polskie reportaże z Sajgonu, np. Moniki Warneńskiej.
      Nie ukrywam, że właśnie ta nowa perpektywa skusiła mnie do czytania Sympatyka. Nie wyszło, ale może jeszcze kiedyś ktoś podejmie temat.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.