Księgozbiory polskie, cz. 9: Księgarnie, antykwariaty i biblioteki warszawskie przełomu XIX i XX wieku

Nałogowi czytelnicy gotowi są na wiele i znają mnóstwo sposobów, by zdobyć upragnioną książkę. Czasy się zmieniają, ale w tej kwestii zmienia się niewiele. Stefania Podhorska-Okołów tak wspominała źródła, z których na przełomie XIX i XX wieku czerpała lektury:

Księgozbiory polskie, cz. 5: Biblioteka ziemiańska

ksiaznica_winieta

W swych znakomitych wspomnieniach Irena Szaszkiewiczowa poświęca nieco miejsca bibliotece w rodzinnym majątku w Babicy i czytelniczym obyczajom, jakie tam panowały. Wspominana w tekście Maja, siostra Ireny, to Maria Jarochowska, dziennikarka i pisarka, działaczka komunistyczna, której staraniem ukazał się „Pamiętnik” Dawida Rubinowicza.

Księgozbiory polskie, cz. 3: Biblioteki unicestwione

Punkt dziesiąty umowy kapitulacyjnej powstania warszawskiego mówił m.in. „Umożliwi się ewakuację przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną. Dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne”.


Z miasta dochodziły jednak wieści o zgoła innym postępowaniu. Grupa polskich muzealników, bibliotekarzy, archiwistów postanowiła ratować stołeczne dobra kultury. Wynegocjowano z Niemcami zasady prowadzenia akcji, dostarczenie przepustek i transportu. Pierwsza ekipa wyjechała do Warszawy 7 listopada 1944 roku.
Było jeszcze ciemno, kiedy pierwsze grupy bibliotekarzy przebiegały przez mroczny zagajnik na przystanek kolejki EKD w Leśnej Podkowie.

[…] oto zajeżdżają dwa odkryte ciężarowe auta. Jedno zabiera dwunastu bibliotekarzy z profesorem Makowieckim. Pasażerowie są mocno podnieceni. Wkrótce zobaczą znów swoje miasto, miasto, które już nie istnieje – zburzoną Warszawę. […] W jakim stanie jest Biblioteka Uniwersytecka, będąca pierwszym celem ich wyprawy? […]

Po obu stronach mijanych ulic kikuty kamienic. Wszędzie czuć swąd spalenizny i trupi odór. […] Na Mar­szałkowskiej pusto, ani żywego ducha. Auto jedzie teraz wolno, kołysze się na wpół zasypanych bombowych lejach, przeciska przez wyłomy w powstańczych barykadach, przejeżdża pod pochylonymi latarniami, wymija leżące tramwaje i wypalone czołgi. Na Królewskiej znów Niemcy. Oddział podpalaczy. Na plecach mają zbiorniki z ropą do miotaczy płomieni. Przerwali na chwilę pracę, patrzą zdziwieni na ciężarówkę. […]

Niemiecki oddział podpalaczy w Warszawie, jesień 1944 roku (źródło).

