Samotny wędrowiec (Igor Newerly, „Żywe wiązanie”)

Żywe wiązanie

Żywe wiązanie to zabieg sadowniczy. Gałązkę jednego konara drzewa wszczepia się w drugi, by się zrosły, a tym samym nabrały mocy i mogły opierać się żywiołom. Operację taką przeprowadzono na ulubionej gruszy Newerlego, a on sam postanowił takiemu zabiegowi poddać biografię Janusza Korczaka, skrzyżować to, co pewne, z tym, czego można się jedynie domyślać, co trzeba rekonstruować. Rezultatem ma być książka żywa, przybliżająca Starego Doktora, jego życie, poglądy, czasy, w których przyszło mu działać.

Scena po scenie

Punktem wyjścia jest zamówienie na scenariusz filmu o Januszu Korczaku, którego Newerly był sekretarzem, współpracownikiem i przyjacielem. Pisarz próbuje przełożyć biografię Korczaka na język kina. Rozmyślając o tym, jak w filmowych scenach pokazać najważniejsze wydarzenia z życia Korczaka, wraca pamięcią do swoich wspomnień i wertuje źródła, odtwarza tło historyczne i atmosferę dzieciństwa i młodości swego bohatera, wskazuje wydarzenia i postacie, które mogły mieć na niego szczególny wpływ. Przeplata to scenami współczesnymi: epizodami z własnego życia, rozmowami, rozmyślaniami, włączając czytelnika w proces przetwarzania pamięci o Korczaku, pokazując, czemu wybiera konkretne wydarzenia, czemu pisze o nikt tak, a nie inaczej.

Splecione konary

Wybór takiej niejednolitej, nietypowej formy to wynik osobistego stosunku autora do bohatera. „[…] jesteś częścią mego życia, najpiękniejszym drążącym doznaniem. Był czas, gdy kochając Cię buntowałem się, wynajdywałem dziwactwa Twe i błędy, i rzeczy nieporadne, żeby się tylko wyzwolić spod Twego wpływu, wyżyć w czymś własnym”. Te wszystkie „refleksje, wspomnienia osobiste, to znów odgłosy dzisiejszych aktualiów wdzierają się natrętnie, gmatwając tok narracji, mącąc styl i klimat jakiejś jednej formy”. Newerly zastrzega więc sobie: „Nie będę się oglądał na żadne konwencje, na żadne prawidła i obawy, czy to się mieści w danym gatunku literackim. Swobodnie, raz tym, raz tamtym narzędziem zależnie od potrzeby i tak, by poręczniej dla mnie, lepiej dla rzeczy”. I trzeba przyznać, że narracja, szczególnie początkowo, mocno meandruje, porzuca wątek główny, by zająć się obszernie jakąś sprawą czy postacią poboczną: klimatem historycznym, więzami społecznymi, źródłami tej czy innej myśli Korczaka, czynnikami, które ukształtowały go jako pisarza, pedagoga, człowieka.

Tran i nuda

Z tego splatania wychodzi książka niezwykle interesująca, bardzo autentyczna i miejscami wręcz porywająca, ale niekiedy grzęznąca w zbyt drobiazgowym opisie kwestii drugorzędnych. Widać to szczególnie w pierwszej jej połowie, poświęconej dzieciństwu i młodości Korczaka, czasom do końca I wojny światowej. To okres, dla którego Newerly dysponował niewieloma źródłami, głównie wspomnieniami i pismami samego Korczaka. Pyta: „Jakie warunki i bodźce złożyły się na to, że właśnie dziecko i tylko dziecko, jego świat, jego sprawy, krzywdy i potrzeby? Gdzie szukać momentów przełomu, owych punktów zwrotnych, po których nie oglądając się na nic podąży w raz obranym kierunku?” Oglądamy „chłodne, spowite w konwenanse i samotność” dzieciństwo, „nuda i higiena, tran i nuda”, niełatwe z powodu choroby i śmierci ojca, gdy Korczak przedwcześnie musiał wziąć na siebie obowiązki finansowe. Towarzyszymy mu w studiach, dyskusjach światopoglądowych, gdy chłonie nowe prący socjologiczne, pedagogiczne, ideologiczne, gdy poznaje Wacława Nałkowskiego, Edwarda Abramowskiego, Ludwika Krzywickiego, Stefanię Sempołowską, w okresie fermentu wśród młodzieży na początku XX wieku. I tu, z braku źródeł, Newerlego ponosi. Próbuje na siłę wprowadzić akcenty ideologiczne, jakby nie dowierzając, że człowiek wrażliwy na krzywdę społeczną, na los dzieci i biedoty, nie opowiada się zdecydowanie po stronie lewicowców, czyniąc mu z tego wręcz zarzut: „Czemu, pytam, taki człowiek nie znajduje treści życia w walce o wyzwolenie społeczne, o nowy, lepszy ustrój?” Dowiązuje więc Korczakowi znajomości w kręgach rewolucyjnych, o których rozpisuje się nazbyt obszernie. W latach sześćdziesiątych, gdy „Żywe wiązanie” się ukazało, było to mile widziane przez odpowiednie czynniki, a i zapewne odpowiadało poglądom Newerlego, teraz jednak razi brakiem subtelności, by nie rzec dobitniej – nachalnością.

