„Aż mi się chce wyjść z kina” (Tove Jansson, „Słoneczne miasto”)

Słoneczne miastoOkładka „Słonecznego miasta” jest wręcz nieprzyzwoicie jasna i radosna, chociaż sama książka, na którą składają się dwie minipowieści, taka nie jest. Bohaterowie tytułowego utworu co prawda mieszkają na słonecznej Florydzie, ale ich życie toczy się raczej monotonnie i niewiele w nim jaśniejszych chwil, a akcja „Kamiennego pola” toczy się co prawda w wakacje, ale nad szarym Bałtykiem.

Raj dla emerytów

Saint Petersburg na Florydzie to miasto wyspecjalizowane: zapewnia ciepły klimat i opiekę starszym ludziom zjeżdżającym tu z całego kraju. Również pensjonat Butlar Arms zamieszkują emeryci, gromadka kobiet i jedyny mężczyzna, pan Thompson, złośliwiec, który doprowadza do szału i łez zarządzającą tym miejscem pannę Frey i drażni konserwatora, Johansona. Pomijając wybryki Thompsona, lokatorki pensjonatu mają spokój, prowadzą ustalony tryb życia, a najdrobniejsza zmiana wprowadza niepokój. Spacery, czytanie, robótki ręczne, wysiadywanie na werandzie, opowieści i ploteczki to treść ich życia. Mieszkają obok siebie, ale niewiele o sobie wiedzą. Każdy tu coś ukrywa, każdy po trosze pozuje. Z niecierpliwością wyglądają jedynie wiosennego balu, to najbardziej ekscytujące wydarzenie w mieście, okazja do odejścia od nijakiej codzienności, przydania jej odrobiny blasku, choć w gruncie rzeczy i ten bal jest równie smutny jak reszta życia pensjonariuszy.

Klasyczny Piżmowiec

W „Kamiennym polu” Jansson wraca w scenerię lepiej sobie (i swoim czytelnikom) znaną: nad chłodny Bałtyk, gdzie lato jest krótkie i niezbyt upalne. Bohater opowiadania to typ wielokrotnie opisywany przez Jansson – klasyczny Piżmowiec, stary człowiek, wiecznie niezadowolony, wiecznie naburmuszony i tak skupiony na sobie, że uczucia i potrzeby innych niewiele go obchodzą. Jonasz, dziennikarz, idzie na emeryturę, żeby pisać biografię pewnej postaci historycznej, Ygreka. W wakacje wyjeżdża z córkami do domku nad morzem, by pracować, nie może się jednak skupić na pracy. Nie udaje mu się uchwycić swego bohatera, nie potrafi znaleźć do niego klucza. Im dłużej analizuje tę historyczną postać, tym mniej ma przekonania do swojego zadania: „Muszę wkopać się w to jego kamienne pole, wygrzebywać z niego, szukać dalej, pisać dalej – ale tam pewnie jest pusto aż do dna, aż do pierwotnej skały”. Tymczasem obcowanie z Ygrekiem zmusza Jonasza do wkopywania się we własne „kamienne pole”, a to, co odkrywa nie napawa go dumą. Dziennikarz, jak się okazuje, całe życie pił, a jego stosunki rodzinne nie należały do najlepszych. Zwraca uwagę obojętność, niekiedy nawet pogarda, jaką Jonasz żywi do córek. One też traktują go z dystansem, pomne doświadczeń z przeszłości. Jedna z nich mówi ojcu: „Wiesz co, jesteś właściwie dość przerażający. Nie ma cię. W jakimś sensie nigdy cię nie było”, wypomina mu uciekanie z domu w pracę, brak zainteresowania, bliskości. Wspólny pobyt nad morzem staje się okazją do rozliczenia z przeszłością, ale czy stanie się również szansą na pogodzenie się z najbliższymi?

Szwedzkie okładki znakomicie oddają klimat obu powieści.