Samochód powoli wtacza się na dziedziniec Uniwersytetu. Pozornie wszystko tu niemal jak kiedyś. Ściany budynku biblioteki pokryte zrudziałym winem. Prawie nietknięte stoją gmachy: muzeum ornitologicz­nego i medycyny. Tylko chodniki – zasypane szkłem i cegłami, podziurawione od pocisków – przypominają o niedawnych wydarzeniach na tym terenie.
[…] wchodzą do pierwszej sali, rozgarniając stosy papierów i gazet, sięgające wysokości człowieka. W czytelniach i biurach stoły poprzewracane, szafy puste, w szerokich oknach strzelnice zbudowane z ciężkich tomów. Członkowie ekipy przechodzą teraz pośpiesznie do magazynu, gdzie znajdują ponad dwadzieścia tysięcy książek rozrzuconych i podeptanych; reszta, czyli około miliona, stoi nie tknięta na swoich miejscach. Na twarzach naukowców widać radosne podniecenie. Jest jednak jakaś szansa ocalenia tych zbiorów, które do tej pory ominęła barbarzyńska akcja okupanta. Wszyscy zdają sobie sprawę, iż czeka ich tu olbrzymia praca. Trzeba za wszelką cenę wymyślić jakąś chytrą metodę zmylenia czujności Niemców. Nikt jeszcze nie wie, na czym będzie ona polegała, natomiast jedno jest pewne – muszą tu wrócić nazajutrz.
Klakson ciężarówki wzywa do powrotu. Wsiadają ponaglani przez żandarma. Samochód rusza. […]
W połowie ulicy Ordynackiej ciężarówka staje, dalej trzeba iść pieszo przez zwaliska wielopiętrowych kamie­nic. Szczygła nie istnieje. Wreszcie Okólnik – Biblioteka Krasińskich.
Gromadka bibliotekarzy stanęła w skupieniu. Wszystkie okna gmachu czarne i puste. Powoli, ostrożnie, grzęznąc w popiele schodzą do ogromnych piwnic. Musiały być podpalane każda z osobna, systematycznie. Zgromadzono w nich największe skarby: rękopisy, starodruki, ryciny, nuty, mapy, Bibliotekę Załuskich, zbiory Stanisława Augusta, resztę zbiorów raperswilskich, archiwa Krasińskich, cymelia z wszystkich bibliotek Warszawy.
Pozostały po nich stosy popiołu. Z górą 100 000 pozycji rękopiśmiennych nigdy nie drukowanych. Od iluminowanych złotem miniatur z XIV w. poprzez bezcenne silva rerum polskie do nieznanych listów Żeromskiego, Reymonta, Berenta. Wszystko pochłonął ogień. […]

Biblioteka Krasińskich, 1945 rok (źródło).

Następny etap to Biblioteka Zamoyskich na Żabiej.
Tu też pogorzelisko. Zabytkowa sala kolumnowa z galerią, z globusami i portretami, ongiś wypełniona pod sufit oprawnymi w skórę dziełami, jest teraz pustą, czarną jamą. Ale w piwnicach są książki. Ocalały, i to te najcenniejsze. Wspaniałe, brązowe oprawy z wytłokami orłów królewskich; biblioteka Zygmunta Augusta, kilkadziesiąt cieniutkich broszur oprawnych w skórę z włóczniami Zamoyskich – to inkunabuły polskie, krakowskie druki, wśród których są liczne unikaty, kilkanaście rękopisów ilustrowanych, cała ściana archiwum hetmana Zamoyskiego. […]
Trzeba się śpieszyć, kierowca samochodu twierdzi, że widział w pobliżu Niemców, którzy podpalają resztki ocalałych piwnic. Mogą tu być lada chwila. […]

Bilans akcji („Biuletyn Informacyjny”, 18 grudnia 1944 roku):
[…] z Biblioteki Narodowej wywozi się przede wszystkim polonica, a z Biblioteki Uniwersyteckiej najnowsze książki naukowe (po r. 1930), russica i baltica oraz wszystko, co pozostało jeszcze z Biblioteki Zamoyskich. Do 2 XII włącznie wywieziono ogółem 4 kryte wagony książek o pojemności 15 ton każdy – razem 120 000 książek. W tym trzy czwarte poloników. Z Biblioteki Narodowej wywieziono między innymi katalogi, materiały bibliograficzne, dużo czasopism, spuścizny kilku polskich uczonych (np. Krzywickiego) i prawie cały gabinet historii literatury polskiej (tzw. Korbutianum), z Biblioteki Uniwersyteckiej wybór starszych druków polskich, czasopisma warszawskie, czasopisma naukowe niemieckie (około 20%). W piwnicy Biblioteki Uniwersyteckiej zabezpieczono około 50% zawartości biblioteki, gros księgozbioru czytelni i wydawnictw polskich towarzystw naukowych i kolekcją podręczników uniwersyteckich. Z Biblioteki Zamoyskich wywieziono wszystko, co ocalało, m. in. zdeponowaną tam korespondencją Orzeszkowej. Ogólnie można powiedzieć, że istnieje nadzieja, iż uda się uratować najcenniejszy zrąb tego, co ocalało po bitwie warszawskiej z Biblioteki Uniwersyteckiej i Narodowej. Ewakuacja bibliotek ma być zakończona do dnia 20 XII.
Stanisław Kopf, Sto dni Warszawy, Książka i Wiedza 1975, s. 58–64, 67–68.