Samotny wędrowiec

Ta próba wpisania Korczaka w jakiś ruch masowy, upolityczniony tym bardziej wydaje się sztuczna, że sam Newerly nazywa Starego Doktora „wyjątkowo samotnym wędrowcem”: dla prawicy był Żydem, dla ortodoksyjnych Żydów – Polakiem, dla lewicy – sceptykiem, który nie łączył spraw dzieci z walką o zmianę ustroju, dla sanacji – lewicowcem, wręcz bolszewikiem, dla literatów – bytem osobnym, trzymającym się z daleka od aktualnych prądów, dla pedagogów – radykałem w sprawach wychowawczych.

Mały PrzeglądDruga połowa książki – ta porywająca – to opis działalności Korczaka, pracy literackiej i wychowawczej, codziennej krzątaniny wśród sierot, redagowania „Małego Przeglądu”. Tu Newerly jest początkowo towarzyszem w tych działaniach, wreszcie przyjacielem. Do narracji wchodzi ton bardzo osobisty, czyniąc ją jeszcze bardziej przejmującą. Szczególnie przy omawianiu „Małego Dziennika” w opowieść wkrada się nuta goryczy. Unikatowy na skalę światową eksperyment z gazetą tworzoną przez dzieci i młodzież dla rówieśników, eksplozja talentów pisarskich i organizacyjnych, kończy się w atmosferze narastającego antysemityzmu, a wspaniałe pokolenie wychowane przez Korczaka „przepadło do imienia, na zawsze i ze wszystkim w anonimowej bratniej mogile”. Czy był sens budzić uczucia patriotyczne i społeczne, uczyć pisania po polsku? „Może lżej by im przyszło umierać na niekochanej ziemi nie umiejąc po polsku?”. Mimo tej wątpliwości kreśli Newerly znakomite portrety młodych redaktorów „Przeglądu”, aby choć w ten sposób ocalić pamięć o nich i niezwykłym doświadczeniu, które stało się i jego udziałem.

Wychowawca i cesarz

W ostatnich miesiącach życia, już w warszawskim getcie, schorowany Korczak szukał ucieczki i pocieszenia w pisaniu pamiętnika i lekturze Marka Aureliusza. „Żywe wiązanie” zamyka dialog tych dwóch mędrców, skromnych zmęczonych i rozczarowanych światem, a mimo to do końca wiernych obowiązkom, które wzięli na siebie. Jeden zmarł w obozie wojskowym, broniąc swego państwa, drugi zginął, bo sam sobie przysiągł troszczyć się „o świat, o człowieka”. Książka Newerlego tę drogę obowiązku, trudną i wyboistą, pokazuje nader wyraźnie. Dzięki swej niejednoznacznej formie literackiej jest nie tylko dokumentem, ale wciąż interesującą i żywą (pomijając fragmenty nacechowane ideologicznie) opowieścią, której co prawda daleko do szczegółowości i wyważenia biografii pióra Joanny Olczak-Ronikier, ale która daje nam obraz bardziej osobisty i emocjonalny.

Igor Newerly, Żywe wiązanie, Czytelnik 1966.

(Visited 288 times, 7 visits today)

16 thoughts on “Samotny wędrowiec (Igor Newerly, „Żywe wiązanie”)

  1. Kiedy widzę: Korczak i myślę: komora gazowa, i tylko tyle, trochę robi mi się przykro albo raczej – wstyd. Czuję mobilizację do bliższego poznania życia, działalności i twórczości Korczaka, kto wie, może sięgnę po tę (lub inną –
    pani Olczak-Ronikier?) jego biografię. Odstraszają mnie te wątki ideologiczne, zachęca ta druga, bardziej emocjonalna część książki Newerly’ego.