„A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak…”

„Słoneczne miasto” to chyba próba pójścia przez Tove Jansson w nowym kierunku. Nie chodzi tu tylko o florydzką scenerię, która tak ostro kontrastuje z tym, do czego u tej autorki przywykliśmy. Sama opowieść też ma być bardziej rozbudowana, wielowątkowa, czemu służy częsta zmiana perspektywy: poznajemy kolejnych bohaterów, towarzyszymy im przez jakiś czas, by później przenieść uwagę na kogoś innego. Oglądamy ich oczami innych i ich własnymi, konfrontując to, co myślą o nich współlokatorzy, z własnymi przemyśleniami postaci. Siłą rzeczy tempo jest równie powolne jak emeryckie życie, drobiazgi urastają do rangi poważnych problemów, wszystko grzęźnie w epizodach zapewne w danej chwili ważnych dla postaci, ale mało zajmujących dla czytelnika. Ta krótka powieść w swojej niespieszności jest wręcz męcząca, choć przecież porusza ważne kwestie zmiany pokoleń, samotności, starości, odchodzenia. Trochę przypomina te stare filmy, w których bohaterowie prowadzą rozmowy bez początku i końca, rzucają aluzje i patrzą na siebie znacząco (aż się samo nasuwa: „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic”).  To zupełnie nie mój klimat. „Normalnie… Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina, proszę pana… I wychodzę…”. Nie wyszedłem przez końcem jedynie z recenzenckiego obowiązku. „Kamienne pole” natomiast pasuje do opowiadań z „Podróży z małym bagażem”, jest podobnie ascetyczne i chłodne (choć dużo dłuższe), z głównym bohaterem, którego trudno polubić. Stopniowe pogłębianie postaci Jonasza sprawia, że z wolna zaczynamy nie tyle czuć do niego sympatię, ile raczej trochę lepiej go rozumieć. Ten tekst nie zaskakuje i gdyby ktoś chciał przeczytać tylko jeden utwór Tove Jansson dla dorosłych, byłby w sam raz.

Tove Jansson, Słoneczne miasto, tłum. Justyna Czechowska; Kamienne pole, tłum. Teresa Chłapowska, Marginesy 2017.

(Visited 322 times, 45 visits today)

33 thoughts on “„Aż mi się chce wyjść z kina” (Tove Jansson, „Słoneczne miasto”)

  1. Miałam podobnie, niestety. Tak bardzo, że nawet pisać mi się o tych opowiadaniach nie chciało. Nie uznaję się przy tym za znawczynię twórczości, bo nawet Muminki znam wybiórczo, odkrywszy je dopiero w kwiecie wieku:D
    Gdyby iść w filmowe skojarzenia, to dobre byłoby też porównanie do Antonioniego. Nie zapomnę jak kiedyś wybrałam się z mężem, ówcześnie jeszcze narzeczonym, do kina na jeden z jego filmów. To, że wysiedział do końca (mąż, nie Antonioni) było tym dowodem miłości, którego potrzebowałam, by podjąć ostateczną decyzję o zamążpójściu. Biorąc jednak pod uwagę, że było to dwadzieścia parę lat temu, przezornie nie zamierzam ponawiać próby po jej zmodyfikowaniu poprzez zastąpienie filmu zbiorem tych opowiadań Tove:P

    • Widziałem Twoje gwiazdki na Lubimy czytać :) Skojarzenia z Antonionim, nową falą i temuż podobnymi są chyba nieuchronne, chociaż ja zawsze myslałem, że ze mną jest coś nie tak, skoro nie umiem pojąć, o co chodzi w tych filmach, gdzie ona pali znacząco papierosa, a on pociera nerwowo nos :D Mąż wykazał się raz i faktycznie nie powtarzaj eksperymentu, bo potem co? Rozwód, jak zaśnie w trakcie?