O akcji ratowania dóbr kultury z Warszawy zob. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Warszawa w latach 1939–1945, PWN 1984, s. 360–362

Księgozbiory polskie, cz. 2: Gabinety lektury


Kilka słów o historii prywatnych wypożyczalni i czytelni warszawskich. Bez względu na okres czytelnicy bardzo nie lubili zwracać pożyczonych książek. Tekst dotyczy Warszawy, więc dla równowagi ilustracje z innych miast i miasteczek, gdzie również rozwijały się podobne instytucje.

Zwyczaj płatnego wypożyczania książek rozpowszechnił się w XVIII wieku we Francji. W Warszawie pierwszą wypożyczalnię zwaną czytelnią, albo gabinetem lektury (z francuskiego cabinet de lecture) założył w 1768 Michał Gröll; „posiadając w swej Księgarni na Marywilu niezmierny zasób dzieł ówczesnej beletrystyki zagranicznej — jak pisze jego biograf — pierwszy u nas ożywił czytelnictwo przez wprowadzenie wypożyczania książek”. Wśród wypożyczanych książek były nie tylko romanse i powieści, ale również dzieła naukowe, o czym świadczą zamieszczane w prasie spisy „książek wypożyczonych i po upływie kilku lat nie oddanych, o zwrot których księgarz przez pisma publiczne usilnie upraszał”. 

Dużym powodzeniem cieszył się otwarty w 1778 r. „gabinet lektury” przy księgarni Józefa Lexa, początkowo na Długiej, później na Senatorskiej, a następnie na Lesznie.
 

Dziesięć lat później w 1788 r. Fryderyk Pfaff, sąsiad Grölla z Marywilu, otworzył wypożyczalnię dzieł obcojęzycznych francuskich, a zwłaszcza niemieckich. Jednak interes Pfaffa szedł kulawo z powodu braku czytelników („Niemcy osiadli w Warszawie dla rzemiosł swych — pisał autor Podróży Inflantczyka Fryderyk Schulz — mają co innego do roboty aniżeli czytanie”). […] 

Inny charakter miała czytelnia Jana Potockiego. Była to czytelnia w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Jej opis zostawił F. Schulz: „Jan Potocki urządził u siebie czytelnię dla wszystkich otwartą. Kazał wyporządzić trzy piękne obszerne pokoje w bocznym skrzydle swego pałacu, opatrzył je w krzesła, stoły, potrzeby do pisania i mnóstwo krajowych i zagranicznych gazet, broszur. Paru jego ludzi zawsze stało w pogotowiu i można było z rana lub po obiedzie w pewnych godzinach jakiś czas tu spędzić”. […]
 

Jakie były warunki wypożyczania książek? Zachował się prospekt gabinetu do czytania krakowskiego księgarza Jana Maja z r. 1791: „Wolno będzie abonowanym brać książki do siebie — czytamy w nim — ale pod kondycją, żeby je często oddawali i niechaj się nikt nie uraża, że bez względu na osobę każdy biorący książkę będzie musiał jej wartość zostawić dopóty, dopóki jej nie odda. Nie będzie zaś wolno nikomu dłużej nad wymówiony sobie czas książki trzymać, a to dlatego, żeby drudzy na tym nie cierpieli…” […] 

Abonenci rekrutowali się niemal wyłącznie z warstw oświeconych. Wypożyczano przede wszystkim książki obcojęzyczne. „Księgarze — pisze prof. K. Świerkowski — ogłaszali drukiem katalogi swych wypożyczalń. Na katalogach niemieckich figurował napis «Leihbibliothek», na francuskich «cabinet de lecture». Kiedy zrodził się popyt na książki polskie… wraz z zapożyczeniem innych terminów francuskich przetłumaczono „«cabinet de lecture» na «czytelnię», nie zaś na «wypożyczalnię, o którą właśnie chodziło. I tak już zostało. Terminologia ta przetrwała dłużej niż wiek cały”. […]
 

W r. 1802 prasa doniosła o otwarciu przy księgarni Walentego Nawarskiego na Świętojańskiej „gabinetu czytania”, w którym za odpowiednią opłatą można było „czytać na miejscu książki francuskie i polskie oraz prasę krajową”. Ale księgarnia Nawarskiego została zamknięta w 1803 r. Podobnie kilka innych wypożyczalni uruchomionych w początku ubiegłego wieku nie przetrwało dłużej niż dwa, trzy lata. […] Na ogół jednak w czasach Królestwa Kongresowego powstaje niewiele nowych czytelni […].

Pewne ożywienie następuje w latach trzydziestych po likwidacji Towarzystwa Przyjaciół Nauk i zaniknięciu Uniwersytetu. Wobec zastoju na rynku wydawniczym i zmniejszonej sprzedaży książek niemal przy wszystkich księgarniach prowadzone są wypożyczalnie. […] Z czasem jednak w miarę ożywienia koniunktury i rozwoju większych przedsiębiorstw księgarsko-wydawniczych, wypożyczalnie odgrywają coraz mniejszą rolę. Tak np. znany księgarz-wydawca S. Orgelbrand otwartą w 1840 r. czytelnię książek polskich zamyka w r. 1851. Najdłużej, bo ponad siedemdziesiąt lat czynna była wypożyczalnia przy księgarni Sennewalda.
 

W latach osiemdziesiątych coraz częściej zaczynają się pojawiać w Warszawie wypożyczalnie jako placówki samodzielne, nie związane z księgarniami. Wtedy też wchodzi w użycie nazwa „wypożyczalnia”. Po raz pierwszy użyła jej ponoć w swym katalogu Maria Dzierżanowska dopiero w r. 1886. […] W stosunkowo krótkim czasie „wypożyczalnia” zdobywa prawo obywatelstwa, nie wypierając jednak dawnej „czytelni”. […] Owe prywatne wypożyczalnie czy czytelnie odgrywają dużą rolę w życiu kulturalnym Warszawy. Z roku na rok rośnie ich liczba.
 

Największą popularnością cieszyła się na przełomie wieków „Czytelnia Powszechna” sióstr Marii i Jadwigi Zaborowskich na ul. Mazowieckiej 11. Właścicielki — jedne z pierwszych kobiet w Polsce z wyższym wykształceniem — potrafiły zgromadzić ok. 20 tys. książek w sześciu językach i stworzyć księgozbiór, który poza beletrystyką obejmował dzieła naukowe z różnych dziedzin. Nic więc dziwnego, że oprócz normalnej klienteli szukającej nowości beletrystycznych z czytelni sióstr Zaborowskich korzystali dziennikarze, literaci i elita intelektualna Warszawy. Czytelnię sióstr Zaborowskich wspominają niemal wszyscy autorzy pamiętników. Ostatnio przypomniał ją prof. Tatarkiewicz w Zapisach do autobiografii. Wygląd czytelni na Mazowieckiej i nastrój w niej panujący opisała w drugim tomie wspomnień o dawnej Warszawie Jadwiga Dmochowska: „Czytelnia mieściła się w drugiej poprzecznej oficynie głębokiego podwórza… Prowadziły do niej wąskie schody… Lokal składał się z dużych, ale niskich pokoi. W pierwszym była kancelaria, gdzie załatwiało się sprawy zapisu, kaucji, opłat miesięcznych i gdzie na stołach leżały drukowane co parę lat katalogi, podzielone na «działy» i «języki». Na osobnym stoliku leżały nie objęte katalogiem «nowości»… W pokojach zastawionych półkami panował zawsze półmrok… Oświetlały je początkowo lampy naftowe, z czasem wprowadzono elektryczność, ale słabe żarówki, ocienione stereotypowym zielonym krążkiem z blachy nigdy nie rozpraszały cienia”.
 

Wypożyczalnie prywatne przez szerzenie czytelnictwa w średnio zamożnych warstwach społeczeństwa, zwłaszcza wśród inteligencji — odegrały ważną rolę w życiu kulturalnym miasta. […]

Olgierd Gustawski, Echa minionej Warszawy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1989, s. 79-83.