    • U mnie odwrotnie. Pierwsza myśl jak pojawia się po usłyszeniu nazwiska Korczak to „Król Maciuś Pierwszy”, a później książki, które czytałam podczas studiów (miałam 4 semestry pedagogiki). Dopiero gdzieś tam na końcu tej drogi zapala się światełko z napisem Treblinka.

  2. Coś w tym musi być co pisze Newerly – „(…) wynajdywałem dziwactwa Twe i błędy, i rzeczy nieporadne, żeby się tylko wyzwolić spod Twego wpływu” – bo i ja czytając „Pamiętnik i inne pisma …”, szukałem minusów tej wielkiej w końcu postaci. Dlaczego? Nie wiem. Może wstyd mi było, że nie przykładam tak wielkiej wagi do spraw wychowawczych, może to potrzeba udowodnienia sobie, że nie jest aż tak źle ze mną jako wychowawcą, skoro taki autorytet też miał swoje potknięcia? Nie da się ukryć, że obraz Korczaka odrobinę się krystalizuje i nie jest to ten sam obraz, który każdy ma zakodowany, a o którym pisze wyżej Bebe. Obraz męczennika, który idzie na śmierć z wychowankami. Zatem „Korczak. Próba biografii” zaraz po ukończeniu cyklu o VV.

    • To raczej normalne, że staramy się jakoś te postacie zbyt wielkie ściągnąć do swojego poziomu, choćby przez wyszukanie wiadomości, że obgryzali paznokcie. A akurat w Pamiętniku Korczak dostarcza sporo materiału. Tyle że on sam nigdy się nie kreował na pomnik ani na świętego, to dopiero po śmierci wyniesiono go do takiej roli, bo przecież nie wypadało mu wytykać. Olczak-Ronikier poza wszystkim to świetna książka, czytaj czytaj.

  3. Muszę sprawdzić, czy mam na półce, bo jakiś czas temu wykupowałam antykwaryczne zapasy Newerlego (przyznaję szczerze, patrząc na autora, a często zapominając o tytule, tak to jest, jak się kompletuje ;-)), bo brzmi niesamowicie. Swoją drogą nie wiedziałam o tak bliskich związkach Newerlego i Korczaka. Newerly wyrasta dla mnie coraz bardziej na taką figurę epoki, która wszystkich znała, z różnych stron, a sama została później zapomniana.

    • Brzmi i jest. Do dziś jest to książka dość awangardowa, w każdym razie spodziewałem się gładkiej książki wspominkowej, a tu niespodzianka. Niestety poza wtrętami politycznymi jest też scena polowania, zupełnie z pleców wzięta, i autor stracił dużo mojej sympatii.
      W czasach Korczaka Neverly nazywał się Abramow i faktycznie to była bardzo bliska współpraca. Nie wiem, czy znał wszystkich, bo obracał się raczej w kręgach lewicujących, ale jako świadek epoki jest ciekawy. W zapomnienie popadł po 89 roku, te jego Celulozy pewnie o tym zdecydowały, ale pamiętam, ile szumu narobiły jego dwie ostatnie książki 30 lat temu, wszystkie Pegazy o nich trąbiły, kolejki w księgarniach stały. A ja jakoś wtedy dostałem w nagrodę Chłopca z Salskich Stepów i bardzo mi się podobał.

      • Newerly, mam wrażenie (a nie czytałam jeszcze zbyt wiele, także może przesadzam?) w ogóle nie przepadał za prostymi narracjami, więc wcale mnie nie dziwi, że to nie jest tylko tomik wspomnień. Przy czym nie chcę powiedzieć, że stawiam „prostą narrację” w kontrze do jakiejś zaplątanej i eksperymentalnej formy, raczej chodzi mi o wydobywanie potencjalnych drugich den i innych pokładów znaczeń. A co do tego „znał wszystkich”, to z mojego – jak już wiesz – ulubionego opowiadania o „Dzikim Zachodzie” pamiętam, jak wspominał, że żona wynajmowała mieszkanie od pani Bierutowej, bo tak jakoś wyszło i akurat miała miejsce. I pomyślałam sobie, czytając tu u Ciebie o Korczaku, Nałkowskim i innych, że ten świat był w gruncie rzeczy bardzo mały (tam jeszcze podkreślony przez tę ciasnotę mieszkaniową wieczną).

        • Też nie mam dużego doświadczenia z Newerlym. Na pewno różne plany czasowe stosował dość często. Mam wrażenie, że gdyby w Żywym wiązaniu większość tych współczesności wyciąć, to książka by nie straciła, ale zakładam, że samemu autorowi te przerywniki były potrzebne, żeby zebrać myśli i może ochłonąć po niektórych trudnych partiach.
          Świat był mały, bo te kręgi zawodowo-towarzysko-ideologiczne nie były duże. Chyba mamy trochę zaburzoną skalę, jeśli chodzi o przedwojenne życie literacko-kulturalne. Co do mieszkania u Bierutowej, to wiadomo, że prędzej wynajęła towarzyszowi partyjnemu niż obcemu z ulicy :D

          • Takie kręgi chyba w ogóle nigdy nie są za duże, nawet dzisiaj. A co do skali międzywojennej, to mam wrażenie, że to zaburzenie może iść stąd, że mamy wszystko ładnie przez historyków literatury podzielone: tutaj ci, tam tamci, tam stolik w tej kawiarni, tu kamienica-pierwsza siedziba, a przy tej okazji w zależności od kontekstu zawsze jakaś grupa wypadnie (choćby tych towarzyszy, którzy w zależności od okoliczności będą na pierwszym planie, na drugim, w ogóle się ich wyrzuci i tak dalej ;-)).

            • No właśnie. Skamandryci to dla nas Parnas, a nie czterech panów w średnim wieku przy kawiarnianym stoliku, którzy musieli pisać piosenki, żeby kupić futro żonom :) A wszystkie inne grupy poetyckie, to awangarda, a nie trzech kolesi w dziurawych skarpetkach w sublokatorskim pokoiku :D To samo się pojawiło ostatnio przy dyskusji o Warszawie jako Paryżu Północy. Nowy Świat to nie była cała Warszawa.

  4. Pytanie z ciekawości od biograficznego abnegata – czy zazwyczaj szczegółowość i wyważenie wykluczają się z podejściem osobistym i emocjonalnym? Czy może zdarza się ich skutecznie pożenienie?

    • Moim zdaniem w większości przypadków tak. ale może za bardzo uogólniłem. Jeśli jesteś uczestnikiem wydarzeń, przyjacielem bohatera, to inaczej piszesz niż ktoś, kto ma dystans i korzysta nie tylko z własnych wspomnień, ale buduje sobie obraz na podstawie większej liczby źródeł. Neverly zresztą nie kryje się (cytat na początku) z tym, że pisze bardzo subiektywnie. Nie przypominam sobie teraz żadnego przypadku pożenienia. Zresztą jak piszemy emocjonalnie, to nie w sposób wyważony :)

  5. Gorycz u b. wychowanków Korczaka to ciekawa rzecz. W kilku miejscach (literatura i film) spotkałam się z tym wątkiem, więc na pewno coś w tym było. Ale wiadomo: wartości wpajane dzieciom może i działały w sierocińcu, niestety poza nim okazywały się mało praktyczne. Czasy nie sprzyjały dobroci i uczciwości.
    Książka ze względu na formę i życiorys autora na pewno zasługuje na uwagę, dzięki za uświadomienie, że w ogóle takowa istnieje.;)

    • Newerly nie był wychowankiem, gorycz wywołała w nim myśl, że być może skrzywdzili bezwiednie dzieci, wpajając im ideały, które potem rozsypały się w proch. Znam tylko jedne wspomnienia wychowanka i tam goryczy nie było. Natomiast sam Korczak spotykał sie z wyrzutami, że cały ten jego system nic nie daje w życiu poza placówką. To by wymagało zbadania, ale niestety chyba wojnę przeżyło zbyt mało wychowanków, żeby to się dało przeprowadzić, a i nikt o tym przecież po wojnie nie myślał (pomijając wszystkie trudności, to pewnie również z poczucia, że śmierć Korczaka nie pozwala na wytykanie mu ewentualnych błędów).
      Newerly to się w ogóle zapowiada na ciekawą przygodę czytelniczą, styl to on ma że hoho.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.