      • Aż sprawdziłam na LC, co też tam nagwiazdkowałam, bo kompletnie nie pamiętałam. Odgapiłeś!:P
        A z dowodami miłości to jest tak, że jak człowiek młody i głupi, to potrzebuje właśnie takich (równie głupich jak on sam). Gdy natomiast trochę się już ogarnął, nie obraża się z powodu odmiennych upodobań literackich (przynajmniej nikt mu książek wyrywał nie będzie).
        Wracając zaś jeszcze do Tove, to pamiętam, że pierwsze opowiadanie na początku całkiem mi się podobało. Może gdyby było krótsze, byłoby lepiej?

  2. Miałam tę książkę już kilka razy w bibliotece i za każdym wertowaniem trafiałam na mało zachęcające fragmenty. A okładka, nie powiem, nęcąca. Ciekawe, jak w takim razie wypada jej „Oszustka”, tym razem dłuższa forma dla dorosłych.

    • Okładka prześliczna i kusząca, ale nijk dopasowana do zawartości. Oszustki jeszcze nie czytałem, ale Bazyl chwalił u siebie. Na razie sobie zrobię dłuższy odpoczynek, a kiedyś tam powtórzę „Lato”, bo mam wrażenie, że niegdyś niewiele do mnie dotarło.

  3. Ze „Słonecznym miastem” miałam podobnie. A nadzieje miałam spore, naczytałam się dobrych i pochwalnych recenzji, a tu klops. Sprawnie to napisane, tematyka dla mnie ciekawa, ale tak mi się to czytało topornie i bez emocji. I ta okładka taka kusząco myląca.

    • Przejrzałem z grubsza opinie i jednak te mniej przychylne dominują. W jednej z nich ktoś słusznie napisał, że ostatecznie te wszystkie postacie i tak się zlewają w jedną, więc niekonieczne było wprowadzanie aż tylu bohaterów.

      • A widzisz, za dobrze się im jednak nie przyjrzałam albo po prostu swego czasu na takie pochwalne trafiłam. Tak czy inaczej, najczęściej warto się samemu przekonać. Zgadzam się z tą nadmierną liczbą bohaterów. Najbardziej chyba jednak zdumiewa mnie fakt, że lektura nie wywołała we mnie żadnych emocji. Naprawdę było mi obojętne, co tam się wydarzy.

        • Miałem tak samo. Może właśnie dlatego, że nie rozróżniałem tych starszych pań? Z nazwiska zapamiętałem Thompsona, bo on się wyróżniał. Poza tym tak naprawdę to niewiele się działo, i nie chodzi o jakieś wielkie wybuchy, tylko nawet w drobiazgach.

          • A to głównie drobiazgi decydują. Czytam i lubię książki, w których pozornie nic się nie dzieje, a autor skupia się np. na opisywaniu kanapy na kilku stronach (nieco wyolbrzymiam, ale jednak), to tu jednak zupełnie nic mnie nie porwało, choć niby materiał na to był. Thompson i u mnie jest jedyną postacią, którą pamiętam z nazwiska.

  4. Czytałam bardzo dawno temu. Wszystko co związane z Muminkami uwielbiam do dziś (cóż… jak widać nie starzejemy się w całości ) tymczasem proza Jansson określana patetycznie jako „adresowana do czytelników dorosłych” zupełnie mi nie podchodzi. Mam podobne do Twoich odczucie – ważny i poruszający temat potraktowany w dziwny sposób. Lektura raczej męcząca.

      • Pewnie tak.Wydaje mi się, że to „dorosłe” pisarstwo to po prostu nie była jej nisza. Robienie czegoś na siłę czesto daje taki pretensjonalny efekt.

        • Nie nazwałbym efektu pretensjonalnym. Raczej mało przekonującym, szczególnie w przypadku tego nieszczęsnego Słonecznego miasta. Chyba sobie Jansson, która jednak pisała rzeczy kameralne, próbowała większego rozmachu i nie wyszło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *